Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz Opacz

1

Po dniach ścigania, nędz i płaczu
Musiałem wreszcie ruszyć w świat,
Ażeby ukryć się w Opaczu,
Gdzie pada deszcz i szumi wiatr,
Gdzie wytężone ucho słyszy
Lokomotywy smętny gwizd,
Gdzie niespokojny chrobot myszy
Przeszkadza w ciszy pisać list.

A list ten piszę do nikogo,
Po prostu pragnę zabić czas,
I tak mi rzewnie, tak mi błogo,
Że dzień poza mną w deszczu zgasł,
Że się pod oknem skulił wieczór,
Jak gdyby przeczuł wiatru świst,
Że w poetyckim mym narzeczu
Mogę donikąd pisać list.

Kochanko moja! Przyjdź i popatrz,
Jak się zabija tutaj czas,
I jak to dziwne słowo „Opacz”
Tak nieopatrznie dzieli nas.
Albo nie przychodź. Będzie lepiej,
Jeśli zostanę tutaj sam.
Niech serce w sobie się zasklepi,
Tak przecież lepiej będzie nam.

A jestem, zresztą, sam o tyle,
Że nie ma ciebie. W jakąś dal
Odeszły wspólne nasze chwile,
Których mi nieraz bywa żal.
Nie jestem sam. Od lat już wielu
Przyjaciel dzieli ze mną los,
I gdy zawołam: „Przyjacielu!”
Już słyszę miły jego głos.

Piszemy wiersze, gramy w szachy,
I wspominamy dawne dni,
– A żaden z nich nie bywał błahy –
I później młodość nam się śni.
Niekiedy pada czyjeś imię
I zapomnianą wskrzesza twarz,
Co w papierosów gęstym dymie
Przepływa drżąc przez pokój nasz.

Od takich wspomnień sercu raźniej,
Wszystko się czuje, wszystko wie.
Ach, bo dwadzieścia lat przyjaźni,
Tak ściśle wiąże dusze dwie.
Już odrębnego nie ma celu,
I jedną myślą można żyć –
Gdy powiem: „Wódki, przyjacielu!”
Wiem, że przyjaciel też chce pić.

I przezroczystą błyska flaszą,
A w niej eliksir młodych lat,
Co zwykł zagrzewać przyjaźń naszą,
Na którą cień siwizny padł.
Do flaszki trzeba wlać karmelu –
Evoe Bacco! Bywaj zdrów!
Nalewaj wódki, przyjacielu,
I farysami bądźmy znów.

Skoro już o nim opowiadam,
Z imienia czas go nazwać też –
Sam rym narzuca imię – Adam,
Które wileński nosił wieszcz.
Mój Adam gardzi wprawdzie piórem,
Lecz przy maszynie wiernie tkwi,
I uderzając w klawiaturę
W natłoku myśli marszczy brwi.

Skupiona twarz, dziwaczna poza,
Klawiszy klekot znów i znów,
I tak powstaje jego proza –
Ta wyszukana magia słów.
Zbiór literackich naszych plonów
O dwa zeszyty grube wzrósł,
I biedne życie Robinsonów
Napełnił darem szczodrych muz.

Cóż pozostało nam, Adamie,
Gdy świat się stał jak ciemny loch,
Gdy demon wojny kości łamie,
A na ołtarzach dymi proch.
O ileż lepiej w wyobraźni
Nierzeczywisty tworzyć byt,
Ażeby w bycie tym wyraźniej
Usłyszeć noży ostry zgrzyt.

Adamie, trudno żyć w tych czasach,
Gdy pęka niebo, ziemia drży,
Gdy nawet krzyż się zmienia w tasak
I odrąbuje ludzkie łby.
Za wcześnie śnić o amarantach,
Ramiona słabną, duch się gnie,
Więc, jak Wergiliusz niegdyś Danta,
Tak ty, Adamie, prowadź mnie.

Przez piekło dni dzisiejszych prowadź,
Bo nie potrafię wytrwać sam,
I pomóż oku odcyfrować
Wiersz, co z piekielnych patrzy bram.
Czy przeczytałeś? Napis kłamie!
Ty mojej pieśni lepiej wierz,
I wódki nalej nam, Adamie –
Wszak Dante lubił wypić też.

2

Mijają dni i dni za dniami,
Śniedzieje nasz sierocy wikt,
Nie tęskni przecież nikt za nami
I nie przyjeżdża do nas nikt.
Tak wielu mieliśmy przyjaciół
Przy pełnym żłobie. Ale dziś,
Od kiedy los się na nas zaciął,
Przyjaciół próżno szukałbyś.

Właściwie cóż nam pozostało,
Gdy wojna trwa już trzeci rok,
I na śmiertelne nasze ciało
Coraz to gęstszy pada mrok?
Czy mamy cudu się spodziewać,
Czy pod ciosami nędzy paść?
Kolędy po wsiach może śpiewać,
Czy iść na żebry albo kraść?

Ciemnieje nos listopadowa,
Kołysze śpiewnie deszczu plusk,
Lecz nie zna ciszy moja głowa,
I nie zna snu zbolały mózg.
Jest bohaterskie serce jedno,
Co walczy za mnie o mój byt,
O, Boże! Myśl tę niebezwiedną
Pogrążam w żółci. Jak mi wstyd!

O świcie strugi deszczu rzedną,
Lecz myśl tę samą wskrzesza świt:
Jest bohaterskie serce jedno.
Co walczy za mnie o mój byt;
Są bohaterskie dłonie drobne,
Co walczą o to, żebym żył.
Cóż warte życie to żałobne?
Ja żyć nie pragnę. Nie mam sił.

Tak bym chciał rozstać się z tym światem
Nic nie unosząc w cieniu rzęs,
I pożegnalnym poematem
Zawierszyć życie pełne klęsk.
Niebiosom zwrócić los przybłędy,
W wieczności stać się byle kim
I stopą ducha iść tamtędy,
Którędy płynie sen i dym.

Choć nieostrożne miałem ciało,
Choć miałem duszę pełną skaz,
Cokolwiek w życiu mym się stało,
Niechby się stało jeszcze raz.
Żałować? Próżno! Myśl kostnieje,
Maleje duch, siwieje włos,
– Bywały dzieje i nadzieje,
Lecz nie nadziejom sprzyjał los.

Pamiętam wczesne moje wiersze
I pierwszy ich w gazecie druk,
I niepokoje serca pierwsze,
Gdy serce nie zna własnych dróg,
Gdy w głowie dźwięczy rytm Rimbauda
– Wplątana w mózg tragiczna nić –
I gdy przespanej nocy szkoda,
I tak boleśnie chce się żyć.

Pamiętam śnieżne dni nad Newą,
I białe noce równe dniom,
I wlewające się ulewą,
I śpiew, i śmiech, i niebo w dom.
Szumiały skrzydła nieomylne,
Wiatr niewołany do nich biegł,
I tak łaskawie, tak przychylnie
Zaglądał w okna młody wiek.

Wpatrzony w dal wołałem: „Dnieje!”
I szumem pieśni brzmiał mój głos –
Bywały dzieje i nadzieje,
Lecz nie nadziejom sprzyjał los.
Pożoga wojny nas spaliła,
Roztrzaskał dziejów krwawy młot,
Ty jedna wiesz, o moja miła,
Jak muszę odtąd zniżać lot.

Poetą byłbym jednym z wielu,
Co padli, gdybym teraz padł,
Jak ci bez winy i bez celu
Pomordowani. Cóż za świat!
Już Czechowicza milczy lutnia,
Już Karpińskiego zamarł śpiew,
I Hulewicza duch posmutniał,
Kiedy go musnął śmierci wiew.

Niech już nadejdzie pora noży,
Która nakarmi naszą pięść!
O, sprawiedliwy polski Boże,
Tej wygłodniałej pięści szczęść!
Niech sprzyja zemście pieśń anielska,
Twym gniewiem nasz niech będzie gniew,
I niech zmiażdżone zbirów cielska
Swą krwią – poetów zmyją krew.

3

Nie śpię. Ktoś puka w nasze okno,
Adamie, otwórz! Puka ktoś!
Niech dzieli z nami noc samotną,
Ktokolwiek przyszedł. Idź i proś.
Lecz kogo w nocy losy niosą?
Pora niezwykła. Któż to, któż?
Jesteśmy obcy ludzkim losom
I nikt nie tęskni do nas już.

Nie wierzę oczom. Ukochana!
Ty, o tej porze? Siadaj! Mów!
Tak późno! Czemu? Jaka zmiana
Sprowadza ciebie do mnie znów?
Co? Chcesz się ogrzać? Dziecko biedne,
Od dawna chłodny jest nasz dom,
Po nocach z zimna drżę i blednę,
A w piecu śpi wędrowny gnom.

Daj mi twe ręce. Jakie sine!
Raz już umarłem dla tych rąk,
Powtórnie teraz przez nie ginę
I to jest mój zaklęty krąg,
I to jest twa nade mną władza,
Która pomimo wszystko trwa;
Co cię, najmilsza, dziś sprowadza,
Siądź, mów… A ja rozpalę drwa.

Stanęła przy mnie uśmiechnięta
I rzekła śmiechem tłumiąc płacz:
„Ja o was myślę i pamiętam,
Podaj walizkę moją. Patrz,
Jest chleb, warzywa, trochę kawy,
Owoce, mąka, paczka Mew”…
– Patrzyłem na ten chleb łaskawy,
A w sercu ciemna stygła krew.

Przestała mówić. Wicher szumiał,
A ona głaszcząc moją twarz
Znów rzekła: „Tyś mnie nie zrozumiał?
Jak ty mnie mało jeszcze znasz!
Mój każdy sen jest snem o tobie,
Dla ciebie dniem się staje dzień,
I spójrz! Powieki moje obie
Zasnuwa twoich smutków cień…”

Przerwała. Szlochem drgnęło ciało,
I popłynęły łzy jak groch,
I nic poza tym się nie działo,
Jedynie ciałem wstrząsał szloch;
Jedynie wzrok mój pilnie śledził
Ramiona pełne tkliwych łask,
I pieścił włosy barwy miedzi,
Na które padał lampy blask.

Po chwili rzekła: „To jest ładne,
Że ci przynoszę chleb i sól,
Że serce tkliwe, choć bezładne
Odczuwa taki rzewny ból.
Nas nie rozłączy żadna siła,
Ni żaden los, ni żaden czas…”
A potem długo mnie pieściła,
I rdzawy świt nie zbudził nas.

Gdy odjeżdżała, usta blade,
Com je na ustach jeszcze czuł,
Szepnęły: „Wkrótce znów przyjadę…”
I słowa porwał turkot kół.
Niech aniołowie snu jej chronią
– Dla biednych nawet sen jest zły –
Błogosław, Boże, dobrym dłoniom,
I dłoń im podaj poprzez mgły.

4

Adamie! Znów jesteśmy sami,
Nadciąga grudzień… Spójrz, to on:
Te czarne wrony za oknami,
Ten na gałęziach biały szron.
Stanęła zima przed oczyma,
Najgorsza z wszystkich w życiu zim,
A jednak nawet taka zima
Przynosi łatwy męski rym!

Był czas, żem kochał się w wykwincie
Kunsztownych rymów, ale dziś
Powiadam rymom: „Same płyńcie,
Niech więzów nie zna moja myśl!”
Niech forma będzie jak szczeżuja,
Co w niej spoczywa treść jak małż:
Gdy pieśń na sztucznych skrzydłach buja,
Na dnie tej pieśni dźwięczy fałsz.

Ja prostym lotem ptaka sunę
W kraj wspomnień. Dobrze mi jest tam.
Wybrałem sobie jedną strunę,
I jednym palcem na niej gram.
Już męskich rymów się nie lękam
– W najlepszym ziarnie nie brak plew –
I prosta moje jest piosenka,
Jak bywa prosty ptaków śpiew.

Być może z czasem recenzenci
W tym poemacie wytkną mi,
Że mnie zbyt lichy słownik nęci,
I że mój wiersz banalnie brzmi.
Ja wiem. Bywają liche słowa,
Lecz ty, kochana, przyznać chciej,
Że tak jest piękna polska mowa,
Jakby tych słów nie było w niej.

Tylko ta mowa, tylko ona
Przy życiu trzyma jeszcze mnie,
I noc żałobnie zamyślona,
Gdy o wolności nocą śnię.
Może jak wielu innych ludzi,
Nim jeszcze błyśnie wczesny świt,
Kopnięcie buta mnie obudzi
I łamanego zamku zgrzyt.

A może przetrwam i Opacza
Zapomnę dzieje. Zły to schron,
Gdzie nawet wolny wiatr rozpacza,
I gdzie jest wolny tylko on.
A może przetrwam i zapomnę
Te dni niemocy, chłód i głód,
I przyjdą czasy wiekopomne,
Gdy wskrzesi muzy wolny lud.

(1941)

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading...

Wiersz Opacz - Jan Brzechwa
« 
 »