Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz ***

Wiele osób zarzuci mi zapewne nadmiar pobłażliwości: „Uniewinniasz
pijaństwo, idealizujesz rozpustę mętów społecznych”. – Wyznaję, że
wobec ogromu dobrodziejstw trudno mi podnosić zarzuty. Wszak
powiedziałem już, że wino przystosowuje się do człowieka; przyznałem, że
i w jednym, i w drugim występki ważą się na szali z cnotami. Cóż mogę
uczynić więcej? – Zresztą, w tej sprawie mam mój specjalny pogląd.
Mianowicie sądzę, że gdyby ludzkości odjęto wino, w zdrowotności i
intelekcie świata powstałaby luka, pustka, brak – daleko straszniejszy od
wszystkich ekscesów i zboczeń, spowodowanych przez wino. Bo czy nie
mamy podstawy do wniosku, że ludzie, którzy nigdy nie piją wina –
naiwni, czy pedanci – to osobniki ograniczone, lub hipokryci? Ograniczeni
–
tj. nie znający ludzi, ani natury – artyści, odrzucający tradycyjne środki
artystyczne, wyrobnicy, pomstujący na mechanikę; hipokryci – tj. cisi
łakomcy, pyszałkowie wstrzemięźliwości, samotni pijacy i dotknięci jakimś
tajemniczym nałogiem czy zboczeniem. Człowiek, który pije tylko wodę,
chowa jakąś tajemnicę, którą pragnie ukryć przed światem.
Zresztą osądźcie sami. – Kilka lat temu na pewnej wystawie
obrazów tłum głupców cisnął się do płótna, wygładzonego,
wypolerowanego, wylakierowanego – niby okaz galanteryjny. Była to
krańcowa negacja sztuki. W tym mikroskopowym malowidle widziało się
latające muchy! Zostałem pociągnięty ku temu potwornemu obrazowi, jak
wszyscy, jednak wstyd mi było tej szczególnej słabości – był to bowiem
objaw nieprzepartego pociągu do obrzydliwości. Wreszcie zdałem sobie
sprawę, że ciągnęło mnie tu bezwiedne filozoficzne zaciekawienie –
natarczywa chęć przekonania się, jakie mogło być moralne oblicze
człowieka, który był w stanie spłodzić równie występną ekstrawagancję.
Zakładałem się sam ze sobą, że musiał to być z gruntu zły człowiek.
Postarałem się o informacje i doznałem zadowolenia, stwierdzając, że
potwór ten wstawał regularnie o świcie, że wyeksploatował oszukańczo i
doprowadził do nędzy własną posługaczkę – i „że pił tylko mleko”.
Jeszcze jedna czy dwie powieści – i przejdziemy do wniosków.

****

Pewnego dnia zatrzymało mnie na chodniku wielkie zbiegowisko ludzkie.
Udało mi się zajrzeć między głowy gapiów, i oczom moim przedstawiło się
osobliwe widowisko. Jakiś człowiek leżał na wznak na ziemi z oczami
szeroko otwartymi i zapatrzonymi w niebo, zaś inny człowiek stał nad nim,
przemawiając doń jedynie przy pomocy mimiki i gestami – zaś leżący na
ziemi zdawał się odpowiadać mu jedynie wzrokiem. Przy tym twarze obu
były oblane wyrazem jakiejś cudnej życzliwości.
Człowiek stojący zdawał się gestami przemawiać do inteligencji
leżącego na ziemi: „Porusz się, zrób jeszcze kilka kroków, szczęście jest
tam – o dwa kroki – dojdź do rogu ulicy. Jeszcze niezupełnie straciliśmy
z
oczu brzeg utrapień – nie wypłynęliśmy jeszcze na „pełne morze”
marzeń; dalej; zdobądź się na trochę energii, rusz się, przyjacielu –
nakaż swym nogom, by były posłuszne twej woli!”

Cała ta przemowa mimiczna odbywała się przy
akompaniamencie harmonijnego chwiania się i zataczań. Lecz tamten,
snadź już był wpłynął na „pełne morze” (zresztą żelował po rynsztoku),
bo jego błogosławiony uśmiech odpowiadał: „Pozostaw mnie w spokoju.
Brzeg utrapień już zniknął całkowicie – przysłoniły go mgły dobroczynne
–
niczego już więcej nie żądam od niebios marzeń”. – Zdało mi się nawet,
że dosłyszałem coś, jakby dobywające się z ust nieuchwytne słowa –
raczej niewyraźne westchnienie, tężejące w wyrazy „Wszystko w miarę…”.
Było to szczytem wzniosłości. Lecz, jak to zobaczymy, w
upojeniu może istnieć nadwzniosłość. Towarzysz trzymający się na
nogach, pełen wyrozumiałości, idzie sam do szynku i wraca z sznurem.
Widocznie nie był w stanie znieść myśli żeglowania samopas –
samolubnego chwytania szczęścia – toteż wracał po przyjaciela z
pojazdem. Pojazdem był sznur; opasuje go więc sznurem. Leżący osobnik
uśmiecha się; zrozumiał widocznie macierzyńską intencję przyjaciela. –
Ten zaciąga węzeł, zaczyna kroczyć jak koń łagodny, ostrożny – wiezie
towarzysza ku przystani szczęśliwości. Człowiek wieziony, a raczej
wleczony i wycierający bruk plecami, uśmiecha się wciąż
niewypowiedzianym uśmiechem.
Tłumem owładnął podziw – bo to, co jest zbyt piękne, co
przekracza ludzką moc poetycką, budzi więcej podziwu, aniżeli
rozrzewnienia.
*********
Był sobie człowieczyna, Hiszpan-gitarzysta, który w swoim
czasie odbywał wędrówki razem z Paganinim. – Działo się to jeszcze
przed
epoką wielkiej, oficjalnej sławy Paganiniego.
Wiedli we dwójkę wolny, cygański żywot wędrownych muzyków – ludzi bez
rodziny i ojczyzny. – Obaj, skrzypek i gitarzysta, dawali koncerty
wszędzie, dokąd ich los przywiódł. Wędrowali tak długo po różnych
krajach. A Hiszpan mój miał talent tak niezwykły, że mógł powiedzieć o
sobie jak Orfeusz: „Jestem panem natury”.
Gdziekolwiek się zjawiał, targając swe struny i każąc im drżeć harmonijnie
pod wielkim palcem władnej ręki, tłum ciągnął za nim. Gdy się posiada
taki talent, nie umiera się z głodu. Ludzie szli za nim jak za Chrystusem.
Czy podobna odmówić obiadu i gościny człowiekowi – geniuszowi,
czarodziejowi, który umiał rozśpiewać w naszej duszy najpiękniejsze
melodie – najbardziej skryte, najbardziej nieznane, najbardziej tajne?
Zaręczano mi, że człowiek ten z instrumentu wydającego jedynie
przerywane dźwięki, wydobywał swobodnie dźwięki ciągłe.
Paganini trzymał w swoim ręku kasę i rządy majątku
spółkowego, czemu, czemu się nikt nie powinien dziwić. Kasa wędrowała
po osobie administratora,; mieściła się to na górze to na dole – dziś w
butach, jutro za podszewką ubrania. Gdy gitarzysta, który – wyznajmy
to – miał silny pociąg do trunków, pytał, jak stoją finanse, Paganini
odpowiadał, że nie ma nic, albo prawie nic – bo Paganini był jak starcy,
którzy zawsze się obawiają, że „zabraknie”. Hiszpan wierzył, albo
udawał,
że wierzy, i z oczami utkwionymi w dal targał i męczył swą nieodłączną
towarzyszkę. Paganini szedł po drugiej stronie drogi. Taki był cichy układ
wzajemny – by sobie nie przeszkadzać. W ten sposób każdy ćwiczył się i
pracował, idąc. Po przybyciu do miejscowości, która zdawała się
przedstawiać jakie takie widoki na godziwe pobory, jeden grał którąś ze
swych kompozycji, drugi zaś obok niego improwizował wariację – wtór,
podkład. Ile rozkoszy i poezji było w życiu trubadurów – wie tylko sam
Bóg.
Rozstali się nie wiadomo dlaczego.
Hiszpan wędrował sam jeden. Pewnego wieczora przybywa do małej
mieściny jurajskiej, każe rozlepić afisze, zapowiadając koncert w sali
merostwa. Koncert to on – gitara – i nic więcej. Dał się rozpoznać,
brzdękając w jednej z kawiarń; w mieście znalazło się parę muzykalnych
osób, które zaciekawił ten niezwykły talent. Koniec końców zebrało się
dużo osób.
Mój Hiszpan wykopał w jakimś koncie miasta, koło cmentarza, innego
Hiszpana – „ziomka”. Był on kimś w rodzaju przedsiębiorcy
pogrzebowego – właściwie kamieniarz od nagrobków. Jak wszyscy
poświęcający się zawodom grzebalnym – ten także lubiał pić. Toteż
butelka i wspólna ojczyzna zaprowadziły ich daleko; muzyk nie rozłączał
się z kamieniarzem.
W sam dzień koncertu, gdy się zbliżała jego godzina, byli znów razem –
ale gdzie? Tu właśnie był sęk! Przetrząśnięto wszystkie szynkownie w
mieście, wszystkie kawiarnie. Wreszcie odnaleziono ich w jakiejś
niewysłowionej spelunce – gruntownie pijanych obu.
Następują sceny w guście Kaena i Fryderyki. Koniec końców koncert
zgadza się iść grać – ale nagle przychodzi mu idea: „Będziesz grał
razem
ze mną!” – mówi do przyjaciela. Ten odmawia; posiadał wprawdzie
skrzypki, lecz grał jak najostatniejszy rzempoła.
– „Będziesz grał, ale ja nie gram!”
Żadne zaklęcia ni argumenty nie były w stanie go wzruszyć – trzeba było
ustąpić!
Oto zjawiają się obaj na estradzie w obliczu całej elity miasta.
– „Przynieście wina!” – mówi gitarzysta.
Aranżer pogrzebowy, znany w całym mieście, ale co prawda nie ze strony
muzykalnej, był nadto pijany, aby się miał żenować. Gdy przyniesiono
wino, kto by tam miał cierpliwość na odkorkowywanie butelek?! Nicponie
gilotynują je uderzeniem noża, niby ludzie, którym brak dobrych manier.
–
Łatwo sobie wyobrazić, jaki efekt wywarła ta scena na wystrojoną po
niedzielnemu publiczność. Damy opuszczają salę, i wiele zgorszonych
osób czyni manifestacyjnie to samo, jakby chcąc wyrazić swe oburzenie na
zachowanie się tych pijaków, wyglądających na pół-wariatów.
Nie żałowali jednak ci, w których obyczajność nie zagłuszyła
ciekawości i którzy mieli odwagę zostać.
– Zaczynaj – mówił gitarzysta do kamieniarza.
Niepodobna wyrazić, jakiego rodzaju dźwięki wydobywały się z pijanych
skrzypiec. – Bachus w malignie, krający kamień piłą! Co grał, a raczej co
chciał grać? Mniejsza o to – pierwszą lepszą melodię…
Naraz melodia potężna i słodka, kapryśna i jednolita
zarazem, owija, głuszy, przygasza, pokrywa krzykliwy hałas. Gitara śpiewa
tak donośnie, że skrzypiec już nie słychać. A jednak to ta sama
melodia – pijana melodia, którą zaintonował kamieniarz. Gitara
wypowiada się z niezmierną dźwięcznością; kwili, śpiewa, deklamuje z
zastraszającą werwą, z niepojętą pewnością i czystością dykcji. Gitara
improwizowała wariację na temat skrzypiec ślepca. Dała się im prowadzić,
przystrajając wspaniale, po macierzyńsku lichą nagość ich dźwięków.
Czytelnik zrozumie, że tego niepodobna opisać; wiarygodny i
poważny świadek opowiadał mi to. – W końcu cała publiczność stała się
więcej pijana od gitarzysty. Szał owacyjny ogarnął wszystkich – sala
drżała od oklasków i okrzyków, wśród nieopisanego entuzjazmu.
Znać jednak charakter miejscowej ludności nie przypadł
naszemu gitarzyście do smaku – nie zagrał tam bowiem nigdy więcej.
Gdzież jest teraz? Jakie słońce patrzyło na ostatnie jego
marzenia? Jaki rów przydrożny dał gościnę jego konaniu? Jaka ziemia
przygarnęła kosmopolityczne jego kości?
Gdzie są upajające zapachy kwiatów, które sczezły? Gdzie
czarodziejskie barwy minionych słońca zachodów?
**********
Nie powiedziałem tu może nic nowego. Wino znamy wszyscy; wszyscy
miłością je darzymy. Jeżeli zjawi się prawdziwy lekarz-filozof – rzecz
dotychczas niewidziana – będzie mógł napisać doniosłe studium o winie;
rodzaj dwoistego systemu filozoficznego, w którym wino i człowiek będą
stanowili dwa bieguny. Wyjaśni on może, dlaczego pewne trunki posiadają
własności nadmiernego wyolbrzymiania osobowości myślącej istoty i
stwarzania, że tak powiem, trzeciej osoby – wywoływania owego procesu
mistycznego, gdzie człowiek normalny i wino – bóg zwierzęcy i bóg
roślinny – spełniają rolę Ojca i Syna w Trójcy: płodzą Ducha Świętego,
który jest nadczłowiekiem i zarówno od obu pochodzi.
Są osoby, na które wino działa tak ożywczo i potężnie, że nogi
ich stają się pewniejsze, słuch zaś nabiera niezwykłej subtelności. Znałem
człowieka, którego osłabiony wzrok w podnieceniu winnym odzyskiwał całą
swą pierwotną ostrość. – Wino z kreta czyni orła.
Pewien nieznany stary autor powiedział: „Nic nie może
dorównać radości człowieka, który pije – chyba radość wina, że jest pite”.
Istotnie, wino odgrywa tajemniczą rolę w bycie ludzkości – tak tajemniczą
i ściśle z nią związaną, że nie zdziwiłoby mnie, gdyby nawet umysły
rozsądne, pociągnięte ideą panteistyczną, przyznawały mu pewnego
rodzaju osobowość. Wino i człowiek czynią na mnie wrażenie dwóch
przyjaciół, ciągle walczących i ciągle godzących się ze sobą. Pokonany
składa zawsze pocałunek na ustach zwycięscy.
Bywają pijacy złośliwi; są to jednak ludzie z natury źli.
Człowiek zły staje się tu obmierzłym, jak człowiek dobry – doskonałym.


Wiersz *** - Charles Baudelaire