Wiersz Przygody Sindbada Żeglarza – IV – Przygoda Trzecia

Kupiec perski z jawnymi oznakami niepokoju czy też niedowierzania
towarzyszył memu powrotowi do rodzinnego pałacu. Zapewne nie nazbyt
ufał moim obietnicom, iż mu zwrócę należną ilość równie cennych
diamentów. Nie zwlekając ani chwili udałem się wraz z nim do skarbca,
który się znajdował w podziemiach, i odsłoniwszy przed jego oczyma
skrzynie napełnione diamentami, rzekłem:

– Wybierz jedną z nich, a ręczę ci, iż jej zawartość aż nadto wynagrodzi
twą stratę.

Kupiec wskazał dłonią największą skrzynię i uśmiechnął się ze znawstwem
i zadowoleniem.

– Tę właśnie wybieram – rzekł popatrując na mnie spode łba. – Mam
nadzieję, iż potrafię ją samopas nieść na własnych barach.

– Wątpię o tym – zauważyłem od niechcenia. – Jest to najcięższa skrzynia
i myślę, iż jeden człowiek nie poradzi takiemu brzemieniu.

– Gdybym był tylko człowiekiem, może bym nie poradził – odrzekł kupiec. –
Na szczęście, jestem nie tylko człowiekiem, lecz jeszcze czymś ponadto.

– Czym, jeśli wolno zapytać?

– Jestem zwyrodniałym czarodziejem, który niegdyś posiadał wszelkie
moce czarnej magii. Dzisiaj, niestety, pozostała mi jedna jedyna sztuka
dźwigania ciężarów bez żadnego wysiłku.

– Jakże się to stało, żeś zatracił swe zdolności czarodziejskie? – spytałem
zaciekawiony.

– Dzięki niepomiernemu obżarstwu zachorowałem na katar żołądka,
potem na katar kiszek, aż wreszcie na coś, co doktorzy półgłosem
nazywali katarem mózgu. Dzięki owemu ostatniemu katarowi zacząłem
zwolna, stopniowo, następczo i kolejno tracić rozmaite zdolności umysłowe
i czarodziejskie. W ten sposób straciłem wszystkie prócz jednej, którą ci
już wymieniłem. Wyświadcza mi ta zdolność w życiu rozmaite przysługi i w
danym razie z jej pomocą potrafię zaopatrzyć swe plecy w owo
drogocenne brzemię.

Kupiec podbiegł do wybranej skrzyni i stwierdziłem naocznie, iż bez
żadnego wysiłku wziął ją na plecy i nieznacznie z nadmiernej radości
pląsając zbliżył się do drzwi, zrobił nagły, zapewne pożegnalny piruet i
znikł we drzwiach raz na zawsze. Opuściłem skarbiec podziemny i
wróciłem do pałacu, aby powitać wuja Tarabuka. Niestety – trudno go było
powitać. Miał wzrok obłędny i ruchy rąk dziwaczne. Długom się przyglądał
tym ruchom, aż wreszcie domyśliłem się, iż wuj Tarabuk naśladuje rękami
ruchy praczek, w chwili gdy piorą bieliznę. Rozmowa z wujem Tarabukiem
potwierdziła moje domysły, gdyż co chwila i zgoła zbytecznie y/trącał do
rozmowy słowo “prać” w rozmaitych kształtach i postaciach.

– Skądże wracasz, mój sprany Sindbadzie? – zapytał, błędnie spoglądając
mi w oczy. – Jakież przygody i przepierki spotkały cię w podróży? Pewno
cię życie gnębiło i prało, bo jesteś nieco przybladły.

– Nie, drogi wuju, życie mię wcale nie zgnębiło. Raczej gnębi mię to, że w
tobie, zamiast dawnej wesołości, widzę jakąś smutnawość, inakszość i
nieswojość…

– Pójdźże w moje objęcia, abym ci ten pysk ucałował i sprał – zawołał
nagle wuj Tarabuk.

Wyznam, iż obietnica sprania mego pyska nieco pogmatwała i
zahamowała moje kroki, które niosły mnie właśnie w objęcia mego wuja.

– Powiedz mi, wuju, co to znaczą te dziwne jednostajne dodatki czy też
wtręty do zdań, które stale posiadają tę lub inną wspólnotę ze słowem
prać? Czemu na przykład nazwałeś mię spranym, zanim jeszcze
wykazałeś niezaprzeczoną chęć sprania mego pyska?

– Spranym – odrzekł wuj – nazwałem cię zapewne dlatego, że powracasz z
podróży morskiej i przypuszczam, że morze w ten lub inny sposób dało ci
się we znaki. W zdaniu zaś “sprać pysk” użyłem tego słowa w znaczeniu
poufnie pieszczotliwym, zamiast “ucałować mocno, z całych sił i bez
ceremonii”. A zresztą wyznam ci szczerze, iż niezupełnie zdaję sobie
sprawę z onych pralnianych określeń. Nawijają mi się na język same przez
się i mam przy tym nieodparte wrażenie, iż całe nasze życie na tym
padole płaczu jest jedną nieustanną przepiórką zarówno tych
przedmiotów, które się do prania nadają, jak i tych, którym się powinno
prania zaoszczędzić. Nie wytrzeszczaj na moją gębę oczu, na kształt balii,
bo gęba moja – to nie praczka, a język mój – to nie brudna bielizna.

– Wszelki duch Pana Boga chwali! – zawołałem żegnając się dość nabożnie
i nie bez rozpaczy. – Albom sam zwariował, alba mam wuja wariata!

– Wiem, że wolałbyś raczej mieć wuja wariata niźli zwariować. Wszakże
dwie powyżej nadmienione możliwości zgoła nie wykluczają tej trzeciej, iż
obydwaj jesteśmy wariatami. Ty – jako opętany żądzą podróży
siostrzeniec, ja zaś – jako nadużywający praczni-czych wyrazów wuj. W
każdym razie zapamiętaj to sobie od niechcenia, iż siostrzeniec
niekoniecznie powinien przezywać wuja w oczy – wariatem. Jesteś
młokosem w porównaniu ze mną. Toteż na drugi raz nie skąp należnego
mi szacunku, niedopierku jakiś.

– Przepraszam wuja najmocniej, lecz owo określanie wszystkich
przedmiotów, nie wyłączając mojej osoby, z punktu widzenia pracznictwa
tak mię oszołomiło, żem na chwilę stracił po prostu rozum, a w każdym
razie szacunek dla wuja. Byłbym niezmiernie wdzięczny, gdyby wuj
zechciał mi wytłumaczyć tajemniczą przyczynę owych dziwnych a
nieustannych napomykań o pracznictwie…

Wuj Tarabuk spojrzał na mnie wzrokiem zamglonym i obłędnym i począł
mi w sposób dość zawiły tłumaczyć wspomnianą przyczynę.

Opowiadanie wuja, mówiąc szczerze, pomimo dłużyzny i nieścisłości nie
miało ani ładu, ani składu. Był to szereg słów bez treści i bez związku,
zaopatrzonych na domiar starannie i pilnie w porównania i przenośnie,
zaczerpnięte bezpośrednio z pralni. Na razie podejrzewałem wuja
Tarabuka, iż zakochał się w jakiejś pięknej praczce i pragnie ją poślubić
dość rychło. W miarę jednak opowiadania przekonałem się, iż wuj
Tarabuk zdradza jakiś chorobliwy wstręt i dozgonną nienawiść do
wszystkich w ogóle praczek. Powoli z gmatwaniny jego nie powiązanych ze
sobą wyrazów i zdań wysnułem wreszcie wniosek, iż jakaś przygodna
praczka była rzeczywiście sprawczynią jego nieszczęścia. Mianowicie – wuj
Tarabuk posiadał dwa hebanowe kufry jednakowych kształtów i rozmiarów,
tak do siebie wzajem podobne, że nie można było jednego od drugiego
odróżnić. Jeden stał po lewej, drugi zaś po prawej stronie szafy
mahoniowej w sypialni wuja. W prawym wuj Tarabuk zwykł był składać
brudną bieliznę, a w lewym chował swe drogocenne wiersze, które w
ostatnich czasach pisywał na pergaminie w celu tym lepszego utrwalenia
swych utworów. Otóż pewnego razu, gdy prawy kufer po brzegi wypełnił się
bielizną, wuj Tarabuk kazał służącemu sprowadzić praczkę. Praczka
przyszła – a zapomniałem powiedzieć, że wuj Tarabuk był mańkutem.

– Dobra kobieto, weźcie ten oto kufer z brudną bielizną do prania – rzekł
wuj Tarabuk wskazując lewą ręką prawy kufer – a pamiętajcie dobrze mi
wszystko wyprać, wyprasować i wykrochmalić.

Wyrzekłszy te słowa wuj wyszedł z domu, aby się udać na dłuższą
przechadzkę po okolicach Bagdadu.

Wówczas praczka zwróciła się do obecnego w pokoju sługi z zapytaniem,
który kufer ma zabrać?

– Juści, że prawy – odrzekł sługa – bom przecie widział, że pan prawy kufer
wskazał.

– Juści, że lewy – odparła praczka – bom przecie widziała, że pan lewą
rękę podniósł do góry.

– Co prawda, to prawda! – potwierdził sługa. – I ja też sobie teraz
przypominam, że pan lewą rękę podniósł do góry. Tedy praczka zabrała
lewy kufer.

W trzy dni potem, o poranku, stawiła się z owym kufrem w pałacu.

Poranek był w istocie bardzo słoneczny i wuj Tarabuk był w znakomitym
humorze.

– No cóż, kobiecino? – zwrócił się do niej, gdy weszła do sypialni. – Czy
wszystko wyprane, wyprasowane i wy krochmalone?

– Wedle rozkazu – odrzekła usłużnie kobiecina – wszystko wyprane,
wyprasowane i wy krochmalone. Ani jednej plamki nie ostawiłam, chociaż,
po prawdzie, było tam więcej plam niż czegokolwiek. Plamka koło plamki
tak akuratnie wściubiona, jakby kto miał umyślną przyjemność w onym
starannym plamieniu.

Wuj Tarabuk uraził się i zawstydził.

– Jakże mi możecie, poczciwa kobiecino, taki kłam w oczy zadawać? Czyż
jestem jakimś brudasem z zawodu, ażebym w tak pilny sposób plamił
bieliznę? Lubię czystość i nie znoszę brudu.

Mówiąc to otworzył kufer i ukosem spojrzał na jego wypraną, wyprasowaną
i wykrochmaloną zawartość. Spojrzał i zbladł. Zbladł i spojrzał znowu, tym
razem nie ukosem, jeno wręcz – wytrzeszczonymi oczyma. Pergaminowe
rękopisy wuja, wyprane do cna ze wszystkich liter, nadzwyczaj starannie
wyprasowane i elegancko, odświętnie, niemal po balowemu sztywne od
krochmalu, leżały w kufrze jeden na drugim – spiętrzone w sposób, w jaki
zwykle piętrzy się wyprana, wyprasowana i wykrochmaloną bielizna. Bił od
nich ciepły jeszcze, przyjemny a osobliwy zapach czystości uzyskanej
mydlinami, krochmalem i gorącym żelazkiem. Z bliska robiły wrażenie
sztywnych gorsów od koszul, z dalszej nieco, aczkolwiek umiarkowanej
odległości zdawały się stosami chustek do nosa, a z jeszcze dalszego
stanowiska miały wygląd najrozmaitszej bielizny.

– Ratunku! – jęknął wuj Tarabuk. – Jestem zgubiony na całe lata! O, cóżeś
uczyniła ze mną, niedobra kobiecino! Czyż nie wskazałem ci prawego
kufra?

– Lewą rękę podniósł pan do góry, więc pomyślałam, że o lewym kufrze
mowa.

– Trzebaż mi było przyjść na świat mańkutem! – rozpaczał wuj Tarabuk. –
Czyż nie umiesz, niedobra kobiecino, odróżnić bielizny od nie-bielizny?
No, powiedz sama, czy tak ‘wygląda bielizna?

– To prawda, że nigdy bielizna aż tak nie wygląda – zauważyła rezolutnie
kobiecina. – Toteż długo miarkowałam i nijak zmiarkować nie mogłam,
którą część swej osoby przy odziewa ja-śnie pan w te zbytki. Bo ani się
tym osłonić, ani się w to wystroić. Ale potem z mnóstwa onych plamek wy
miarkowałam, że to pewnikiem jakieś śliniaczki albo i co innego.

– Precz z moich oczu! – zawołał gniewnie wuj Tarabuk. – Nie chcę cię
widzieć nigdy, rozumiesz? Nigdy!

Kobiecina wielce zasmucona opuściła pokój, a wuj Tarabuk przez dni kilka
załamywał dłonie i płakał gorzkimi łzami. Pozbawiono go nagle wszystkich
rymowanych utworów, które były płodem długiej i wytrwałej pracy. Rozpacz
wuja była tak wielka, iż umysł jego, jak się sam wyraził, zsunął mu się
nieco na bakier. Tu właśnie tkwiła przyczyna, dla której wuj Tarabuk mimo
woli i bezwiednie, dzięki osobliwej chorobie – spowodowanej nieludzką
rozpaczą – wyposażał każde zdanie w słowa zaczerpnięte z pracznictwa.

Chciałem go rozerwać opowiadaniem moich przygód, ale nadaremnie! Wuj
Tarabuk nie mógł skupić uwagi na żadnym przedmiocie. Uwaga ta była
zbłąkana w dziwacznym a parnym świecie mydlin, pralni i praczek. Ba!
Wuj Tarabuk doszedł do takich zawiłych przemian językowych, że zamiast
słowa “pracować” używał stale wyrazu “praczkować”, który to wyraz ze
względu na zbytnią wieloznaczność brzmi częstokroć tak, jakby zgoła nie
miał żadnego znaczenia. Muszę jeszcze ubocznie dorzucić, iż zamiast
mówić: “osiadł na mieliźnie”, wuj mówił: “osiadł na bieliźnie”… Po krótkim
tedy obcowaniu z wujem wywnioskowałem ciszkiem, iż staremu pomieszał
się rozum i język, tym bardziej że pewnego razu, przyglądając mi się z
widocznymi oznakami źle tajonej obawy, szepnął płochliwie:

– Tak dziwnie i tak ukosem popatrujesz na mnie, jakbyś chciał oddać
mnie do prania. Wyznaj mi szczerze, czy pielęgnujesz w duszy tego
rodzaju myśl nieludzką?

– Uspokój się, drogi wuju! – zawołałem z lekka rumieniąc się

Są twarzy. – Nigdy podobna myśl nie postała mi w głowie! Zanadto cię
kocham, abym na chwilę nawet pragnął pozbyć się ciebie w sposób tak
bezrozumny!

I rzeczywiście postanowiłem w duszy nie opuszczać wuja dopóty, dopóki
nie pozbędzie się swych chorobliwych nałogów.

Byłbym z pewnością wykonał mój zamiar szlachetny, gdyby nie to, że
Diabeł Morski nie śpi, jak w ogóle każdy diabeł. Czuwał on nade mną i
oczekiwał jeno chwili odpowiedniej, aby mię znów pokusić do nowych
przygód i niebezpieczeństw. Tym razem zjawił mi się we śnie i powiedział,
że w dalekim a nieznanym kraju czeka na mnie niecierpliwie niezwykle
piękna i płomienna królewna, która mię zna ze słychu i z opowiadań,
gdyż sława moja, jako podróżnika, obiegła niemal cały świat i przenikła
aż do najbardziej zaklętych krańców ziemi.

Uśmiechnąłem się we śnie z niedowierzaniem i zapytałem niby od
niechcenia:

– Czy nie wiesz przynajmniej, jak na imię owej królewnie?

– Jakżebym nie wiedział o tym ja, który z fachu i urzędu winienem
wszystko wiedzieć! – zawołał Diabeł Morski. – Królewna owa nazywa się
Sermina. Zresztą możesz ją poznać nie tylko po imieniu, lecz i po
niezwykle płomiennym wyrazie oczu. Nie znajdziesz na całym świecie
drugiej tak płomiennej królewny! Serce jej uderza tysiąc dwieście
pięćdziesiąt trzy razy na minutę. Tysiąc pierwszych uderzeń królewna
przeznaczyła dla nieznanego młodzieńca, dwieście następnych – dla
ulubionego kota, który nigdy swej pani nie opuszcza, pięćdziesiąt
przedostatnich – dla każdego, ktokolwiek zachwyci się jej urodą, a trzy
ostatnie uderzenia – dla swego męża, który jest słynnym
czarnoksiężnikiem i już od lat wielu spełnia wszelkie zachcianki i kaprysy
płomiennej królewny. Radzę ci, kochany Sindbadzie, ani chwili nie zwlekać
i natychmiast po ocknieniu udać się w podróż do krajów nieznanych, gdzie
na pewno spotkasz piękną Serminę, gdyż sam los skieruje bieg twego
okrętu ku owym wybrzeżom, kędy Sermina wyczekuje niecierpliwie twego
przyjazdu.

– Nie opuszczę domu rodzinnego i nie udam się w podróż, do której mnie
zachęcasz, z dwóch powodów: po pierwsze – nie ufam Diabłom Morskim,
po wtóre – nie wierzę w sny, a wiem doskonale, że i ty, i twoje słowa są
tylko snem, który mi się śni w tej oto chwili.

– Postąpisz tak, jak będziesz uważał za stosowne – odrzekł nieco
urażonym głosem Diabeł Morski. – Co do mnie, uważam, iż mi nic innego
nie pozostaje, jak usunąć się dyskretnie z twego snu, w który nie
wierzysz; jedyny to bowiem odwet, na jaki się może zdobyć każdy sen:
przestać się śnić temu, kto weń nie wierzy.

Mówiąc to Diabeł Morski pierzchnął nagle z mego snu. Zbudziłem się
niezwłocznie, pełen dziwnych, nieodpartych marzeń o płomiennej
Serminie, której serce uderza tysiąc dwieście pięćdziesiąt trzy razy na
minutę. Długom walczył z pokusą odjazdu w kraje nieznane, kędy czeka
na mnie tak czarowna królewna. Długom i nadaremnie powtarzał w duchu,
iż sen jest złudą, a cała opowieść Diabła Morskiego – zmyśloną bajką. Nie
mogłem się oprzeć słodkiej pokusie wiary w to, w co wierzyć chciało mi się
na oślep. Pewnego dnia uwierzyłem wreszcie w istnienie płomiennej
królewny i w jej niecierpliwe wyczekiwanie mego przyjazdu. Jednocześnie
zapadło we mnie mocne postanowienie natychmiastowego udania się w
podróż do krajów nieznanych. Wuj Tarabuk tym razem po osobliwym
wyrazie mych oczu zgadnął zatajoną we mnie chęć podróży.

– Widzę, że znów chcesz na czas nieokreślony opuścić swego chorego
wuja. Z oczu ci to patrzy! Nieprawdaż, Sindbadzie?

– Nie zapieram się mych zamiarów – odrzekłem spuszczając nieco oczy.

– Nie zapierasz się? – szepnął wuj głosem przerażonym. – Dobrze robisz,
że się nie zapierasz. W każdym razie stokroć jest lepiej niedopierać się
niż zapierać. Kiedyż odjeżdżasz?

– Natychmiast.

– A więc… do widzenia!

– Do widzenia!

Tegoż dnia byłem w Balsorze, a nazajutrz olbrzymi okręt unosił mię po
morzu do krajów nieznanych.

Dzień był tak upalny, że kapitan postanowił po kilku godzinach podróży
przybić chwilowo do brzegu, ażeby dać możność załodze – gwoli ochłody –
zażycia kąpieli morskiej. Cała tedy załoga wysiadła na brzeg i po chwili
setka obnażonych ciał ludzkich z radością pogrążyła się w wodzie.

Obnażyłem się na ostatku i ja i złożywszy ubranie na brzegu wskoczyłem
do wody i dałem nura, gdyż pływać umiałem doskonale.

Podczas gdym się kąpał, Diabeł Morski wypłynął nagle na brzeg i
poskoczył na brzuchu wprost do mego ubrania. Domyśliłem się, iż chce
znów włożyć mi do kieszeni ów list przeklęty, który mi tyle klęsk i
nieszczęść przyczynił. Odpłynąłem jednak zbyt daleko od brzegu i nie
mogłem już mu w czas przeszkodzić. W pierwszej chwili miałem zamiar
okrzykiem zwołać na pomoc całą załogę, lecz w porę powściągnąłem się
od owego krzyku. Znajomość moja z Diabłem Morskim mogła, jak
zazwyczaj, zbudzić rozmaite podejrzenia i całą załogę przeciwko mnie
usposobić. Albo odwrócono by się ode mnie, albo – co gorzej –
poniechano by mnie na brzegu. Musiałem więc milcząc patrzeć na to, jak
Diabeł Morski pilnie i starannie wsuwa do mojej kieszeni znany mi dobrze
list, a potem bezkarnie wraca do morza, aby się w nim pogrążyć.

Tymczasem kapitan dał znak, iż kąpiel skończona. Wdzieliśmy na się
swe ubrania i co prędzej wróciliśmy na pokład.

Nie miałem czasu ani sposobności pozbycia się diabelskiego listu, gdyż
marynarze towarzyszyli mi nieustannie, a jeden z nich ujął mię nawet
przyjaźnie pod ramię i wesoło wrócił ze mną na pokład. Wiedziałem, że
obecność w kieszeni przeklętego listu wróży mi klęski i nieszczęścia. Cóż
jednak miałem począć? Okręt płynął z szybkością błyskawiczną.
Nadaremnie starałem się osamotnić. Marynarze poczuli dla mnie szczerą
przyjaźń i nie opuszczali mnie nawet na chwilę. Uciekłem się tedy do
wybiegu – zaproponowałem marynarzom strzelanie z łuku dla rozrywki.
Zaczęliśmy strzelać kolejno, aby zbadać, kto najlepiej i najdalej strzela.
Gdy przyszła kolej na mnie, rzekłem z udanym i dość zresztą
niedołężnym uśmiechem:

– Strzelam zazwyczaj tak daleko, że dla poznaki mej strzały wolę przypiąć
do brzechwy kawał papieru.

Drżącą ręką wyjąłem z kieszeni list diabelski, przytwierdziłem go mocno
do brzechwy i z całych sił napiąwszy cięciwę wypuściłem lotną strzałę w
powietrze. Wystrzeliłem jednak tak nieoględnie, że strzała zamiast przed
się wzbiła się wzwyż nad okrętem i dosięgnąwszy pewnej wyżyny jęła z
szybkością spadać z powrotem. Byłem zrozpaczony! Oczy wszystkich
podniosły się wzwyż – za strzałą. Cała załoga z ciekawością śledziła ruchy
strzały.

– Spadnie z powrotem na pokład, czy nie spadnie? – mówił jeden z
marynarzy wytrzeszczając ciekawie oczy.

– Chyba nie spadnie – zauważył drugi.

– Pewnikiem spadnie – twierdził ku mojej rozpaczy trzeci.

– Już spada! – zawołał czwarty.

– Spada wprost na pokład! – pochwycił piąty.

– Spada, spada! – krzyknęła radośnie cała załoga. I strzała spadła.
Spadła wprost na pokład wraz z listem diabelskim, który tak mocno i tak
starannie przytwierdziłem do brzechwy. Tysiące rąk wyciągnęło się ku
strzale. Struchlałem. Czułem, że za chwilę zemdleję. Zrobiłem wysiłek,
aby nie utracić zmysłów. Strzała przechodziła z rąk do rąk. Przyglądano
się jej uważnie i ciekawie. Wreszcie pochwycił ją jeden ze starych i
wytrawnych marynarzy. Rzucił jeno okiem na list diabelski i widocznie
zrodziło się w nim jakoweś podejrzenie, gdyż przymrużył oczy, skrzywił
się, odczepił list od brzechwy i zaczął go najpierw pilnie oglądać, a potem
zwolna odczytywać. Byłem zgubiony.

– Toś jeno dla poznaki strzałę swoją w tę szatę diabelską wystroił? –
spytał mię wreszcie z szyderczym uśmiechem, którego nigdy nie
zapomnę.

Milczałem.

– Takiego starego jak ja wróbla nie weźmiesz na plewy! – mruczał znowu
marynarz. – Znam ja charakter pisma diabelskiego z opowiadań mego
dziada. Słuchajcie, panowie załoga, sam to Diabeł Morski własnoręcznie
ten list, do brzechwy przytwierdzony, pisał i własnoręcznie go adresował na
imię tego podróżnika, który jest takim znakomitym strzelcem, że sama
strzała powraca do niego jak pies wierny do swego pana!

Zgiełk i ruch uczynił się na pokładzie. Jedni szemrali, inni mruczeli
złowrogo pod wąsem, jeszcze inni wygrażali mi pięściami.

Kapitan spojrzał na mnie surowo i rzekł głosem poważnym, a zgoła
nieprzychylnym:

– Nie wiemy, jakie węzły pokrewieństwa czy też powinowactwa łączą ciebie
z Diabłem Morskim, podejrzany cudzoziemcze. To jedno wiemy, iż
obecność na okręcie listu Diabła Morskiego wróży nam klęskę. Musimy
więc w ten lub inny sposób pozbyć się i ciebie, i owego listu. List
rozkazujemy ci natychmiast wrzucić do morza. Ciebie zaś wysadzimy na
pierwszym lądzie, zanim to jednak nastąpi, odmawiamy ci wszelkich
pokarmów, ponieważ – według naszych obyczajów – nie wolno nam
bezkarnie dzielić się swym pożywieniem z diabłami lub z ich najdalszymi
nawet krewniakami.

Milcząc wrzuciłem list Diabła Morskiego w odmęty fal. List skurczył się,
rozwiał się w pianę i zniknął. Wiedziałem z góry, że wszelkie moje
tłumaczenia trafią na ogólną niewiarę. Wolałem więc milczeć. Usunąłem
się na przeciwległy kraniec pokładu i – osamotniony – wyczekiwałem
mężnie dalszych wypadków.

Tymczasem niebo zachmurzyło się nagle i szalony wicher jął hulać po
morzu. Oczy moje nigdy nie widziały takiej burzy. Zdaje mi się, iż była to
burza zaklęta – zrodzona pod piekielnym wpływem diabelskiego listu.
Wicher złamał nam żagle i ster. Okręt bezsilny i bezradny płynął tam,
kędy go gnała nieprzewidziana wola opętanej wichury.

Kapitan – zachowując zimną krew – stał na przedzie okrętu i poglądał
przez lunetę w dal, która się zasnuwała coraz czarniejszymi chmurami.
Nagle luneta zadrżała mu w ręku, a twarz jego powlekła się śmiertelną
bladością.

– Baczność! – zawołał głosem pełnym rozpaczy. – Widzę z dala czarną
plamę, która jest na pewno Górą Magnetyczną!

Ta sama śmiertelna bladość powlekła natychmiast oblicza wszystkich
marynarzy. Nie rozumiałem na razie, ale przekonałem się wkrótce, czym
grozi okrętowi najmniejsze zbliżenie się do Góry Magnetycznej. Góra owa
ma szatańską własność przyciągania wszelkich przedmiotów metalowych.
Nie tylko kotwica, kufry żelazne, noże, łyżki i inne sprzęty, ale nawet
gwoździe, którymi zbite są deski okrętowe, wyskakują same ze swych
miejsc i odlatują ku owej Górze, aby zwiększyć jeszcze jej objętość.
Nadaremnie marynarze starali się skierować okręt w stronę przeciwną.
Wicher gnał go wprost ku Górze Magnetycznej. Po chwili dziwaczne i
straszliwe działanie owej Góry dało się odczuć na okręcie pomimo
znacznej odległości. Luneta wyrwała się z rąk kapitana i w ciągu jednej
chwili znikła mu sprzed oczu. Natychmiast i ja, i wszyscy marynarze, i sam
kapitan uczuliśmy szybkie i nerwowe odrywanie się guzików od naszej
odzieży. Całe powietrze napełniło się tysiącem metalowych guzików, które
jak chmara drobnych owadów pofrunęły ku Górze Magnetycznej.
Pozostaliśmy bez guzików. Ubranie dolne opadło z nas nagle, obnażając
nogi dygocące od strachu. Wszakże nogi kapitana tkwiły mocno i mężnie
na przedzie okrętu. Lecz oto – niestety – gwoździe z desek okrętowych
zaczęły wyskakiwać z rdzawym hałasem i odlatywały niezwłocznie ku
straszliwej Górze, której wierzchołek już wyraźnie ukazał się naszym
oczom. Okręt pozbawiony gwoździ zaczął się zwolna rozpadać. Woda
przeniknęła do jego wnętrza. Zbliżaliśmy się coraz bardziej do Góry
Magnetycznej. Rondle, noże, widelce i łyżki z kuchni okrętowej dzwoniąc i
pobrzękując uniosły się w powietrze i z kotwicą na czele pofrunęły ku
Górze Magnetycznej. Dziwno mi było i nieswojo, gdym patrzył na owe
zgoła niezgodne z codziennym ładem odloty rozmaitego żelastwa, które
ptasim obyczajem unosiło się w powietrze. Jeszcze dziwniej i jeszcze
bardziej nieswojo poczułem się wówczas, gdy już po uciszeniu się wichrów
ostatnia obręcz żelazna, która jako tako trzymała w zespole nasz okręt,
zerwała się ku Górze pozwalając mu rozsypać się na drobne części. Zanim
to się jednak stało i zanim okręt z całą załogą poszedł na dno, zdążyłem
jeszcze spostrzec, iż kocioł, w którym zazwyczaj zupy warzono, wtoczył się
sam na schody i podskakując biegł po schodach na pokład. Miałem tyle
przytomności umysłu, żem do tego kotła wskoczył. Kocioł natychmiast
wraz ze mną wzbił się w powietrze i pofrunął ku Górze Magnetycznej. Po
drodze spotkałem w powietrzu tu i ówdzie całe roje spóźnionych rondli,
widelców i dukatów. Wszystko to leciało na oślep i na wyścigi ku Górze
Magnetycznej. Siedząc wygodnie we wnętrzu kotła, wychyliłem nieco głowę
i spojrzałem w stronę naszego okrętu. Atoli nie było po nim ani znaku.
Zatonął wraz z całą załogą. Jeno od czasu do czasu wyfruwał jeszcze z
wody zgoła spóźniony scyzoryk, guzik lub dukat z kieszeni zapewne
samego kapitana, który w tej chwili leżał martwy na dnie morskim.
Wreszcie – na ostatku – wyfrunęły z morza ogromne okulary, które
widziałem na nosie kucharza okrętowego. Po czym wszystko ucichło. O ile
mogę ufać memu poczuciu czasu, wędrowałem w powietrzu we
wspomnianym kotle najwyżej kwadrans. Po kwadransie kocioł stanął na
samym wierzchole Góry Magnetycznej. Wyskoczyłem wówczas z kotła i
rozejrzałem się dokoła.

Pode mną piętrzyła się czarna jak heban Góra Magnetyczna, najeżona
gwoździami, nożami, widelcami, siekierami, mieczami, dukatami,
talarami, guzikami, kotwicami i tysiącem innych przedmiotów oraz
klejnotów złotych i srebrnych. Różnorodność i zbyteczność owych
najeżonych po zboczach Góry przedmiotów narzucały nieodparcie myśl o
jakimś bezładnym wnętrzu spichrza, którego właścicielem jest lub był
wariat. Wyobrażam sobie, ilu nieszczęść przyczyną była ta Góra,
najniepotrzebniej w świecie gromadząca na swej powierzchni tyle żelastwa!
Zdawało mi się, iż tkwię na czubie jakiegoś śmietnika, i nie mogłem
zrozumieć, czemu taki śmietnik tai w sobie tak nieodpartą potęgę! Powoli
uniosłem oczy wzwyż i ze zdziwieniem ujrzałem przed sobą na samym
wierzchole Góry pomnik, olbrzymi, spiżowy pomnik jakiegoś rycerza.
Siedział na spiżowym rumaku, dumnie wznosząc czoło i dumnie krzyżując
obydwie dłonie na piersi. Zbliżyłem się, aby odczytać napis na pomniku.
Napis głosił, co następuje:

Nazywam się Ktokolwiek, żyłem jakkolwiek, po śmierci przebywam
gdziekolwiek. Przygodny zwiedzaczu Góry Magnetycznej, jeżeli chcesz
mnie na nowo do życia powołać, wymów wobec mnie słowo: “geniusz”, a
natychmiast obudzę się na dźwięk mego imienia, lecz strzeż się w
rozmowie ze mną użyć słowa: “osioł”, gdyż natychmiast obrócę się w spiż,
którym jestem obecnie.

Odczytawszy ów napis namyśliłem się i po długim namyśle wyrzekłem
dość głośno:

– Geniusz.

Rycerz niezwłocznie otworzył oczy, przetarł je i szepnął:

– Czy mnie kto wołał?

– Nie tyłem wołał, ilem wykonał poradę zawartą w twym napisie –
odrzekłem przyglądając mu się uważnie.

– Owom tedy jest – mówił dalej rycerz. – Czuję, jak życie na nowo wypełnia
moją istotę i krew poczyna krążyć w mych żyłach.

– Przyjemne to zapewne uczucie i nie każdemu dostępne – przerwałem
przyglądając mu się coraz uważniej. – Powiedz mi jednak, kim właściwie
jesteś i za co wystawiono ci taki spiżowy pomnik na wierzchole tej Góry?

– Kim jestem? – powtórzył rycerz. – I trudno, i łatwo odpowiedzieć na to
pytanie. Jestem człowiekiem, który byłby zupełnym zerem, gdyby go nie
obdarzono pomnikiem. Dla tej właśnie, a nie innej przyczyny zbudowano
mi pomnik. Uwieczniony w spiżu, stoję tu na wierzchole Góry, ponieważ
stać mię na to, abym stał. Jestem jednym z tych, którzy są do wszystkich
podobni, i wyróżniam się jeno pomnikiem. Za życia słynąłem z
pomnikowej głupoty, słuszna tedy, iż po śmierci mam pomnik. Kochałem
życie w jego przejawach codziennych i nienawidziłem go w jego wzlotach
ku wyżynom. Słuszna tedy, iż po śmierci postawiono mnie na wyżynie,
aby mi wynagrodzić nieustanne przebywanie za życia na nizinach.
Zbudowałem świątynię bożkowi codzienności i ściągałem do niej wiernych
obiecując im dnie powszednie i noce bez widzeń sennych. Po śmierci
ściągam do siebie też wszystko, cokolwiek dzięki Górze Magnetycznej
ściągać mogę, a więc: widelce, noże, dukaty, gwoździe, guziki… nie
gardzę niczym, bo mię raduje sama możność ściągania czegokolwiek. W
tym tkwi prawdziwe życie, mieści ono w sobie widelec obok dukata, kocioł
obok guzika – słowem, ową wszystkość, która jest rzeczywistością. Z
bliska owa rzeczywistość wygląda jak śmietnik, lecz z daleka za to nabiera
zgrozy i wygląda jak zatopiony okręt, pełen tysiąca cierpień ludzkich. Czyż
zatem niewart jestem pomnika? Pozwól mi jednak zejść z mego
piedestału, bom już od dawna stopami nie dotykał ziemi. Stęskniłem się
do niej. Chętnie porozmawiam z tobą, o ile zechcesz od czasu do czasu –
czy to na stronie, czy też od niechcenia – wymawiać słowo: “geniusz”.

– Osioł! – zawołałem dość gwałtownie.

Twarz rycerza zbladła. Spojrzał na mnie wylękłym wzrokiem i zamienił się
znowu w spiż. Siedział po dawnemu na spiżowym koniu, dumnie wznosząc
czoło i dumnie krzyżując na piersi obydwie dłonie.

Pośpiesznie zszedłem z wierzchołka Góry ku jej podnóżu.

Góra znajdowała się na środku niewielkiej wyspy, pokrytej jeno pokrzywą.
Zbliżyłem się do brzegu, aby zobaczyć, czy na morzu nie widać jakiegoś
czółna lub barki, lecz wokół była pustka.

Nagle ujrzałem nad sobą – w powietrzu – przelatującego potwora.

Zgadłem, że był to czarownik, tym bardziej że w objęciach unosił jakąś
cudowną królewnę, która do piersi tuliła białego kota. Gdy właśnie nad mą
głową przelatywali, królewna nieznacznie i niepostrzeżenie rzuciła mi
wprost do rąk liścik w różowej kopercie.

Chwyciłem ów liścik i przekonawszy się, iż czarownik wraz z królewną znikł
już na widnokręgu, otworzyłem kopertę i przeczytałem liścik, z którego
ulatywała woń róż, lilii, konwalii i lewkonii.

Jakież było moje zdziwienie, gdym przeczytał następujące wyrazy:

Kochany Sindbadzie!
Dzięki sztuce czarnoksięskiej, której jestem świadoma, wiedziałam
wczoraj jeszcze, iż dziś o tej właśnie godzinie będziesz stał na brzegu
wyspy, kędy się znajduje Góra Magnetyczna. Od dawna już pragnęłam
spotkać się z tobq, gdyż tobie przeznaczyłam tysiąc pierwszych uderzeń
mego serca. Dziś w nocy, gdy księżyc zaświeci na niebiosach, stań na
brzegu wyspy i zawołaj przed siebie – w nieskończoność – do nikąd i do
nikogo: “Bywajcie, bywajcie!” A natychmiast stanie się to, co stać się
powinno. Zapamiętaj te wyrazy:”Bywajcie, bywajcie!” oraz nie opóźniaj się
z wołaniem, bo czas nagli.
Twoja płomienna Sermina

Byłem oczarowany i upojony treścią listu. Diabeł Morski nie okłamał mnie
we śnie. Płomienna Sermina nie tylko istniała naprawdę, lecz wyczekiwała
mego przyjazdu i przeznaczyła mi już zawczasu tysiąc pierwszych uderzeń
swego serca.

Skoro tylko księżyc rozwidnił nocne niebiosa, stanąłem na brzegu wyspy i
starając się skierować głos przed siebie – w nieskończoność – zawołałem
do nikąd i do nikogo:

– Bywajcie, bywajcie!

Natychmiast pod wpływem tych magicznych słów całe powietrze napełniło
się srebrnymi, skrzydlatymi istotami, które poczęły krążyć wokół mnie w
blasku księżycowym. Krążąc zbliżały się do mnie coraz bardziej, tak że
wkrótce mogłem dokładnie rozróżnić ich twarze. Zdziwiony byłem
rozmaitością tych skrzydlatych postaci, charakterystycznym wyrazem ich
twarzy oraz ich ubiorami. Każda z nich trzymała w ręku lub pod pachą
jakiś tobołek lub zawiniątko. Przyjrzawszy się uważniej, domyśliłem się, iż
jest to skrzydlaty rój srebrnych krawczyków, srebrnych szewczyków i wielu
innych srebrnych wyrobników przeróżnych przedmiotów zbytku i przepychu.
Każdy z nich krążąc wokół mnie w blasku księżycowym, rozwijał swój
srebrny tobołek lub zawiniątko i ukazując przedziwne wyroby swego
kunsztu zalecał mi swój towar.

Zrozumiałem, iż zgodnie z pragnieniem płomiennej Serminy powinienem
przywdziać strój odpowiedni, aby w tym stroju ukazać się jej oczom.
Wybrałem tedy na chybił-trafił niezbędne przedmioty i natychmiast
skrzydlaty krawczyk ubrał mię w strój królewski, skrzydlaty szewczyk wzuł
mi na nogi złociste buty, skrzydlaty pielęgniarz wąsów podkręcił mi wąsy,
tak iż sterczały równo i chwacko jak u chrabąszcza, skrzydlaty pielęgniarz
brody rozczesał mi brodę, a potem jakiś skrzydlaty właściciel wonności
skropił mię i namaścił wonnościami. Tkwiąc na brzegu wyspy, świetniałem,
złociłem się i pachniałem w nieskończoność, która jarzyła się w mych
oczach rozwiewnym światłem księżyca.

– Czyś zadowolony ze swego stroju, ze swoich butów i z wonności? –
zawołał rój skrzydlatych istot.

– Jestem najzupełniej zadowolony – odrzekłem głaszcząc dłonią swe
jedwabne ubranie. – Chciałbym teraz znaleźć się tam, gdzie przebywa
płomienna Sermina. Nie wiem jednak, jak to uczynić. Po pierwsze – nie
znam miejsca jej pobytu, po wtóre zaś – nie mam ani ludzi, ani konia, ani
żadnego w ogóle sposobu wydostania się z tej wyspy.

Zaledwom domówił tych słów, zjawił się przede mną rydwan ognisty,
zaprzężony w cztery ogniste rumaki. Wsiadłem do rydwanu i po chwili
rumaki ogniste uniosły mię w powietrze. Słyszałem jeno szum ognistych
kół i parskanie ognistych rumaków, którym ze ślepi i z nozdrzy sypały się
nieustannie skry. Zdawało mi się, że ogarnął mię jakiś pożar zaklęty, w
którym za chwilę spłonę na popiół. Nie spłonąłem wszakże. Przeciwnie –
ogień, z którego utkany był rydwan oraz czwórka rumaków – wywiewał z
siebie łagodną a pełną różanej woni ochłodę.

Ogniste rumaki zatrzymały się nagle w jakimś pustym i samotnym
ustroniu. Wyskoczyłem z rydwanu i zaledwo stopą dotknąłem ziemi,
wszystko nagle znikło sprzed mych oczu: i rydwan, i rumaki. Rozejrzałem
się dokoła, alem nie zauważył nigdzie nawet śladów owego pałacu,
któregom się spodziewał; byłem bowiem pewien, że rumaki ogniste staną
wraz ze mną przed pałacem Serminy.

Nie wiedziałem, dokąd mam się teraz udać. Postanowiłem tedy czekać na
dalsze wskazówki zaklęte.

Czekałem godzinę całą, ale nadaremnie.

Wtem posłyszałem głos, jakoby spod ziemi wybiegły:

– Idź za mną, Sindbadzie! To ja, płomienna Sermina! Mieszkam tu, w
podziemiach. Idź w ślad za mym głosem, a zaprowadzę ciebie do
wnijścia. Będę śpiewała piosenkę, abyś głos mój mógł słyszeć nieustannie.

– Śpiewaj – rzekłem – głos twój czaruje mnie i upaja. Pójdę chętnie za
twym głosem.

W tej chwili rozległ się śpiew Serminy. Śpiewała dziwną a cudowną śpiewkę
podziemną, której słowa zachowałem w pamięci:

W podziemiach śnię i marzę, W ustach mam roje słów. Podziemne
korytarze Pełne są moich snów. Dość mi rozkazać snowi:

“Śnij mi się tak a tak!”
A sen się już różowi,
Podając złoty znak.
Jam tu – z mym snem i losem,
Najpłomienniejsza z dziew!
Idź w ślad za moim głosem,
Dla ciebie nucę śpiew!

Tak śpiewała Sermina. Nie widząc jej postaci słyszałem jeno głos cudowny
i szedłem w ślad za owym głosem. Szedłem po powierzchni ziemi,
podczas gdy ona szła pod jej powierzchnią. Pilnie nasłuchiwałem śpiewu,
aby się nie rozminąć przypadkiem z moją podziemną przewodniczką.
Śpiew nagle umilkł. Zatrzymałem się natychmiast w miejscu, gdzie
nastało milczenie. Domyśliłem się, iż w tym właśnie miejscu znajduje się
wnijście do podziemi.

– Czy widzisz krzew różany u swoich stóp? – zapytała mię spod ziemi
Sermina.

– Widzę – odrzekłem.

– Wyrwij z korzeniem ów krzew różany, a zobaczysz pod nim drzwi
żelazne. Wówczas zerwij jedną różę i ową różą prowadź po drzwiach tak,
jakbyś pisał – litera po literze – moje imię, a drzwi niezwłocznie się
rozewrą. Ujrzysz pod nimi schody marmurowe i po tych schodach
znijdziesz do podziemi, gdzie czekam na ciebie, bom już od dawna
przeznaczyła ci tysiąc pierwszych uderzeń mego serca.

Wyrwałem z korzeniem krzew różany i znalazłem na jego miejscu drzwi
żelazne. Zerwałem jedną z róż i zacząłem nią prowadzić po drzwiach tak,
jakbym pisał – litera po literze – imię Serminy. Gdym nakreślił literę S –
drzwi poruszyły się niespokojnie. Gdym nakreślił literę e – ukazała się na
drzwiach klamka złota. Gdym nakreślił literę r – zjawiła się dziurka od
klucza. Gdym nakreślił literę m – klucz złoty wymknął z ziemi i jął pełznąć
ku dziurce. Gdym nakreślił literę i – klucz sam wszedł do dziurki. Gdym
nakreślił literę n – klucz przekręcił się w dziurce trzy razy. Gdym nakreślił
literę a – drzwi skrzypnęły i rozwarły się przede mną na oścież.

Pode drzwiami ujrzałem schody marmurowe. Zszedłem po nich w dół i
znalazłem się nagle w pośrodku olbrzymiej komnaty pałacowej, gdzie
czekała na mnie Sermina.

– Co mam czynić dalej? – spytałem płomiennej królewny.

– Musisz najpierw wysłuchać mojej krótkiej opowieści, która ci wytłumaczy
wiele tajemniczych rzeczy. Jestem córką króla te} wyspy, na której
znajduje się Góra Magnetyczna. Mała to wysepka^ ale dziesięć lat temu
istniało na niej cudowne i bogate miasto. Ludność tego miasta składała
się z samych poetów, prócz jednego tylko człowieka, który się nazywał
Ktokolwiek i który poetą nie był. ów Ktokolwiek dzięki swemu sprytowi i
pomimo wrodzonej głupoty zawładnął wkrótce całym miastem. Wszyscy
bowiem uwierzyli w jego wyższość i uważali go za geniusza. Sam król
powierzył mu rządy miasta. Ktokolwiek zaczął rządzić. Pod wpływem jego
rządów kwiaty, drzewa, pałace i cała ludność – słowem wszystko – tak
doszczętnie zszarzało, iż szarość owa przyprawiła o melancholię i króla, i
jego poddanych. Poeci zaczęli zwolna wymierać i po pewnym czasie
wymarli wszyscy co do jednego, zbudowawszy uprzednio pomnik owemu
Komukolwiek. Umarł wreszcie król. Zostałam jeno ja i Ktokolwiek oraz
jego pomnik. Ktokolwiek chciał mię pojąć za żonę. Wolałam jednak
umrzeć, niźli zostać jego żoną. Ponieważ znałam sztukę czarnoksięską,
przeto rzuciłam nań czary śmierci. Ktokolwiek umarł. Byłam sama jedna
na wyspie. Pewnego dnia ujrzał mię przelatujący nad naszym miastem
czarodziej Murumadarkos. Upodobał mię sobie, porwał mię w objęcia i
uniósł do tego właśnie podziemia. Pod wpływem jego czarów muszę
przebywać w tym podziemiu wraz z mym ulubionym białym kotem,
któremu przeznaczyłam dwieście uderzeń mego serca. Murumadarkos
odwiedza mię tylko co trzy lata i wówczas bierze mię zazwyczaj ze sobą na
spacer po powietrzu, gdyż przepadam za takimi napowietrznymi
spacerami. Wczoraj właśnie był dzień jego odwiedzin. Odbyłam już z nim
ów spacer. napowietrzny, podczas którego ujrzałam ciebie na brzegu
wyspy. Znów mam trzy lata zupełnego spokoju. Nie mogę powiedzieć,
abym nie lubiła Murumadarkosa. Przeznaczyłam dlań trzy uderzenia
mego serca. Jest on wszakże zawzięty, potężny i straszny. Zabiłby
każdego, kogokolwiek zastałby w podziemiach. Nikomu bowiem nie wolno
zwiedzać tych podziemi. Możesz tu jednak z całym spokojem na trzy lata
zamieszkać. Strzeż się jeno tego lustra, które stoi w kącie pokoju,
naprzeciwko mego łoża, oraz tego łuku, który wisi w przeciwległym kącie
pokoju. Gdybyś strzałą z owego łuku wypuszczoną ugodził w owo lustro –
Murumadarkos natychmiast zjawiłby się w podziemiach. Ów łuk i lustro
zostawił umyślnie w mym pokoju, abym go mogła przywołać w razie
jakiejś nagłej potrzeby lub katastrofy.

– Wiem teraz, czego się mam strzec, więc bądź o mnie spokojna. Jestem
dość rozsądny, aby nie rozbić owego lustra strzałą wyrzuconą z owego
łuku. Ani mi w głowie tego rodzaju zabawa!

Sermina wzięła mię za rękę i oprowadziła po podziemiach. Było tam
mnóstwo cudownych komnat oraz ogrodów, gdzie rosły podziemne
drzewa, kwitły podziemne kwiaty i śpiewały podziemne ptaki.

Zamieszkałem razem z Serminą w podziemnym pałacu, gdzie było mi
daleko przyjemniej i weselej niż w domu rodzinnym obok wuja Tarabuka.
Ponieważ wuj Tarabuk był poetą, więc Sermina ciekawa była moich o nim
opowiadań. Dnie schodziły nam na rozmowach oraz czytaniu ksiąg
czarnoksięskich.

Tak minęło dni pięć, a minęłoby i więcej, gdyby nie przygoda
nieszczęsna, która pozbawiła mię na wieki płomiennej Serminy.

Pewnego wieczoru wszedłem do pokoju Serminy. Sermina spała. Usiadłem
więc pod ścianą, aby jej nie budzić, i z zachwytem patrzyłem na śpiącą.
Nagle ujrzałem olbrzymiego szczura, który wysunął się spod łóżka i w
okamgnieniu wskoczył na łóżko, na którym leżała Sermina. Ponieważ
siedziałem pod ścianą, na której wisiał łuk, porwałem więc łuk do ręki
chcąc ukarać śmiałka. Wymierzyłem w samo ślepie szczura. Wypuściłem
strzałę spodziewając się, iż szczura na wylot przeszyję. Lecz ku mojemu
zdziwieniu – posłyszałem brzęk tłukącego się lustra. Sermina zbudziła się,
spojrzała na lustro i załamała dłonie. Szczur uciekł, a ja stałem
zrozpaczony z łukiem w ręku. Niestety! Lustro było tak doskonałe, żem
odbicie Serminy i szczura wziął za rzeczywistość. Zamiast przeszyć strzałą
rzeczywistego szczura przeszyłem lustro w tym miejscu, gdzie szczur się
odbijał.

– Cóżeś uczynił? – zawołała Sermina. – Murumadarkos natychmiast zjawi
się w podziemiach! Jesteśmy zgubieni, chyba że uratuje nas moja sztuka
czarnoksięska.

Nagłe uderzenie pioruna oznajmiło nam, iż Murumadarkos przybywa.

I rzeczywiście – tuż obok rozbitego lustra zjawiła się jego postać straszliwa
i potężna. Zdążyłem ukryć się za kotarą drzwi.

Nasłuchiwałem uważnie rozmowy Murumadarkosa z Sermina, aby w razie
potrzeby przyjść z pomocą.

Sermina w pierwszej chwili tak się zmieszała, że odpowiedzi jej były
nierozsądne.

– Czegoś chciała ode mnie? – spytał Murumadarkos.

– Chciałam się dowiedzieć, która godzina? – odrzekła rumieniąc się
Sermina.

– Jak to? W tak błahym celu wezwałaś mnie z tak daleka? Byłem przed
chwilą na końcu świata, zajęty polowaniem na lwy i tygrysy.

– Jest to błahy cel dla ciebie, lecz nie dla mnie – tłumaczyła Sermina. –
Zegarek mój idzie tak źle, że nigdy nie wiem, o której mam wstać, a o
której do snu się ułożyć. Dzień – dwa – a nawet tydzień – a nawet miesiąc
można żyć bez zegarka, ale trzy lata – to trochę za długo.

Murumadarkos spojrzał na zegar wiszący na ścianie, zmarszczył brwi i
rzekł:

– Zegar twój idzie aż nadto dobrze. Zapewne jakiś inny zamiar lub
przypadek zmusił cię do rozbicia lustra.

Sermina zarumieniła się znowu i rzekła z pośpiechem:

– Właściwie było tak: zaczęłam się nudzić sama w podziemiach i
pomyślałam, że aż trzy lata muszę czekać na twoje odwiedziny. Zrobiło
mi się tak nudno, ale to tak nudno, żem postanowiła dla rozrywki
zatańczyć przed lustrem jakiś taniec solowy, aby się przyglądać swemu
rozpląsanemu w lustrze odbiciu. Zaczęłam tańczyć.

Tańczyłam tak zapalczywie, ale to tak zapalczywie, że nieostrożnie
podniosłam w zapale tanecznym nogę tak wysoko, ale to tak wysoko, że
rozbiłam lustro.

Murumadarkos jeszcze mocniej brwi zmarszczył i mruknął pod wąsem:

– Przecież widzę, że lustro przeszyte jest na wylot strzałą z mego łuku.

Sermina zarumieniła się po uszy i zawołała:

– Zapomniałam ci powiedzieć, że tańczyłam mój ulubiony taniec z łukiem.
Tańcząc napięłam cięciwę tak mocno, ale to tak mocno, że strzała
nieostrożnie wysunęła mi się z dłoni i przeszyła na wskroś lustro w tej
samej właśnie chwili, kiedy, jak ci to już wyznałam, podniosłam zbyt
wysoko nogę.

Tupnął nogą o ziemię Murumadarkos.

– Nie jestem głupcem ani osłem, ażebym zaufał tak jawnie kłamliwym
słowom! Mogłabyś przynajmniej jakieś zręczniejsze kłamstwo obmyślić!
Spójrz mi prosto w oczy i mów, co się stało.

Sermina spojrzała mu prosto w oczy.

– Patrz prosto! – powtórzył groźnie Murumadarkos.

– Czyż nie patrzę dość prosto?

– Właściwie patrzysz dość prosto i to mnie właśnie zupełnie zbija z
pantałyku. Podejrzewam teraz ciebie o to, że chcesz mnie zbić z
pantałyku.

– Przecież sam kazałeś mi patrzeć prosto w oczy.

– Kazałem ci patrzeć prosto w oczy, ale nie kazałem ci zbijać mnie z
pantałyku.

– Więc cóż mam teraz uczynić, aby cię nie zbijać z pantałyku?

– Powinnaś spuścić oczy i wyznać, że po tym, co się stało, nie możesz mi
patrzeć prosto w oczy.

– Po cóż mam spuszczać oczy, jeżeli nic się nie stało i jeżeli mogę z
zupełnym spokojem patrzeć ci prosto w oczy?

Murumadarkos poczerwieniał ze złości i począł nozdrzami węszyć wnętrze
pokoju. Zapewne coś zwęszył, bo nagle chwycił łuk, przyłożył do cięciwy
strzałę, napiął cięciwę i, wymierzywszy wprost w kotarę, za którą byłem
ukryty, rzekł z uśmiechem szyderczym do Serminy:

– Przeszyłaś strzałą moje lustro, tedy pozwól, że tą samą strzałą
przeszyję twoją kotarę.

– Nie rób tego! – zawołała Sermina. – Ta kotara jest pamiątką po mojej
matce.

– Mylisz się – tę kotarę dałem ci sam w podarku ślubnym, a kupiłem ją
osobiście od kupca perskiego.

– Pamiętam to dobrze! – zawołała Sermina. – Pamiętam, że ta kotara jest
twoim podarkiem ślubnym, ale jednocześnie jest ona tak dziwnie
podobna do ulubionej kotary mojej matki, że uważam ją niemal za
pamiątkę po mojej matce.

– Pomimo to – odpowiedział Murumadarkos – będę oto liczył do trzech. Za
trzecim razem strzała przeszyje ową pamiątkę po twojej matce.

Ukryty za kotarą, poczułem się nagle nieswojo.

– Raz! – rzekł Murumadarkos.

– Błagam cię, nie strzelaj! – zawołała Sermina.

– Dwa! – rzekł nieubłagany Murumadarkos.

Chcąc w czas uprzedzić okrutne “trzy”, które by niechybnie pociągnęło za
sobą cios dla mnie śmiertelny, wysunąłem się mimo woli spoza kotary.

– A to kto? – zawołał Murumadarkos przysiadając do ziemi ze zbytniego
zapewne zdumienia.

– Precz stąd, podły czarnoksiężniku! – zawołałem odważnie. – Kocham
Serminę i nie pozwolę nadal więzić jej w tych podziemiach. Albo zabiję
ciebie, albo sam zostanę zabity.

– To ostatnie jest o wiele prawdopodobniejsze – odpowiedział czarownik i
przedzierzgnął się nagle w olbrzymiego psa. Pies rozwarł paszczę i chciał
się już rzucić na mnie, gdy Sermina przedzierzgnęła się w wilka. Wilk
rzucił się na psa i rozpoczęła się wściekła walka. Podczas tej walki pies
nagle przeobraził się w tygrysa. Wówczas wilk przemienił się w lwa. Tygrys
stał się nagle żółtym z zazdrości i złości płomieniem. Z niepokojem
spojrzałem na lwa, czekając, w co się teraz odmieni. Lew po krótkim
namyśle rozwichrzył się w cudowny, purpurowy płomień. Przypomniałem
sobie wówczas, iż Sermina słynęła jako płomienna. Dwa te płomienie –
żółty i purpurowy – wichrząc się i powiewając jęzorami, splotły się i
zgmatwały wzajem ze sobą. Długo trwała walka płomieni. To żółty, to
purpurowy unosił się wzwyż, panując nad przeciwnikiem. Mocowały się ze
sobą, wijąc się kłębami po ziemi, polatując ku sklepieniu, prześlizgując
się po ścianach, paląc po drodze kotary i makaty. Wreszcie
znieruchomiały obydwa i zwarły się w jeden ognisty, żółto-purpurowy
zamęt. Znać było, iż tezą się i zmagają w walce ostatecznej. Zaparłem
dech i z zamarłym w piersi sercem śledziłem skutki walki, od której
zależało życie moje i Serminy. Nagle płomień żółty zachwiał się, syknął,
zadymił i zaczął zwolna wątleć, przygasać, szarzeć, aż w końcu,
zamieniony w popiół, opadł na ziemię. Sermina zwyciężyła!

W kształcie purpurowego płomienia zbliżyła się do mnie i owiała moją
twarz wonnym, czarownym, upojnym żarem. Wyciągnąłem dłonie i
pogrążyłem je w purpurowym płomieniu. Nie spaliły się, jeno zadrgały,
przejęte wnikliwą spiekotą, podobną do spiekoty wiosennego południa.
Rozchyliłem wargi i jąłem wdychać wonny żar, który wywiewał z płomienia.
Spijałem ten żar purpurowy chciwie i radośnie, gdyż przelewał mi się do
piersi i uderzał do głowy jako wino.

– Sermino! – szepnąłem. – Tyżeś to jest, taka płomienna?

– Jam jest – odrzekła.

– Co się dzieje z tobą? Odpowiedz, bo nie widzę twej postaci!

– Płonę – szepnęła Sermina.

– Czy żyjesz jeszcze?

– Płonę.

– Czy widzisz mnie?

– Płonę.

– Czy kochasz mię, Sermino?

– Płonę.

– O, jeżeli możesz, przywróć sobie dawną postać, bo oczy moje stęskniły
się do twego widoku!

W tej chwili purpurowy płomień zawichrzył się, rozwiał i na jego miejscu
zjawiła się dawna Sermina, ale jakże zmieniona, jakże blada, jakże
dziwnie smutna i zadumana!

– Zwyciężyłam Murumadarkosa spalając go w popiół marny i nikczemny,
ale nie można zwyciężać bez ofiar! Przybrałam na się postać płomienia,
ale nie wolno płonąć bezkarnie! Kto raz zapłonął – ten musi płonąć do
końca! Wiedziałam o tym, co mnie czeka, ale nie mogłam uniknąć
przeznaczenia! Gdy Murumadarkos zamienił się w płomień, musiałam –
gwoli zwycięstwa – przeciwstawić mu się w równie płomiennej postaci. Patrz
na mnie, póki jeszcze trwam na ziemi, gdyż oto zbliża się chwila mojej
śmierci. Zwyciężając Murumadarkosa – wyratowałam ciebie. Ratując ciebie –
musiałam sama siebie znicestwić. Płonę, płonę nadal, płonę
beznadziejnie!

– Wszakże pozbyłaś się już postaci płomienia?

– O, tak! pozbyłam się tej postaci jeno na zewnątrz, ale wewnątrz, w
duszy, w piersi pozostało straszne, niepokonane, purpurowe zarzewie!
Spala mnie ono szybko, pośpiesznie… spala na popiół, na proch znikomy!

– Powiedz, czym mogę zagasić, czym stłumić to zarzewie okrutne?

– Niczym go nie stłumisz, niczym nie zagasisz! Spójrz na mnie uważnie:
choć nie widzisz trawiącego mię płomienia, możesz jednak spostrzec
wszelkie widome oznaki spalania się i spopielania.

Teraz dopiero – pod wpływem tych słów – spostrzegłem nagle, że ciało
Serminy zwolna czernieje, jakby się zamieniało w węgiel. Warkocze jej,
olbrzymie, złote warkocze, skręcały się kurczowo jak w ogniu, chociaż
ognia nie było widać. Zwolna cała przeobraziła się w węgiel, który wkrótce
w popiół się rozsypał. Stało się to tak szybko, żem nawet nie zdążył raz
jeden uścisnąć jej przed zgonem^ raz jeden pożegnać na zawsze, raz
jeden choćby imienia jej wyszeptać. W podziemiach zapanowała cisza i
pustka. Zebrałem popiół Serminy do urny marmurowej i płacząc
wyszedłem z podziemi. Zaledwom stanął na powierzchni, w pobliżu drzwi
żelaznych, gdym posłyszał nagły grzmot i jednocześnie ujrzałem, że drzwi
żelazna zapadły się kędyś głęboko i znikły bez śladu, jeno kot biały
wyskoczył zowąd i pędząc na oślep przed siebie zniknął na widnokręgu.

Z urną napełnioną popiołem błąkałem się długo po nieznanym lądzie,
gdziem nie mógł znaleźć ani pożywienia, ani ludzi, ani nawet zwierząt.
Rozpacz moja nie miała granic! Nikogom tak nie kochał jak Serminy! Nikt
mi nie napełniał mej duszy takim szczęściem! I oto – w jednej chwili –
znikła na zawsze, spaliła się, rozwiała się w nicość. Cóż mi zostało? Urna
napełniona popiołem.

Na trzeci dzień mej tułaczki po lądzie dotarłem do brzegu i ujrzałem z
dala okręt. Jąłem wołać z całych sił, aby mię posłyszano. Głos mój
doleciał do uszu załogi, gdyż po chwili stwierdziłem, że okręt skierował
swój bieg ku wybrzeżu. W pół godziny potem okręt zbliżył się do
wybrzeża. Na zapytanie moje, dokąd płynie, kapitan odpowiedział, iż
płynie do Balsory.

– Jest to właśnie miasto, do którego chcę powrócić! – zawołałem radośnie. –
Mieszkam bowiem w Bagdadzie. Chyba mi nie odmówicie miejsca na
okręcie.

– Chętnie cię weźmiemy na pokład – odrzekł kapitan. – Czy masz jakie
pakunki?

– Nie mam nic prócz tej urny napełnionej popiołem. Jestem zmęczony i
zgłodniały. Podczas podróży opowiem wam moje przygody. Tymczasem
dajcie mi jakikolwiek posiłek.

Wprowadzono mię do sali jadalnej i dano posiłek. Okręt kołysząc się na
falach płynął w stronę Balsory, a kapitan i załoga cała wyczekiwali z
ciekawością mego opowiadania. Posiliwszy się opowiedziałem wszystko, co
mi się zdarzyło.

Byli niezmiernie zdziwieni i oczarowani mymi przygodami. Wicher sprzyjał
nam nieustannie. Przez cały czas podróży nie zaznaliśmy żadnych klęsk
ani przygód. Płynęliśmy kilka miesięcy z górą – i wreszcie po kilku
miesiącach żeglugi okręt nasz zarzucił kotwicę w porcie balsorskim.
Pożegnałem kapitana i całą załogę i pośpiesznie udałem się do Bagdadu.

Wiersz Przygody Sindbada Żeglarza – IV – Przygoda Trzecia