Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz Legenda o głodzie

I

Lat temu będzie może sto, a może

Nawet i więcej, gdy na nasze sioła

Przyszedł czas głodu… Tu, gdzie dzisiaj zboże

Pod czerwcowego wiatru tchy ciepłymi

Tak się – patrzajcie! – kołysze dokoła,

Tu była ziemia spalona i goła:

Krzak ostu wiądł gdzieniegdzie w tej pustce

Olbrzymiej.

II

Na ustach ludu czas ten nieszczęśliwy
Żyje dotychczas żywotem upioru:
Starcy, co bujne postradali grzywy
W przeboju z losem, co duszę niezłomną
Mieli na burze na kształt dębów z boru,
Tak jak od wojny z Krzyżakiem lub moru
Żegnają się, jeżeli o tym czasie wspomną.

III

Bo jakżeż nie drżeć, gdy wszystko, co człowiek
Zdobył, pracując w krwawym czoła pocie,
Naraz, jak gdyby za mrugnięciem powiek,
Poszło na marne: wszak z bydła i koni –
A przecież wiecie, że chłopskie to krocie –
Nic nie zostało! Nic! W słonecznym złocie
Bieliły się ich kości pośród spiekłej błoni.

IV

A kiedy całą wybito chudob Ę,

Czym odp Ę Dzali ludzie g Ł Odu zmor Ę,

Gdy, czarn Ą wlok Ą C swym Ś Ladem Ż A Ł Ob Ę,

Stawa Ł A przy nich Z Wyostrzon Ą kos Ą?

Na Ż Arnach zme Łł Szy korzonki i kor Ę,

Piekli na s Ł O Ń Cu w t Ę gor Ą C Ą por Ę

Specyja Ł, posolony Ł Ez obfit Ą ros Ą.

V

Lecz owych biesiad takie był Y skutki,

Ż E coraz g Łę Biej zapada Ł Y oczy,

W aksamitowe stroją C si Ę obw Ó Dki,

Ż E sk Ó Ra z Żół K Ł A przyschn Ęł A do ko Ś Ci,

A koś Ci s Ł Ab Ł Y, jak pnie, gdy je toczy

Czerw utajony, ż E cz Ł Owiek, ochoczy

Do ż Ycia, widzia Ł w Ż Yciu wroga bez lito Ś Ci.

VI

Matki, nie wiedzą C, gdzie by kromk Ę chleba

Znale Źć dla g Ł Odnych, zap Ł Akanych dzieci,

Pr Óż No Ś R Ó D Ł Kania wznosi Ł Y do nieba

Oczy, krwi Ą zasz Ł E: ochryp Ł Y, rozdarty

G Ł Os ich po Ł Anach wysuszonych leci,

Jak wyrzut s Ł O Ń Cu, Ż E nad nimi Ś Wieci,

Zab Ó Jczy sypi Ą C ogie Ń z swej niebieskiej warty.

VII

Z nie wybielonych lepianek, spod strzechy

Nie poł Atanej – zabrak Ł O i s Ł Omy –

Ludzie szli w pole, azali pociechy

Dzień nie przyniesie im nowy, azali

Dla tych Ł Akn Ą Cych jednej, lichej kromy

Nie zakie Ł Kuje spod ziemi widomy,

Radosny znak, Ż E sprz Ę T Ó W nie darmo czekali.

VIII

Ale na próż No! Ka Ż Dy ranek Ś Wie Ż Y,

Gdy swe rumie Ń Ce po niebie rozleje,

O piersi bolem wzmocnionym uderzy;

W kropelce deszczu, w tej dż D Ż U odrobinie,

Kt Ó R Ą od morza ch Ł Odny wiatr przywieje,

Mieszcz Ą si Ę wszystkie a wszystkie nadzieje,

Lecz chmurki ani Ś Ladu, oko w Ż Arach ginie.

IX

I tak się dzia Ł O, Ż E ludzie si Ę k Ł Ad Ą

Na miedzach pó L swych, z Ł Amani rozpacz Ą,

Albo się wlok Ą j Ę Cz Ą C Ą gromad Ą

Z procesyjami, na rozstajne drogi,

Pod czarne krzyż E, by pie Ś Ni Ą prostacz Ą,

A przejmują C Ą, Ż E lica si Ę znacz Ą

Smugami ł Ez, wy Ż Ebra Ć przyj Ś Cie Ł Aski b Ł Ogiej.

X

I raz niejeden ten i ó W z n Ę Dzarzy,

Na wznak upad Ł Szy u st Ó P M Ę Ki Bo Ż Ej,

Ku niebu Ż Ywej nie podniesie twarzy:

Sko Ń Czy Ł, bo wszak Ż E przez ca Ł E tygodnie

Krzepi Ą Cej strawy do ust swych nie w Ł O Ż Y:

Kl Ę Ska posuchy od d Ż Umy niegorzej

Wali Ł A o ziem ludzi jak spr Ó Chnia Ł E k Ł Odnie.

XI

W takim to czasie smutku i niedoli,

Któ Ra trwa Ć mia Ł A snad Ź po wszystkie wieki,

Gdy się zdawa Ł O, Ż E ju Ż nie wyzwoli

Ś Wiat si Ę z jej szpon Ó W, zacz Ę Li si Ę wieszcze

Jawiać po sio Ł Ach, r Óż Ne Ś Wi Ę Te leki

Zalecają Cy na zg Ł Adzenie spieki,

Go przyszł A niby pom Ó R, lub straszniejsza jeszcze.

XII

Wyżół Kli z n Ę Dzy, przygarbieni trudem,

Z okiem Ś Wiec Ą Cym jak oczy prorok Ó W,

Z plamami ognia na obliczu chudem

Szli mi Ę Dzy nar Ó D, wzywaj Ą C pokuty,

Kt Ó Ra by kar Ą by Ł A grzesznych krok Ó W,

Grzechy to bowiem zamkn Ęł Y potok Ó W

Niebieskich szczodre Ś Luzy w tej godzinie lutej.

XIII

Tak nauczali… A zasię w ich gronie

Był jeden starzec, jak gdyby z za Ś Wiata

Zesł An na ziemi Ę – taki Ż Ar mu p Ł Onie

W głę Biach Ź Renicznych. On to z ogniem w g Ł Osie

Rzecze do ludu: ” Straszliwa to strata,

Lecz tylko dym cię wybawi, co wzlata

Z ofiary ludzkich koś Ci, spalonych na stosie…”

XIV

” Ob Ł Ok, rodz Ą Cy deszcze – tak powiada

W niesamowitej, zabobonnej wierze –

Rodzi si Ę z dymu, a je Ś Li zag Ł Ada

Pł Ynie z zbytecznych b Łę Kit Ó W, wi Ę C taka

Jest ci ustawa niebieska, by szczerze

Dym jej najdro Ż Szy po Ś Wi Ę Ci Ć w ofierze:

Ofiara ta ofiar Ą zwie si Ę Izaaka…

XV

Wobec niej – m Ó Wi – wszystko b Ę Dzie na nic,

Modł Y ci Ż Adnej nie dadz Ą otuchy!

Juś Ci Ć, Ż E Ł Aska Boga nie zna granic,

Jego nazwisko wszak to litość sama!

Lecz, by odpę Dzi Ć t Ę kl Ę Sk Ę posuchy,

Na to On bę Dzie dzi Ś i jutro g Ł Uchy,

Przebł Aga Ć Go li mo Ż E – p Ł Omi Ę Abrahama…

XVI

Na nic, choć pi Ą Tki suszy Ł By Ś i Ś Wi Ą Tki,

Nosił szkaplerze, pocierane w Rzymie

O mę Czennik Ó W cudotw Ó Rcze szcz Ą Tki,

Choć By Ś na puszcz Ę, jak Ś Wi Ę Ty Antoni,

Poszedł dalek Ą, albo zyska Ł imi Ę

Tego Szymona, co w upał i w zimie

Na sł Upie sta Ł, to na nic! To ci Ę nie obroni!

XVII

Choć By Ś, jak grzesznik dla obmycia zmazy

Swej biednej duszy, gdy j Ą na bezdro Ż E

Zepchnie pokusa, tyle p Ł Aka Ł razy,

A tak obficie, a Ż z twych Ł Ez uro Ś Nie

Jezioro, wi Ę Ksze ni Ź Li wielkie morze,

Przez kt Ó Re ongi d Ź Wiga Ł Dzieci Ę bo Ż E

Oferus, jak na trzcinie, oparty na so Ś Nie

XVIII

Choć By Ś si Ę zawl Ó K Ł do Chrystusa grobu,

Kl Ę Cz Ą C, a droga by Ł Aby wys Ł Ana

Cierniem tak g Ę Sto, Ż E nie ma sposobu,

Jakby uchroni Ć, na setn Ą godziny

Cz Ą Stk Ę, odarte ze sk Ó Ry kolana,

Cho Ć By Ś, j Ę Kn Ą Wszy, gdy zaboli rana,

Za ka Ż Dy j Ę K po stokro Ć u Ż Y Ł dyscypliny –

XIX

Choć By Ś z swych dobrych uczynk Ó W, z strzelistych

Cnó T i afekt Ó W tak Ą wzni Ó S Ł wie Ż Yc Ę,

Iż By do niebios si Ę G Ł A promienistych,

Gdzie, na tajemnic spoglą Daj Ą C dziwy,

Tró Jca sw Ą wielk Ą spe Ł Nia Tajemnic Ę –

Na nic to wszystko, jeż Eli twe lice

Nie spł Onie przy dzieci Ę Cia ofierze skwapliwej!”

XX

Po zrozpaczonym ludzie poszł A trwoga:

” Plew Ąś My lich Ą w tym Ś Wiata om Ł Ocie,

Ucieczk Ą nasz Ą jest li Ł Aska Boga,

Ale gdzie Ż znajdzie si Ę cz Ł Owiek gotowy

Odda Ć bogactwo, dro Ż Sze ponad krocie –

W Ł Asne swe dziecko? Kt Óż biednej istocie

Rozka Ż E twej okrutnej wys Ł Ucha Ć namowy?

XXI

Nie bą D Ź jastrz Ę Biem, kt Ó Ry na to kr Ąż Y,

Jak by zad Ł Awi Ć lataj Ą Ce ptasz Ę!

Nie Żą Daj tego! Jak konie w uprz Ąż Y,

Myś My chodzili wed Ł Ug bo Ż Ej woli

I mi Ę Dzy nami czy Ż byli Judasze?

Lecz na ten ci Ęż Ar zbyt s Ł Abe s Ą nasze

Ramiona! Ta ofiara nad si Ł Y nas boli!”

XXII

Ale ó W starzec, z prostego cz Ł Owieka

Wyr Ó S Ł Szy nagle w posta Ć aposto Ł A,

Kt Ó Rego s Ł Owo w moc si Ę przyobleka

Cuda rodz Ą C Ą, od razu do ludzi

Jakby nie w Ł Asnym j Ę Zykiem zawo Ł A:

” Wiem, Ż E si Ę znajdzie kto Ś z naszego sio Ł A,

W kt Ó Rego sercu Żą Dza ofiary si Ę zbudzi!

XXIII

Bo jak krwi Pań Skiej i cia Ł A sakrament,

Ustanowiony na ludzkie zbawienie,

Nie mieszka tylko wś R Ó D katedr, gdzie zam Ę T

Tł Umu bezmierny od wiek Ó W si Ę t Ł Oczy,

Od pokolenia pł Yn Ą C w pokolenie,

Albowiem żą Dza Ż Arliwa nim Ż Enie,

By blaski tych przybytkó W ol Ś Ni Ł Y mu oczy –

XXIV

Jako ó W Ł Aski sakrament przeczysty

Jest i w koś Ci Ół Kach, posklecanych z drzewa

Niewprawną r Ę K Ą wiejskiego artysty,

W cieniu lip starych, dę B Ó W i jawor Ó W,

Gdzie się j Ę K ludu z rannym hymnem zlewa,

Któ Ry na chwa Łę bo Żą ptasz Ę Ś Piewa,

I z szumem, co z pobliskich przekrada się bor Ó W:

XXV

Tak duch ofiary, to w ś Wiat Ó W ogromie

Ziarno ukryte, z któ Rego si Ę rodzi

Wszelakie dobro, nieraz zbyt widomie

Nie mieszka tylko ś R Ó D mo Ż Nych w zaszczyty

I lś Ni Ą Ce z Ł Oto, lecz pod strzechy schodzi

I z izb wzgardzonych prostakó W wywodzi

Huf męż Nych, pu Ł K zdobywc Ó W twierdzy niezdobytej.

XXVI

Wiem, ż E si Ę znajdzie dzieci Ę mi Ę Dzy wami,

Kt Ó Rego w Ą T Ł E ma pod Ź Wign Ąć rami Ę

Wasze zbawienie… Ju Ż ja je oczami

Widz Ę Żą Dnymi… Tam ci ono stoi

Jeszcze wyl Ę K Ł E, ale ju Ż ma znami Ę

Ś Wi Ę Te na czole… ju Ż idzie – nie k Ł Ami Ę!…

Ju Ż staje u ofiarnych, m Ę Cze Ń Skich podwoi!”

XXVII

Zaledwie skoń Czy Ł te s Ł Owa, gdy z rzeszy

Blade się ch Ł Opi Ę wysunie i rzecze:

” Na Ś Mier Ć m Ę Cze Ń Sk Ą wielce mi si Ę spieszy;

Niechaj mnie pł Omie Ń ognisty ogarnie,

Jeż Eli przez to B Ó G ma w swoj Ą piecz Ę

Wziąć lito Ś Ciw Ą nasz Ł Any i Ż By cz Ł Ecze

Zachody nie ginęł Y w tej suszy tak marnie!”

XXVIII

I wyda rozkaz gromki, tak niezwykł Y

Na ustach dziecka, iż By w tym momencie

Stos uł O Ż Ono. Matki si Ę rozkrzyk Ł Y

W rozdzierają Cy serca b Ó L, z dopustu

Zrodzon bo Ż Ego na straszne pocz Ę Cie,.

Straszliwej pracy: ujrza Ł Y, jak Ś Wi Ę Cie

Dziecina sama nios Ł A wielk Ą nar Ę Cz chrustu…

XXIX

I uł O Ż Ono stos i ono Ć ch Ł Opi Ę

Stan Ęł O na nim, podni Ó S Ł Szy do nieba

B Łę Kitne oczy: na niebieskim stropie

Gorza Ł O s Ł O Ń Ce, czekaj Ą C u g Ó Ry,

By kto Ś podpali Ł ten zadatek chleba.

Nie mia Ł odwagi nikt, wi Ę C, jak potrzeba,

P Ł On Ą C Ą rzuci Ł g Ł Owni Ę Ó W starzec ponury.

XXX

Lecz kiedy pierwszy kłą B dymu od ziemi

Strzeli Ł w niebiosy, zanim ogie Ń jeszcze

Zdo Ł A Ł ramiony obj Ąć p Ł Omiennemi

Beztrwo Ż Ne dzieci Ę, sta Ł si Ę cud: od razu

Zebra Ł si Ę ob Ł Ok i ulewne deszcze

Na o Ł Tarzysko upad Ł Y z Ł Owieszcze,

Ofiar Ę ocalaj Ą C z bo Ż Ego rozkazu…

XXXI

Zazielenił Y si Ę pola; dobytek

Na dł Ugie znowu mia Ł zakwitn Ąć lata;

Z dziecka wnet wyró S Ł m Ąż, przej Ę Ty wszytek

Cudem dni owych – i, jak prorok, wstanie

I pó Jdzie wie Ś Ci Ć na okraje Ś Wiata

Siłę ofiary, jako Ż E bogata

Jest w kł Os dojrzewaj Ą Cy na zwil Ż Onym Ł Anie.


Wiersz Legenda o głodzie - Jan Kasprowicz