Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz Z wierszy o Małgorzatce

1

„Za górami” to co? „Za lasami” to jak?
Że to góry, myślicie, że lasy?
Za górami – to dzwon,
Zaśpiew pieśni i ton –
Zaraz zagra zagóramizalasmi,
Hołubcami, podkutymi obcasami
W ziemię wyrżnie step-topot żelazny.
„Tańcowała” to co? Tańcowała, no tak…
Ale tańce cygańcami gędą,
Wywijała od Tater, od Beskid ku Węgrom,
Zapadał w ramiona tańcującym łazęgom,
Przefruwała cyganiącym od siebie do siebie,
Gwiazdowała ogniem oczu po łące, po niebie,
Za morawą, za madziarą tańcowała
Małgorzatka gorejąca, zagorzała.
Trawą-łęgiem węgrowała kołokregiem
Po murawach, po dolinach gnała cięgiem,
Cięgiem-kołem, górą-dołem, za górami,
Za lasami Morawianka z Cyganami.
Wichrowały gwiazdy w głowie i gorzałka,
Aż huknęła, ogłosiła Małgorzatka:

2

„ja w góry ja od gór
na hory na wierhy
hornym jarem w czarny bór
z boru ja na czehry

na czehry na urhy
na hongry na huzary
na wichry na wędry
na żebry na hungary –

na wędry na udry
na hory na hongrowiany
a ganiaj do d’oganiago
naj smiga da na cygany!

w báłgary w báłkany
w istambuł w pustynie
w araby w mazuwary
da na hindackie stepynie

ste-pynie stepia-ny
prastare istukany
na gangi na gandziary
gań d’ganiaj go na cygany!

step-zastep
step-topot
step-potop kopytary
top stepem

top trawami
trawy kopcem za mazuwary!”

3

Pracował najpierw w KIPie
W Katowicach,
Niezbyt długo była w KIPie
W Katowicach;
Zamiast kwity KIPu
Rejestrować w biurze
„…Zakwitały pęki białych róż”
W rejestraturze
I na ulicach,
I na księżycach –
Wszędzie róże,
W całych na świecie Katowicach.

W KIPie robiono takie rzeczy:
L. Dz. 2813/BP/36 Katowice dnia
w związku z
powołując się na
z wys. poważ.
i pieczęć.

Albo takie w KIPie mieli troski:
L. Dz. 4702/MK/77-a
Katowice dnia
w odpowiedzi na
mamy zaszczyt za—
Nacz. Wydz. (-)ściskowski.

I dlatego
wielki był KIP
ważny był KIP
groźny był KIP
dom-blok
nikiel i szkło
99
lustrzanych szyb –
a było – STO!

Lecz pewnego dnia,
(Katowice dnia,
jerum, jerum!
Katowice dnia –
i bez numeru!!!)
miała zaszczyt za-
śpiewać nagle przed dygnitarzem:
„Siedziała na lipie
pracował w KIPie”
i w szybę KIPu kałamarzem!
I więcej nic.
Wyrzucona za

(-)Nacz. Wydz.

4

Taki jest początek opowieści
O Indyjskim Jarmarku
Który się odbył w mieście… w mieście:
Cieszynie, Kieżmarku,
Bagdadzie, Nowym Targu,
W Rzymie, Jerusalimie,
Pod Bieszczadem, gdzie nie Bieszczad, nie Beskid,
Ale polski Hindukusz niebieski,
W onej Persji, gwiazdami dzierganej,
Gdzie Śpiewanie i gdzie Cygany,
I gdzie Ona – zamaszysta, kraciasta, kwiaciasta –
Cyganeczka, naczynie żądz,
Idzie szybko ulicami pstrokatego miasta,
Papirosku, papirosku ćmiąc…

5

„Czego ty u Cyganów szukasz?
Źle ci to w domu?
Kocha się w tobie dependent, pan Łukasz,
I pan Jan z PKO,
I pan Paweł, perukarz,
A ojciec w rynku ma sklep z galanterią,
A matka z domu Różniecka,
A wuj Różniecki był uczestnikiem,
A stryj Kościński jest kanonikiem,
A uczyłam cię przecież od dziecka:
Dajże ty pokój tym breweriom,
Życie trzeba na serio,
Wuj uczestnik przewróci się w grobie,
Stryj kanonik pozbawi cię spadku!
Zmiłuj się, przestań, zaszkodzisz sobie!
Chodź do domu, chodź do domu, Małgorzatko!”

6

Pijanemu targ, pijanemu jarmark,
Kaszkiecik na bakier, a biczysko kamrat,
Jak z bicza wystrzeli, to jak z piąci armat.
Targ na rynku,
W rynku szynk,
A w tym szynku
Ciosek dzyng,
A w tym szynku dymno, piwno,
Nic nie mówił, tylko kiwnął.
Znaczy: śpyrt.
Szklanka, dwie,
Tylko kiwnąć, Żyd już wie.
Na czterdziestkę toby mrugnął,
Ale co czterdziestka? G…
Dzisiaj – śpryt.
Zagryzł trzecią korniszonem.
Zamknął oczy. Czeka. Już.
Już mu gra, już pnie się wzgórz
Ulubione, upragnione.
Ciągnie z brzucha aż po kark
I w gorących wzbiera wargach
I:
„Pi-ja-nemu targ,
Pijanemu jarmark!”
Aż po oczy wypuczone,
Aż po czub! A w czubie – fyrt!
Niesie szumne i spiętrzone…
Znaczy: śpyrt.

7

A ten jej tancerz, Dżuli imieniem,
Twardy w ramionach, pierś – łuk,
Kámienie, kámienie, o-oj kámienie,
Kámienie, kámienie, ná szosie tłukł.

Patrzy dziewczyna:
wrząca smołą czupryna,
oczy – arabia,
tors – brąz,
pot
z torsu
miedzią
spływa,
oczy – arabia, smolista oliwa,
a każdy cios – wstrząs,
a każdy cios: tors – brąz.

„Cygan, Cygan, gdzieś ty bywał?
Ze mną tańcował, ze mną śpiwał.
Czegoś uciekł? Kamienie tłuczesz.
Widzisz? Ręka. Włosy nią uczesz,
Uczesz włosy żywym grzebieniem,
Żebyś był ładny – i chodź w pląs!
Kámienie, kámienie, tors-brąz!
A na mnie – dotknij – tylko ta kiecka,
Cieniuśka – czujesz – nie!!! grzech!
A moja mama z domu Różniecka,
A ojciec…” – prysła, i w śmiech, w śmiech!
Kámienie, kámienie, o-oj kamienie,
A w lesie mięciutki mech… mech…
I zerwała kłos jęczmienia wąsaty,
Niedaleko stanęła – o kłos,
I łaskocze go kłosem włochatym,
Kłośnym włosem łaskoce mu nos…
„Cygan, Cygan, gdzie masz wąs?”
I chichoce chutliwie, tkliwie,
Aż – rozbłysło pełganiem w hebanowej oliwie
I pod brązem wystąpił – pąs,
Ale jeszcze wali uporczywie:
Tors – brąz, tors – brąz,
A ta bliżej, bliżej, o włos,
Coraz chytrzej, coraz urodziwiej…
. . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . .

Wiesz, jak pachną w upał pokrzywy?
Tak pachniała.
I jeszcze mlekiem gorącym,
I macierzanką, gdy nieomal
Ogniem liliowym pełga, palona
Przepiorunowym słońcem.
I nie myrrhą, ambrą i nardem,
Ale łożem żarkim i twardym
Z tłuczonego kamienia,
I nie górnym cedrem libańskim,
Ale sinym dymem cygańskim,
Pachnącym jak sama ziemia

8

Popatrzyła. Uśmiechnęła się,
„Daj się sztachnąć” ..Zaciągnęła się.
Dymek puściła mu w twarz:
„Cygan, Cygan, co mi dasz?”

Inni, o! nie żałowaliby,
Jak nic pięćset złotych daliby.
W Katowicach jeden szwab
To mi tysiąc złotych kładł.

Nawet ładny, nawet młody,
Ja w cukierni jadłam lody:
Malinowe, ananasowe
(Bo ja lubię owocowe).

On pochodzi, grzecznie wita się,
Ja go nie znam, a on pyta się:
„Ist der Platz – powiada – frei?”
(Jeszcze raz się sztachnąć daj.)

Zaciągnęła się. Uśmiechnęła się.
Jak kot w miękki kłąb zwinęła się.
Mówię: „Frei”. Bo czemu nie?
Siadł i zaczął kusić mnie.

Że on dobry, że ożeni się,
Że on stały, nie odmieni się,
Że on w banku krocie ma
I w Cieszynie ciocię ma.

A ta ciocia… No jednym słowem
Dwie piećsetki seledynowe
Kładł mi na stół, żebym w holu
Dziś czekała w „Metropolu”.

Ja go słucham, bo on miły,
A mnie lody się roztopiły:
Malinowe, ananasowe
(Bo ja lubię owocowe).

Roztopiły się w mleczko chłodne,
Seledynowo-złoto-miodne
Z pasemkami różowymi
Mali-mali-malinowymi.

Czasem tak na niebie bywa.
Kiedy obłok w obłok wpływa:
Różowieńki, malinowy
W złoty, złoty, ananasowy…

Uśmiechnęła się. Popatrzyła.
Spał jak ciemna w polu mogiła.
Wstała, śliczna i nieszczęśliwa,
Idzie ścieżką i chabry zrywa.

Idzie – naga i sprawiedliwa.
Pamiętajcie: SPRAWIEDLIWA.
. . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . .


Wiersz Z wierszy o Małgorzatce - Julian Tuwim
«