Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz ABUL-ALA AL-MAARI [ fragmenty



ABUL-ALA AL-MAARI (fragmenty) Abul-ala al Maari, Słynny poeta Bagdadu, Strawił dziesiątki lat W znakomitym grodzie kalifów, Zaznając rozkoszy i chwały, Z możnymi siadając do stołu, Z uczonymi ticząc dysputy, Kochając i doświadczając przyjaciół, Zwiedzając obce kraje, Badając ludzi i ich obyczaj. I jego uważne spojrzenie przenikneło istotę rzeczy: Poznał i znienawidził czlowieka I jego prawa. A ponieważ nie miał żony ni dzieci, Rozdał majątej ubogim, Zebrał swoje wielbłądy, wziął żywność i wodę, I pewnej nocy, gdy na brzegach Tygrysu Bagdad zasnął pod cyprysami – Ukradkiem wymknął sie z miasta. SURA PIERWSZA Jak struga, naraz wezbrana, co słodko wśród piasków szemrze, Pociekła w noc karawana, dzwonkami dzowniąc z uprzęży. Jak wąż, zakosami przez wrzosy – przez świat zakosami do nikąd. I tylko dżwięk słodkogłosy beztroskie gaje przenikał. Śnił Bagdad sny pełne pychy. W róż krzakach i w bzu gałązkach Ptaki śpiewały i cichły, a słowik miłośnie kląskał. Fontanny mieniły się w oku, diamenty przedniego szlifu… Dym ścielił się wonny wokół świetlistych komnat kalifów. I gwiazdy karawany Pańskie sunęły po szlakach złudnych, I muzyka sfer niebiańskich niebios sięgnęła siódmych. Kołysząc palmy wierzchołkami i tchnąc aromaty kwietne Wiatr zaszeleścił snami z nocy tysiąca i jednej. I wiła się zakosami, jak wąż, karawany wstęga, I tysiącznymi głosami pustynna wzywała włóczęga. “Spiesz, karawano! Pędż, człecze! Od jednej do drugiej dali! Wolniśmy! – tako rzecze Abul-Ala al-Maari. I nic to, że przyjdzie końca w piaszczystej szukać topieli, Bylebyś parł do słońca, aż serce się w nim spopieli. Ni matki łez nad kołyską, ni grobu ojca – za progiem Nie żałuj, minęło wszystko, proch strząśnij ze stóp i w drogę! Tliła się w piersi miłość, dziś po niej nie masz śladu, Serce – skłebioną żmiją, zbiornikiem nie krwi, lecz jadu. A zatem żegnaj na dobre tych, kogoś kochał dawniej, Gesty ich, piękne i podłe, twarze, tajne i jawne! Duszę, tym twardszą im starszą! I niechże im aureola Świętobliwego fałszu zdobi miedziane czoła. Języku mój – żódło czyste, jakież osłaniasz piekło! Czyż kiedy w mowie ojczystej słowo się prawdy rzekło? Dalej, wielbłądy, w drogę! I co ma sie stać, niech stanie, Wśród ostów, kamieni, głogów szukajmy sobie przystani. Gdzie ślady wężowej łuski – wśród żmij rozbijamy namiot, Byleby pomiot ludzki namiotu nie dzielił z nami, Byleby druh serdeczny przed nami nie rozwarła ramion… Znam ządła, które skuteczniej, które śmiertelniej ranią. I póki nam z gór Synaju powódż słoneczna płynie, I póki wokół wzbierają przypływem piaski pustyni – Nie siądę razem do stołu z bratem ni przyjacielem, Zjem chleb mój z sępem pospołu, z hieną się kęsem podzielę. I czyśmy szponów drapieżnych łupem, czy – huraganów, Nie masz już dróg okrężnych. Dalej, w noc, karawano!…” I wzrokiem żegnając co prędzej gród topniejący w dali Twarz schował w wielbłądziej przędzy Abul-Ala al-Maari. I łza wydała się obca, choć czuł, jak przez twarz się toczy. Gdy przylgnął do szyi wierzchowca i pocałował go w oczy. Ze słodkim dzonków brzęczeniem kołysząc się szły wielbłądy, Wabiły ich nocnym cieniem nieznane dziewicze lądy. SURA DRUGA Wielbłądy brnęły przez wzgórza, ślad niknął po karawanie, Lecz karawana kurzu szła zakosami za nią. “I cóześ zostawił, człecze, że smutek ci serce pali? Cóżeś porzucił? – rzecze Abul-Ala al-Maari. Kobietę?… Ziszczone marzenia?…Skarb jeden jedyny w świecie?… Zerwanych łańcuchów brzemię! Strzępy pajęczej sieci! Bezwstydny gest nierządnicy o ciele łakomym i zwinnym, Ci dzieli stół i łożnice z tobą, a śni o innym. Wszak prędzej z falami – w nurcie ślepym ich – zawrzesz zgodę, Niż z tą, która z diabłem w spółce, z tą, która z piekła rodem! Ufałeś w gwiazdę zaranną, w biel lilii, pięknem urzeczon – Że koi cierpienia, rany najlżejszym dotknięciem leczy. Nad żródłem boskiej urody grały ci srebrne głosy, Szukałeś w nim żywej wody, a kropli nie znajdziesz rosy! Sól sączą zatrute żądła, solą tu poką łaknienie, Bylebyś wciąż pożądał, bylebyś nie znał spełnienia. Naczynie dwiecznej zbrodni – ciał znojnych zmysłowa topiel! – Złote słoneczne ognie duszy obraca w popiół. Nic nam po miłosnej nędzy, wstydliwej truciżnie świata, Gdzie wybór masz natury wydanym na ludzką zgubę. Krynico ciemnych żywiołów, której na imię niewiasta, Wody twe ciążą jak ołów, twój zdrój rzęsą zła porasta, A niechże piekło to wszystko pochłonie: spazmy godowe I pieszczot twych trzęsawisko, i bóle twe porodowe! O miot kłębiących się tłumnie, rój świeżo wylęgłych z ikry, A już się kąsać pospólnie i parzyć pospólnie zwykły! Wytrącić żywą drobinę z błogiej niebytu ciemni – Kto chce, niech nazywa czynem, ja nazwę czynem nikczemnym. W ostatnim na ziemi tej domu wyryjcie mi słowa kamienne : <> I prędzej zaćmią się gwiazdy, zabraknie wód w oceanie, Nim zbliżę się do niewiasty albo zatęsknie za nią. Niech łożem – osty i głogi, a cierń ivh – za całe mienie, Niech w oczach – kurz jeno drogi i głaz przydrożny – schronieniem! ” Jak wąż zakosami przez wzgórza pędziła wciąż karawana, Aż przestwór się przed nią wynurzył – ziemia obiecana. I rozełkały się dzwonki po nieprzejrzanej dali Nad wszystkim, co kochał ongi Abul-Ala al-Maari. Z zapachem mięty i ruty dął wiatr niczym flet pastuszy I dwie w nim wzbierały nity : żal nieśmiertelnej duszy I żal śmiertelnego ciała. Wzrok błądził wokół z udręką, A droga jak żal nie znała kresu ni widnokręgu. A żal niczym droga ginął wśród mgieł porannych i czystych… I tylko pamięć się tliła jak siedem niebios gwiażdzistyczh. Lecz ni na ziemi, niw niebie nie widział człęka ni mary, I ani spojrzał za siebie Abul-Ala al-Maari. SURA TRZECIA Jak struga naraz wezbrana, co słodko wśród piasków szemrze, Toczyła sie karawana w księżyca srebrnej uprzęży. I niczym pierś rajskiej peri świeciła jej księżyc z góry, Czy sie wynurzył w pełni, czy to umykał za chmury. I ptaków o skrzydłach z tęczy chór z własnej echem się psierał, I kwiaty w rośnej obręczy śnił kielichy z pereł. Kołysząc palm wierzchołkami i tchnąc aromaty kwietne Wiatr zaszeleścił snami z nocy tysiąca i jednej. “Świat baśnią. Istoty rzeczy, początku, końca ni miary Nieszukaj w nim – tako rzecze Abul-Ala al-Maari. Lecz skądże tych gwiazd obroty, skąd niebios zmyślny porządek? kto klechdy odwiecznej – złoty snuje za wątkiem wątek? Narody się rodzą i giną, a nikt jej nie zgłębił treści, Derwiszom wędrownym jeno słowa się roją wieszcze. Lecz nie przeminą, nie sczezną, które narodzin nie miały – sny wieczne – gdzie żaden nie zna początku, końca ni miary… A człek wciąż żyje, by dowieść, że dano mu cień wyboru, Że z nim poczęta opowieśc kończy się z nim pospołu… Pamiętaj: świat snem: w tym świecie wszystko jest grą pozorów. Z jednej w drugie stulecie mkną karawany upiorów. Ach, jakże im pilno do gliny, do grobu, do żłobu, do jadła! Jak kęsy krwawej padliny rwą sobie nawzajem z gardła!.. Samiśmy – własne stróże – prawa ukuli wilcze, Robactwo toczy nam róże, żarem mu gody słowicze. Samiśmy bat na siebie uwili w mozolnym trudzie, Bez trudu nas czas pogrzebie, ślad wszystek w popiół obróci. Nie dla nas ta baśń wysnuta, nie dla nas klechda pisana. Wiatru żałobna nuta – jedyna nasz hosanna!” A gwiazd karawany Pańskie po szlakach suneły złudnych I muzyka sfer niebieskich niebios sięgał siódmych. I pełen błogiej senności trwał ład na ziemi i w niebie, I gwiazdy na wysokości śpiewały same dla siebie. “Połącz swój dzwon z tym dzwonem i dalej! w noc, karawano! Znależć nam ład sądzone nad ziemię obiecaną… A nim się go nie znalazło, domem nam szlaki bezludnem I tylko samotność – oazą, uzdrawiającym żródłem, I
pełnej słodyczy mowa gwiazd, co nad nami migocą, Przy niej marnieją słowa, chłońmy ją sercem sierocym. Gdyż nie stwardniało na kamień ani się w głaz zamieniło, Zawsze w nim łzy te same, zawsze ta sama miłość. Lecz duch mój, wrzący jak lawa, bezbrzeżny jak chmura gwiezdna, Ni dobra, ni zła, ni prawa, ni sądu na sobą nie zna. I dusz diabeł czy anioł wieczystym niech grozi lochem! Jeśli co jest poza nią – to jest marnością i prochem. Stajemy bezbronni i nadzy przed losu wyrocznią ciemną, Lecz nie masz nad wolność władzy, jak nie masz Boga nade mną!” A w krąg półmgiel i półtonów miniła sie barwna rosa, I biły skadś serca dzwonów o kryształowych głosach. Wierzchowce parły po zboczach śpiesząc, nim jeżdziec uśnie, W gwiazdy rozświetlonych oczach dziecinny się błąkał uśmiech. I jasność rozlała się w niebie, rozwarła się przestrzeń przed okiem, Wielbłądy rwały przed siebie miarowym i lekkim krokiem. * * * * * * * * * * * * * * * * SURA PIĄTA Wiatr w płucach wielbłądzich rzęził, piach w bicze ogniste zzwinął, Zrywało dzwonki z uprzęży szaleństwo tańczących dżinów. “Nie masz przyjaciół, człecze. I na nic ci tłum szakali, Na nic psi pomiot – rzecze Abul-Ala al-Maari. Ruszaj, plemię wielbładzie! Ta jedna nam przyjacielem – Droga, co nigdy nie zbłądzi, gdyż sama w sobie swym celem. Prowadż gdziekolwiek, byle tropy znylić zatarte, Bo cóż w tym za nami pyle i prochu powrotu warte? Sława? Nadzieja ziszczone? Fortuna? zaszczyty? Rządy?… Słowa na wiatr rzucone! Dalej! pod wiatr, wielbłądy!… Zaszczyty! Strachem podszyta gawiedż cię czci do czasu, A potknij się – pod kopyta najlichszy bierze z fagasów. Sława! Wierutne bzdury. Cóż warte chóry pochlebcze? Im wyżej wyniosą pod chmury, tym głębiej pod ziemię wdepczą. Fortuna! To przecie przez nią panować nam głupcy raczą, To przez nią ojczyzna rzeżnią, a ziemia – padołem płaczu Ojczyzna? Nas wciąż nią nęcą. Krew z krwi, życiodajna gleba… A przecież to bieda z nędzą, gdzie kamień masz zamiast chleba. A szczep ojczysty? Kość z kości?… Cóż ma w swych herbach i godłach Prócz głodu, strachu i złości ciemny spodlały motłoch? Wspólnota? I cóż wspólnego ma z nami ów targ bydlęcy? Ów wrogi huf, dla którego wszyscyśmy jeno jeńcy? Gdzie wszystkim – jednaka miara, gdzie wszystkim buty się szyje, Gdzie wspólna zbrodnia i kara? Wspólnota! Pętla na szyi! A prawo? Zbiór życzeń zbożnych! Państwo? Oprawców capstrzyk! Tarcza w prawicy możnych, zawsze na karkach słabszych. Mord trwa w majestacie państwa. Gwałt dzieje się w imię prawa. W ślepia co moje zaprzaństwo ciskam, potęgo krwawa! Służalcy niechże ci kadzą, kto chce niech nadstawia karku… Zapieram sie ciebie, Władzo – ciał naszych i dusz lichwiarko! Brzeszczotów twych wyostrzonych, brzęczących tępo kajdanów, Gościńców twych wymoszczonych zwłokami wiernych poddanych, Ciężaru każdego szczebla twych hieratycznych drabin I duszącego knebla, co słowo w zarodku dławi, Pęt twoich u nóg i ramion, stryków wisielczych igraszek, Architektury piramid – zapieram się! – z trupich czaszek! To myśmy – odchody dziejowe, twym rządom stające w poprzek, Twym sądom, gdzie twoi sędziowie stanowią o Żle i Dobrze! Przeklinam cię, władzą pijana tłuszczo z łakomym ryjem, Tocząca nad ścierwem pianę, a pierzchająca przed kijem. Nikczemne lokajskie hordy, kto wcisnął wam w garści kusze? Kto dał wam prawo do mordu na mej nieśmiertelnej duszy? Pędż, karawano, donikąd, sadż w wiatrach po piachów grudzie, Ciśnij na łup drapieżnikom, ale uwolnij od ludzi!” Drąc w strzępy skłębione chmury w oślepiającym blasku Pioruny się tłukły o góry, rozsypywały na piasku… Aż poruszyły się lądy, powietrzna je trąba zmiotła! I oszalałe wielbłądy runęły n oślep w otchłań. I tylko – wciąż srebrny przecie – dzwon w mrocznej kurzawie znaczył Drogę ucieczki człowieczej, ślad marny ludzkiej rozpaczy. * * * * * * * * * * * * * * * * SURA ÓSMA Przez piaski, nie truchtem, lotem – pod roztańczone fale Wielbłądy jak czółna złote rwały w tęczowe dale Samumu ich moc nie dościgła, choć biczem palącym zacinał, Nie dopędziła ich śmigła strzała z rąk beduina. Z daleka skądś, od oazy, wiatr przywiał miraże odwieczne: Spod skał biły żdódła bez skazy, zdroje dziewicze, mleczne. Wśród palm peri, wdzięczne i wiotkie, szły w pląs odsłaniając lica, I śpiewy ich były słodkie, i słodka obietnica. Lecz oparł się wszelkiej pokusie, parł ślepy na sny i mary Ku słońcy w obłędnym kłusie Abul-Ala al-Maari; Po rozpromienionych wydmach, sam niczym promień przedni I widma na złotych skrzydłach, złudne, pierzchały przed nim. Aż lądy stały się obce, aż pękły więzy i bure Rozkołysane wierzchowce buchnęły jak płomień w górę – Luzaki – mknąc same z siebie i własny unosząc ciężar… I rozdzwoniły się w niebie dzwonki z zerwanych uprzęży, I wszystkie zajęły się zorze; przez kręgi rwąc gorejące Jeżdziec z okiem jak orzeł – otwartym – przyzywał słońce. Kłębiły się pod nim wiry, nad ziemią z nagła roztwartą, A górze nad wszystkie szafiry ognisty się ciągnął warkocz. Jaśniejąc złotą opończą, topniejąc w świetlistej dali, W purpurze wstępowal w słońce Abul-Ala al-Maari. 1909 Kazarapat



1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading...

Wiersz ABUL-ALA AL-MAARI [ fragmenty - Isahakian Awetikh
«