Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz Madame de Soubise

Ładujcie kolubrynę, arkabuzycrowie, hej!
Lancknechty ciągną! – baczę
– każdy na piersi swej

Ma wreszcie święty krzyż. Krzyże się na nich Iśknią
Podwójne i czerwione; – znaczone, rzekłbyś, krwią.
Zapóźno już. Panny Maryi dzwon
Nicdocnaż nas wytrzeźwił dzisia? Śnię ja?
Zadługom pili wczora. Na duszę mą!
Lecz pilim w noc świętego Bartłomieja!

„Szpadę mocno zostrz,
Godź ładunki świeże,
Pistolety z olstr
I święte szkaplerze.
ad czarny Luwr
Dzień pozostaje kołem:
Wszemu staniem czołem!
Córze mojej mów –
Niech ogląda społem”

Tak prawi baron stary z okniska szkliwych błon.
Nielża się zmylić – wierz – gdy rozkazowa on.
Bieżajcie, koniuchowie, pachoły, giermków rój!
Paziowie, heroldowie, łuczników wierny strój!
Jej miłość Marya – Anna schodzi już
Z wieżycy krętych stopni, niby we śnie…
Do ziemi halebardy – pokłon złóż!
Niechaj się 'wszelki przed nią gnie pocześnie.

Konie dębi strach,
Że się rwą do pędu
W kiściech piór i skrach
Paradnego rzędu.
Lecz pan rodzic wrósł
W półtęcze strzemienia;
Córę swą zrumienia:
„Nie sromnoż ci śluz,
Trwóg i zawodzenia?”

„Ze cnych baronów gniazda wiedziesz się, panno ma!
Z rodu, – jenże niewieście za gańbę zdawna ma
Niewczesny szloch, – a to dla prawych wróż,
Że z lękliwego łona łacno się leże tchórz.
Podniesie wzrok, a zapuść niżej kwew.
W konie! Pachoły zadmijcie w rogi wieszcze!
Sekwana we mgłach broczy się by krew.
Na żywy Bóg! Chcę widzieć więcej jeszcze”..

„Wże wyrasta gród;
Dołem par się snowa…
Bacz! pod krwawy wschód
Siedziba królowa.
Straż u Luwru bram…
Co? drżysz z za zasłony
Pod śmiertnymi dzwony?
Z za okniska ram
Król. – Oddać pokłony”.

I tedy baron stary, na piersiach znacząc krzyż,
Na Katarzyny dwór w krużganki idzie wzwyż.
Córa usiadła w dole, pod głaźnych stołbców słup,
Zasię człowiecze ciało westchnęło z pod jej stóp.
„Jam jeszcze żyw… jam żywy, wasza mość!
Strzymajcie się, podajcie mi swą rękę,
A tako duszy mej zmażecie złość, –
Bo będę słuchał mszy, – na Bożą mękę!” –

„Hugonoto, słysz”
(Marya-Anna rzecze)
„Szkaplerz weź i krzyż
się w pieczę
Zbądź śmiertelnych zmór,
Zzuj rdzawą zbroicę
I weź tę gromnicę!
Ja ubłagam dwór, –
Ty – błagaj Dziewicę”.

I Marya rozkazuje, by orszak wiernych sług
TV opończy pazia za nią rannego na koń zwlókł.
Każe mu zdjąć z ramienia zbyt ważkie pasy zbrój,
Zarzuca mu na piersie płaszcz aksamitny swój,
Kładnie relikwiarz własny na koral srogich ran,
I ludziom swym oświadcza niewzruszona:
„Wiernym kościoła synem jest ten szlachetny pan,
O czem w świątyni Bożej was przekona”.

O, święty Eustachy!
Jakiż krwawy tłum
Okropnymi strachy
Zalega twój tum?
Włóczy stosy ciał
Pośród wirydarza,
Szydzi i znieważa
I czyni z nich wał
U stopni ołtarza!

Na rok, w którym żyjemy, spuść Panie łaskę Swą!
Niewiasty te i męże – zaprawdę – ludzie są.
Ich tłum zalega nawę (z chóru Te Deum grzmi )
I żywe serce ludzkie szarpie i pławi w krwi.
Wyrwane z piersi wodza, oną-że przemógł grzech,
I przeżarł jako trąd odstępczy błąd Kalwina.
Tłumy je rwą. Szyderstwa wrą i śmiech –
Dzielą się krwią: „To cud chleba i wina!”.

Szalejącym wkrąg
Mnich zamaskowany
Czyta z Księgi-Ksiąg
Psalmowe peany.
Celebruje śpiew
Z organnymi szumy, –
Zasię z rąk na tłumy
Trzykroć strząsa krew
Skroś pomroczne tumy.

„Przepuśćcie” rzeszom każe.
Zdzierżyć przysięgę trza:
Klęlim się szczędzić wszystkie,
dla których świętą nisza!

Przepuśćcie! Owo dwoje pacholąt baczę tam…
Jeszcze nie rzezać ich! W świątyni wara wam!
Póki są tu – pod moją pieczą są:
(Dla wszystkich kościół mój – rzekł Paweł święty)
Tutaj – jam włady żywotem ich i krwią,
Gdy wyjdą – rozrządzicie pacholęty”.

„Bez rodzica tu
Wam się zdaję w pieczę!”.
Dwakroć, jak bez tchu,
Marya-Anna rzecze.
„On poszedł na dwór,
Ja – w was zadufana –
Wiedę tego Pana
Błagać Łaski wzór,
By nań była zlana!”

„Nierychło Wasza mość!
Nie zbawisz ciała mego – zakrótkim już tu gość.
Lecz mi swej ręki zwól, a zbędę wszelkich win,
I zginę jako prawy twego kościoła syn.
Diuk jestem de Soubise. Weź ze mną ślub!
Już nie zacięży ci on ślub księżęcy:
Na jeden li to dzień! W kościoła grób
Wszedłem dziś snadź, bym zeń nie wyszedł więcej”.

Ciecze krwawy szlak…
„Jestźeś żoną moją”
– „Górze!” rzekła „tak”.
Dłonie ich się spoją –
Żeni jeden ruch
Jego wzrok w zachwycie
W Maryi odbicie
Śle żywota duch –
I zbiega zeń życie.

Tako się Marya-Anna księżną z tym stała dniem.
Zaczem zrzekła się kornie władyctwa lennych ziem,
Na Jezusową brać przelała skarbów zdrój
I własnem nadto wianem dar zbogaciła swój.
Dziewicze serce, zranione nadmiar wcześnie,
Nie przetrwa długo, że bolu czerw je zgryzł:
W klasztorze na Saintonge
w dwudziestej życia wieśnie
Zgasła dziewicza wdowa po diuku de Soubise.

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading...

Wiersz Madame de Soubise - Alfred de Vigny