Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz POPAS W UPICIE

Upita, niegdyś miasto, powiatu stolica,

Dzisiaj miasteczko liche; jedna w nim kaplica

I kilkanaście chatek żydowskiej siedziby.

Gdzie były ludne rynki, dziś tam rosną grzyby;

Wzgórek, obronny wałem i zwodzonym mostem,

Teraz broni się tylko pokrzywą i ostem.

Mury w gruzach, na miejscu zamkowego gmachu

Sterczy nędzna karczemka bez okien i dachu.

Tam, na popasie, z nudy rozważać począłem

Miny i mowy ludzi siedzących za stołem.

Trzech było. Pierwszy starzec z posrebrzanym włosem,

Na łbie konfederatka rzucona ukosem,

Wąs augustowski, żupan, dzisiaj popielaty,

Trudno odgadnąc jaką miał barwę przed laty;

U pasa karabela. Obok siedział młody,

We fraku z samodziału, krojem nowej mody,

Fryzował sobie czubek, kołnierzyk, a czasem

Bawił się z pływającym u buta kutasem,

Lub żartował z sąsiada, którego płaszcz długi

I krzyż czerwony – znakiem kościelnego sługi.

Czwarty był Żydek. Temu człowiek od pałasza

Tak mówił: „Hejno! dobra nasza bez mariasza!

Po co trupami w szabas arendarzów trwożyć?

Słuchajcie, kumy, gotów z wami się założyć,

Że jak tylko Siciński na cmentarz odjedzie,

Dostaniem garniec miodu. Nieprawdaż, sąsiedzie?”

Arendarz kiwnął brodą. Słuchałem ciekawy:

Siciński? i w Upicie? Imię strasznej sławy!

„O jakim trupie – rzekłem – toczycie rozmowy

I o jakim Sicińskim?” Na to kontuszowy:

„O Sicińskim? z początku całą rzecz wywiodę.

Na miejscu, gdzie żydowską widzimy gospodę,

Był zamek nieboszczyka; przy tym imion wiele,

Konneksyje potężne, mnogie klijentele,

A stąd ćma popleczników i kresek bez liku:

Siciński był dictator na każdym sejmiku!

Starszych i zasłużeńszych patricios zhasał;

Ale nie dosyć na tym: na wyższe się kasał.

Poczęła też kłuć w oczy zbyt rogata duma;

Przyszedł sejmik poselski: nauczono kuma;

Bo gdy pewny wyboru posłem się ogłasza,

Kiedy dziękuje szlachcie, na obiady sprasza

I gdy się na Mazowsze wybiera do drogi:

Liczą turnum, Siciński padł na cztery nogi!

Agitatus furiis et impotens irae,

Umyślił zgubić szlachtę: o scelus! o dirae!

Daje obiad; zwiedziona zbiera się drużyna,

Gnie się stół pod misami, cieką strugi wina,

Łyka plebs; wtem blekotem zaprawione męty

Durzą głowę: z wesela niechęci i wstręty.

Dalej kłótnia, hałasy, istna wieża Babel.

Od zębów szło do kijów, od kijów do szabel;

Nie patrząc oka, boku, mordując jak wściekli,

Tros Rutulusve fuat, wszyscy się wysiekli.

Lecz truciznik niedługo wygraną się chwalił,

Bo go piorun z rodzeństwem i mieszkaniem spalił.

Jak ów Ajaks scopulo infixus acuto,

Expirans flammas: straszna, lecz słuszna pokuto!”

„Amen!” – rzekł dziad kościelny. Ekonom we fraku

Porównywał tę powieść do zboża w przetaku

I chcąc z bajecznej plewy prawdę wywiać nagą,

Harfował żarcikami, zakończył uwagą:

Że Pan Marszałek, z którym on do stołu siada

I u którego książek niezmierna gromada,

Ilekroć o Sicińskim wspomni, zawżdy mówi:

On zgubił nas, on ręce zawiązał Królowi.

Z tych słów Marszałka głowa ekonomska wniosła,

Że nie szło tam o sejmik ani wybór posła,

Że musiała być wojna – przeciw komu? kiedy?

Trudno zgadnąc, zapewne z Turki albo Szwedy;

Pewno Siciński króla do Upity zwabił,

Oddał w ręce najezdzcom i ojczyznę zabił.

Chciał dalej rzecz prowadzić, lecz sługa kościoła

Zezem nań spozierając: „Niedobrze – zawoła –

Jeśli księdza plebana chcą uczyć dzwonniki,

Jeżeli przed siwymi biorą głos młodziki.

Ja wam opowiem jako najlepiej świadomy:

Nie sejmik ani wojna ściąga niebios gromy,

Lecz bezbożność. Siciński, wyrzeklszy się wiary,

Zabrał, jak mówią, grunta należne do fary,

Nie chciał płacić dziesięcin, nie bywał w kościele,

Pędził chłopów do pracy w święta i niedziele;

Chociaż mu nieraz biskup listami zagrażał,

Choć go wyklął z ambony – Siciński nie zważał.

W święto Bożego Ciała, pod samo południe,

Gdy msza była w kaplicy, kazał kopać studnię.

Dokopał się swej zguby i powszechnej szkody:

Bo z owej studni tyle wybuchnęło wody,

Że pola, kędy niegdyś bujały pszenice,

Zarosły w paproć, łąki poszły w trzęsawice.

Sicińskiego, jak słusznie Pan Sędzia namienił,

Piorun zabił, dom spalił, potomstwo wyplenił.

Trup, klątwą uderzony, dotąd cały stoi:

Ziemia go przyjąć nie chce, robactwo się boi;

Nie znalazłszy na ziemi święconej spoczynku,

Strasząc ludzi, rzec można, wala się po rynku,

Bo go nieraz dziad jaki, uniósłszy z cmentarza,

Wlecze w szabas do karczmy straszyć arendarza”.

Skończył i drzwi stodoły odemknął. Tam stało

Szkaradne, starożytne nieboszczyka ciało.

Nogi długie i czarne sterczą mu jak szczudła,

Ręce na krzyż złamane, twarz głęboko wchudła.

Oblicze wywędzone brud śmiertelny szpeci;

Usta wypsute, przez nie ząb gdzieniegdzie świeci.

Zresztą nietknięta ciała zdrowego budowa,

Postać ludzką, od żywej niezbyt różną, chowa.

Twarz nawet właściwego nie traci wyrazu;

A jako na powierzchni starego obrazu,

Jeżeli mogły rysy pierwiastkowe zostać,

W tych resztach jeszcze dawna przebija się postać:

Tak owa twarz choć ogniem żywotnym nie płonie,

Lecz kto ją znał za życia, poznałby po zgonie.

Za pierwszym rzutem oka cóś takiego widać,

Czego żadnymi słowy nie podobna wydać.

Dzikość, szpecąca żywych oblicze zbrodniarzy,

Zda się dotąd zamarła grozić z jego twarzy;

Dotąd zdradziecka radość w ustach się uśmiécha,

Gniew rozbójniczy w czole, nade brwiami pycha.

Barki na dół pochylił, głową na pierś zwisnął,

Zda się, że ciężar hańby do ziemi go cisnął

Albo że ręka gwałtu z piekieł go wywlekła,

I znowu rad by gwałtem powracać do piekła.

Jeżeli jama, w której łotrowie mieszkali,

Chociaż ją ludzie skruszą lub piorun rozwali,

Dzikością swych położeń i krwawym ogromem

W gruzach daje odgadnąć, czyim była domem;

Gdy węża po zrzuconej rozpoznasz skorupie:

Poznalbym Sicińskiego żywot po tym trupie.

„O towarzysze! – rzekłem – po coście niezgodni?

On był nie jednej winien, ale wszystkich zbrodni;

Jego trucizną naród zdurzony oszalał,

On królom ręce związał, kraj klęskami zalał!” –

A pomyślałem w duszy: – cóż są gminne dzieje?

Popiół, w którym zaledwie iskra prawdy tleje;

Hieroglif mchem zarosłe zdobiący kamienie;

Napis, którym spowite usnęło znaczenie;

Odgłos sławy, wiejący przez lat oceany,

Odbity o wypadki, o kłamstwa złamany,

Godzien śmiechu uczonych: lecz nim się zaśmieje,

Niechaj powie uczony, czym są wszystkie dzieje?

R. 1825. Odessa


Wiersz POPAS W UPICIE - Adam Mickiewicz