Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz Ul. Hallera

Wynoszę cię po kawałku, po cichu, chowam w reklamówkach
i zakopuję w parku, obok psa sąsiadki. Może kiedyś wasze
kości połączy nieziemski spokój. Staniecie
się częścią instalacji zapomnianego nieba, i gwiazd,
matki wkładały nam je w środku nocy pod poduszki,
abyśmy byli bardziej niebiańscy, i błękitni. Aby
mogły nas rozpoznawać bezimiennych;
bez tych nadziei na wskrzeszenie arki przymierza,
szklanych idei, czy
przeźroczystych widoków na przyszłość.

Wykopuję cię po trochu, od niechcenia, i do wielkiej Niedzieli,
wypycham kieszenie wspomnieniami, bo upaść
można na prostej drodze, lub zejść do piwnicy,
aby zobaczyć jak wrastasz w ceglane mury, łączysz
przejścia dla zmarłych sąsiadów, z trasą szybkiego ruchu.
W pogoni za metaforą pięknego jutra, uwodzisz
światłami mijania, kąpiesz się w blasku
polerując irchą mgły nasze
tak podobne do siebie maski. Siadam na progu,
za mną nie ma już nikogo. Oporów
pełny po brzegi przelewa się przez wątłą nitkę Ślęzy.
Wieczorem w przydomowych ogródkach
palimy nasze lęki, dym jest gęsty, wciągam
go w płuca głęboko, ziemia
przerzedziła się jak nasze kości. W świetle
latarni jesteśmy coraz bliżej raju.
Ptaki niecierpliwie kołują nad pustymi
gniazdami. Składam w nich
nasze poświadczone dowody na istnienie.

9.10.2010


Wiersz Ul. Hallera - Leonard Kamiński Gabriel