Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz TRUPY Z KAWIOREM

P. Jance Grudzińskiej

Pani palce są chłodne i pachną, jak opium,

Takie małe półtrupki anemiczne i blond,

Marzą o kimś, co by ich w pocałunkach utopił,

Jak w odymce błękitnej papierosa „Piedmont”.

Na nietkniętą serwetę coś bezgłośnie opadnie…

(Białe astry w flakonach umierają przez sen…)

Pani milczy tak cicho, melodyjnie i ładnie,

Jak w najlepszych preludiach lunatyczny Verlain.

Może smutek zielony z twarzą negra z Zambezi

Owachlarzył dziś Panią, otuloną w pół-zmrok…

Pani słuchać chce moich egzokwintnych syntezji

Tak, jak pije się z kawą jakiś cordial-medoc.

Jednak Pani nie lubi przecież rzeczy zbyt ostrych

A czyż zawsze być można gentlemanem par force?…

Za minutę przyniesie nam szampana i ostryg

Lokaj z twarzą wyblakłą i pomiętą, jak gors.

Zresztą stać mnie dać nawet własne serce na rożen,

Jeśli z niego przyrządzą apetyczne filet…

Pani pachnie dziś cała ostrygami i morzem,

A ja kocham tak morze, zapłakane we mgle…

Za szybami ponurych, zieleniących się okien

Pierwszy brzask się przeczołgał, znieruchomiał i legł…

Pani dzisiaj jest chora… Pani płakać chce… Shocking!

Wypłowiałe kotary słyszą wszystko… jak szpieg…

Pani widzi w drobnostkach zaraz ton psychodramy…

Chwile życia są kruche i słodkie, jak chrust.

Czy dlatego, że my się, par exemple, nie kochamy,

Nie możemy całować swoich oczu i ust?

A ja chcę dzisiaj pieścić Pani piersi bez bluzki,

Chcę być dziko bezczelny i mocny, jak tur.

Pani dużo ma w sobie z rozpalonej Zuluski,

Pani usta się śmieją i mówią: toujours!

Pani dzisiaj się marzy… jakiś sen o wikingu…

Purpurowe ekscesy niewyspanej Ninon…

Takie, jak Pani, bierze się w pędzącym sleepingu

Na poduszkach pluszowych rozebraną i mdłą.

I, wsysając się w piersi Pani ostro-mdły zapach

W końcach palców poznaje się budzący się wstręt

Do tych kobiet, co dają się na brudnych kanapach

Karmelkowo-lubieżne i pokorne, jak sprzęt.

W Pani spazmach być musi coś z sapiących ekspresów.

Pani nogi falują tak lubieżnie i zło.

W Pani mieszka księżniczka księżycowych ekscesów

I członkini zrzeszenia dla pań comme il faut.

A chce Pani? Zerwiemy raz z tą wszystką hołotą!

Polecimy na oślep w samochodzie, jak w śnie.

U podjazdu na dole niecierpliwi już motor

Ofutrzony mój szofer w swoim czarnym pince-nez.

Zeskoczymy po stopniach i zatrzasną się drzwiczki.

Wszystko zmiesza się razem – to co przed i co po…

Z pocałunków na rękach będziesz mieć rękawiczki

I z mussonu rajera na swoim chapeau!

Zatwostepią latarnie w oszalałym rozpędzie,

Zamigocą się domy i osuną się w dół.

Pójdą słupy i słupy i kosmate gałęzie,

Samym lotem z łoskotem rozcinane przez pół.

A w ustronnym salonie kiedyś późno wieczorem,

Kiedy będzie znów jasno i wesoło i źle…

Blady lokaj we fraku nasze trupy z kawiorem

Poda sennie na tacy wytwornemu milieu…


Wiersz TRUPY Z KAWIOREM - Bruno Jasieński