Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz Matka – AKT DRUGI

Salon dość luksusowego mieszkania. Drzwi wprost i na prawo. Wieczór.
Palą się lampy. Kolory jedyne: czarny i biały, jak w akcie I. Kolory ubrań i
twarzy osób również takie same jak w akcie I, chyba że będą podane inne
w ciągu akcji. Matka, ubrana jak poprzednio, siedzi na środku salonu na
prostym zydlu kuchennym i robi robótkę jasnobrązowego koloru z dzikim
zapamiętaniem. Obok niej na stoliku duży syfon i butelka wódki. Co
chwila Matka robi sobie „whisky and soda” i popija. W sąsiednim pokoju,
na prawo, prawdopodobnie w jadalni, słychać ustawianie naczyń w
kredensie. Pauza.

MATKA
Dorota! Dorota!

Wchodzi Dorota ubrana na czarno z białym, ale o wiele szykowniejsza niż
w akcie I.

DOROTA
Słucham jaśnie panią.

MATKA
Tak mi dobrze u was było w kuchni, moja Doroto – tam się czułam jak u
siebie. A tu, nawet gdy siedzę na tym zydelku, wszystko takie jest obce i
straszne, jakby nie z tego świata.

DOROTA
Zdaje się jaśnie pani: wszystko nowe, ładne i wcale nie straszne. Panicz
teraz taki dobry…

MATKA
Nie pozwolił mi siedzieć u was w kuchni. A tu mnie tak bardzo źle, tak
okropnie, jakby mnie dusiła jakaś obrzydliwa zmora. Coś takiego
lepkiego, bez rąk i nóg, leży na mnie. I nie wiem, czy to kadłub bez
członków, czy jakie zwierzę. A sama sobie zdaję się taka olbrzymia jak
wieża. I chodzę taka duża po tych innych pokojach i patrzę na siebie
drugą, też inną, jak biegam jako mała myszka po tych samych
pokojach. I potem „pac” – myszka łapie się w pułapkę i ja się budzę. To
mi się zdaje kilka razy na dzień.

DOROTA
I to nie we śnie?

MATKA
Nie – robię robótkę, wszystko jest tak, jak jest, a mimo to tamto się
odbywa jakby w innym świecie, który mimo to jest tu. To może jest ta
Wielość Rzeczywistości tego Chwistka, tego filozofa, którego panicz teraz
ciągle czyta – marzy mu się logizacja przemian społecznych w celu
uniknięcia zjawisk cyklicznych – to jest paniczowi, nie Chwistkowi.

DOROTA
Ja tego nie rozumiem.

MATKA
A czy Dorota myśli, że ja to rozumiem? Nic a nic. A on teraz ciągle jeździ.
Panicz został agentem handlowym – to jest nie komiwojażerem, tylko coś
wyższego. Czemu Dorota się śmieje? Dorota nie wierzy?

DOROTA
Wcale się nie śmiałam. Jaśnie pani się to zwidziało, jak z tą myszką. Nie
trzeba tyle pić. (Matka robi sobie whisky and soda i pije, po czym częstuje
Dorotę.). Ee – to ja chyba czystej, (nalewa kieliszek i wypija) O – tak
trochę, to bardzo dobrze robi.

MATKA
Kiedy inaczej nie widzę nic – takie plamy ruchome z obwódkami zakrywają
wszystko po kolei, na co spojrzę. Już dziś po południu nie widziałam nic.

DOROTA
Po co jaśnie pani robi robótkę? Przecież panicz teraz tak dużo zarabia, a
młoda pani za to nocne pielęgniarstwo to przecież też dużo bierze.

MATKA
Trzy tysiące talarów tygodniowo. A panicz to jakoś nieregularnie – jak mu
się uda z tym handlem. Ach – jak tylko popiję, to coś widzę, a tak, bez
wódki, tobym całkiem oślepła. Ale czemu Dorota tak dziwnie mówiła o
tych zajęciach dzieci? Jakby Dorocie się coś nie podobało – co?

DOROTA
Ale – nic a nic nie pomyślałam. Jak mnie się może coś nie podobać?
Zajęcie jak każde inne – byle dobrze zarobić. Ale nie odpowiedziała mi
jaśnie pani, po co męczyć się tą wieczną robótką? Teraz mogłaby pani
odpocząć, kiedy młodzi państwo wzięli się już do roboty prawdziwej. A tak
straci pani oczy do reszty.

MATKA
O, niech Dorota nie mówi. Już mi zaczynają te koła latać przed oczami.
Nic nie widzę. Trzeba popić. (pije) A robię tak sobie – coś tam też jest z
tego, mimo że wobec tych dochodów to jest głupstwo. Już panicz mnie też
gnębi tą robotą, żebym ją rzuciła. Muszę prawie po kryjomu przed nim
robić, że to niby tylko dla przyjemności. A zresztą, co bym ja robiła?
Wszystko takie obce, straszne – ja chyba bym zwariowała, gdybym nic nie
mogła robić. Dla mnie odpoczynek to najgorsza męka. A najstraszniejsza
to noc. Sama jedna w tym łóżku paradnym – zdaje mi się, że jestem
mała dziewczynka, kiedy byłam jeszcze baronówną – wie Dorota przecie,
że jestem z bardzo dobrej…

DOROTA niecierpliwie
Ach – już mówiła mi to jaśnie pani dawno. A panicz to zakazał mi mówić
do siebie „jaśnie panie” – i młoda pani też.

MATKA
Trudno – ojciec panicza był stolarzem i śpiewakiem i powieszony był za
wielkie zbrodnie. Ale dał mi tyle szczęścia przez te trzy lata, że choćby
dlatego nie żałuję całego życia, mimo że ono takie straszne, takie
straszne – gorsze od śmierci w torturach. Ja chyba już wariuję, moja
Doroto. Ja Dorocie powiem w tajemnicy – ale sama się o tym boję mówić,
żeby mi coś w głowie nie pękło – ja się ciągle trzymam, żeby nie
zwariować. Ja bez morfiny nie śpię wcale. I coraz więcej muszę pić i całe
ciało mam już pokłute.

DOROTA
A niech jaśnie pani da spokój! Mnie samej niedobrze się robi. Trzeba się
otrząsnąć, przestać pić albo pić mniej i nie brać tamtego paskudztwa.

MATKA
A to jeszcze sam panicz mi kupuje to wszystko. I nie wiem, czy on to robi
dlatego, żebym ja już prędzej skończyła, czy właśnie przez dobre serce,
bo widzi, że już inaczej żyć bym nie mogła.

Płacze.

DOROTA
Pójdę już – ja nie mogę tak rozmawiać. Ja wiem, że jaśnie pani ciężko
samej, ale ja już nie mogę.

Wychodzi.

MATKA sama
Boże! Boże! Te plamy coraz gorsze, (pije) Ja już nie wiem, czy jestem,
czy też to jest jakiś sen okropny poza grobem. A może ja nie wiem, że
umarłam, i to już jest kara w piekle czy w czyśćcu za to, że go tak
wychowałam i tamtego popchnęłam do zbrodni. Może – ja tego nie
chciałam – chciałam trochę więcej dobrobytu. Moja wina – gdybym go nie
męczyła tym, toby się wyrobił na sławnego śpiewaka i nie zginąłby na
stryczku. Dla mnie kradł i zabijał, biedaczek, i dał mi tyle szczęścia.
(płacze) E – trzeba wypić bardzo dużo, to przejdzie.

Pije. Stara się opanować. Przez drzwi środkowe wchodzi kaszląc stary
Plejtus, bardzo elegancko ubrany: czarna redengota.

PLEJTUS uniżony
Co słychać dobrego? Pani matka zawsze nad robótką? Hę, hę!

MATKA
Ach, panie Apolinary – niech pan siada. Jestem bardzo zmęczona.

PLEJTUS
I czym to, pani matko, czym?

Siada.

MATKA
Ach – nie mówmy o tym, nie mówmy o niczym. Czyż pan nie czuje tego,
że pan jest dla mnie jakąś potworną zmorą?

PLEJTUS
W ogóle, pani baronowo…

MATKA
Już mówiłam panu sto razy, że nie jestem baronową.

PLEJTUS
Tak, tak – baronówną. A więc pani baronówno…

MATKA
O nędzo straszna nawet samych najzewnętrzniejszych form tego
okropnego życia!…

PLEJTUS
No – chyba na nędzę narzekać nie możemy. Dzieci pracują jak woły.
Synek coś ciągle w rozjazdach. Tylko te ciągłe nocne dyżury Zosi, te
nocne pielęgniarskie zabiegi, połączone z nocnym kursem introligatorstwa
i nocnym plastycznym tańcem dla zdrowia – to mi się mniej podoba.

MATKA zaczyna mówić dystyngowanie
Czy naprawdę jest w tym coś niestosownego? Ja uważam, że miłość ich
stała się jakoś dziwacznie naciągnięta. On nie mówi już zupełnie o tych
swoich ideach, chociaż podobno są jakieś konferencje i coś zaczyna się
ruszać w tym wszystkim. Tu nic nie można wiedzieć na pewno, drogi
panie. Dzisiejsze czasy obfitują w takie kontrasty, w takie dziwne
przemieszczenia warstw ideowych – ja sama się nie orientuję…

PLEJTUS zaczyna się czuć nieswojo; ratuje się szczerością
Ja nic – ja tylko chciałem powiedzieć, że moja córka od roku już mi się nie
podoba. Ubiera się dziwnie, jest jakaś cała zgorączkowana – to te jakieś
ideowo-organizacyjne sprawy syna pani, to znowu jakieś wyjazdy. Parę
razy widziałem ją w powozie z jakimiś panami… podobno z najwyższej –
to jest, chciałem powiedzieć, z arystokracji – kiedy to wypadkiem
zabrnąłem na południowo-wschodni koniec miasta, gdzie nigdy właściwie
nie bywam…

MATKA jakby zbudzona ze snu
Co pan mówi, panie Plejtus?
Nie w formie zapytania, tylko właściwie: Jak śmiesz itd.

PLEJTUS
To mówię, co myślę, pani baronówno – że moja córka wygląda i zachowuje
się jak zwyczajna ostatnia – to jest jak jakaś dziewczyna lekkich obyczajów.

MATKA
I pan mnie śmie to mówić?

PLEJTUS
Czy pani tego nie widzi?

MATKA
Może i widzę: pewne ożywienie, zmiana strojów… Ale pracuje i w ogóle
małżeństwo miało na nią wpływ raczej dodatni.

PLEJTUS
Tak pani sądzi? Jest pani wielką optymistką, pani baronówno.

MATKA
Dosyć tych tytułów! Rozumie pan? Proszę ze mnie nie żartować! Boże! Ja
nic nie widzę! (pije) Och – wszystko mi się w głowie mąci. Pan poruszył
moje najbardziej ukryte wątpliwości.

PLEJTUS
Ja pani powiem więcej: mnie mówiono na mieście, że syn pani –
oczywiście dla celów ideowych – zmuszony był wejść w sfery zupełnie
nieodpowiednie dla młodego męża i syna takiej matrony jak pani.

MATKA
Co pan przez to rozumie? Panie Plejtus, na miłość boską, niech pan mnie
nie męczy!

PLEJTUS
Ja mogę powiedzieć pani zupełnie otwarcie, o ile to pani ulgę przyniesie;
mówią, że zwąchał się z pewnymi indywiduami, które podobno zanadto
blisko kręcą się koło ambasad mocarstw bynajmniej z nami nie
zaprzyjaźnionych. Nic udowodnić im nie można, ale pewni ludzie rzucają
dookoła cień. Mówiono mi o jakimś bardzo nieprzyzwoitym klubie,
utrzymywanym przez coś tego… społecznie bardzo źle widzianych ludzi. A
do tego, proszę łaskawej pani matki, czyż może młody mąż afiszować się
z tą okropną milionerką Lucyną Beer, która męża bezkarnie otruła, a
teraz utrzymuje najgorszą hołotę i bawi się w deprawację młodzieży?
Wczoraj widziano go z nią w „Iluzjonie” czy innym jakimś „Excelsiorze”.
Dlatego to dochody naszych dzieci…

MATKA zrywa się
Milczeć, chamie! Precz z mego domu!! Do kuchni na ochłapy. Tu nie
wolno… Milczeć! Bo ja cię policją, ty kanalio… Precz!!! (Plejtus ucieka na
prawo, kaszląc. Matka pada na fotel) Więc oni w ten sposób… Ach, to
potworne! Ale to jest dziwne, że się tak normalnie czuję. Zupełnie
przeszedł mi ten obłęd, (znowu przypomina sobie tamto) Ach, to
straszne! (nagle innym tonem) – Nie – to niemożliwe, to niemożliwe.

GŁOS
A sama tak myślałaś niedawno. Mówiłaś o tym z Dorotą. Cha, cha, cha!

MATKA nie słysząc Głosu
Więc to ja ich do tego zmusiłam? Ach – to niemożliwe… Ale ja sama to
myślałam, mówiłam o tym z Dorotą – ja sama. Nie, nie, nie – to
absolutnie niemożliwe. Oni tu zaraz przyjdą, oni muszą zaprzeczyć. Ja nie
chcę, żeby tak było. Przecież ja nie używam tego zbytku. Ja mogłabym
wyżyć z tych robótek. Nałóg pracy – to Leon mi powiedział. A, podły!
Dwadzieścia siedem lat na niego pracowałam!

GŁOS
A mnie zmusiłaś – tak, zmusiłaś prawie do zbrodni, bo chciałaś żyć w
zbytku. Cha, cha – to paradne!

MATKA odpowiadając, ale jakby sobie
Nie, nie – nikogo nie zmuszałam – ani jego, ani ich. Ja chciałam, aby
Leon zarabiał uczciwie. I on zarabia uczciwie – mój syn. Przecież ja go
kocham. Ja jestem z niego dumna. Te jego idee zaczynają się
przyjmować, już są jakieś konferencje. Ja byłam niesprawiedliwa. Ja cię
przepraszam, Leon, za wszystko. Ja nie chcę, aby tak było – nie chcę, nie
chcę!!!

Wchodzi Leon. Matka zakrywa oczy robótką.

LEON
Cóż to? Mama znowu nad tą robótką? Czy mama zwariowała naprawdę?
Proszę w tej chwili przestać! Popsuje sobie mama oczy do reszty.

MATKA spokojnie
Czekaj, Leoneczku – ja nie chcę nic widzieć. Muszę odpocząć.

LEON
Więc po co mama to robi? Alkohol, morfina i ta przeklęta robótka. Nie –
ja byłem dotąd dobry, ale tego już zanadto. Proszę to rzucić i przyrzec mi,
że już nigdy więcej tego nie będzie.

MATKA ciągle z robótką na oczach, aż do odwołania
Ależ ja żyć nie mogłabym bez pracy. Dwadzieścia siedem lat to robię. Ja
się tak przyzwyczaiłam jak do wódki.

LEON
Dosyć. Ani chwili tego nie zniosę. Ja się nie zbliżam, bo pamięta mama,
co mi mama powiedziała w ten straszny zaręczynowy wieczorek: żebym
nigdy się nie zbliżał, nie dotykał, nie całował. Już drugi rok. Proszę to
rzucić natychmiast.

MATKA
Błagam cię, to jedyna moja pociecha.

LEON
A, do diabła starego! Ja mamie daję wszystko; (innym tonem – słabo i
niepewnie) pracuję na to, aby to było – razem z Zosią pracujemy…

GŁOS
Tak – pracują, ale jak?

LEON
Co, u beri-beri – czy ja mam halucynacje? (otrząsa się) Przemęczony
jestem – zdawało mi się, że ojciec mój coś do mnie mówił. Przecież go nie
znałem.

MATKA
Ach – on też pracował – tak mi mówił…

LEON
Kto, do pioruna!…

MATKA
Twój ojciec. Jesteście zupełnie podobni we wszystkim – zupełnie jak
w „Upiorach” Ibsena…

LEON
Może to tylko mama jest taka sama i wywołuje takie same reakcje w
ludziach zupełnie do siebie niepodobnych. No dosyć – rzuci mama tę
robótkę czy nie?

MATKA
Zaklinam cię…

LEON
A to ja też pokażę, że moja wola musi być wypełniona w tym domu! To
nie jest dom utrzymywany z robótek wyssanej przez wampiry matki.
(Wyrywa Matce robótkę, rzuca na ziemię, kopie ją i depce. Matka zakryła
twarz rękami i siedzi dalej. Tak to zrobiła, że wyrywana robótka
prześlizgnęła się jej między twarzą a rękami. Nie widziała przez tę chwilę
nic.) Aaa – nareszcie. I żeby mi to było ostatni raz.

MATKA nie odkrywając oczu
O, jakże jesteś okrutny…

LEON z nagłą czułością
Mateczko! Przecież ja tylko dla twego dobra, (zbliża się do niej) Czy
można cię pocałować, tak jak dawniej? (innym tonem) Ach – ja nie wiem,
czy ja mam jeszcze na to prawo? A jednak ciebie jedną tylko kocham
naprawdę.

MATKA ciągle zakryte oczy
Co ty mówisz? O jakim prawie? Ja też tylko ciebie kocham. Uściskaj mnie.
To jakieś okropne nieporozumienie. Ludzie są synami, matkami, ojcami,
braćmi i muszą się kochać mimo różnic – m u s z ą. Powinni te różnice
łagodzić, aby móc wytrzymać ze sobą. Inaczej życie staje się piekłem,
jeśli ci, co się muszą kochać – nie z musu tylko, ale z przeznaczenia –
nienawidzą się. Chodź, obejmij mnie tak jak dawniej. Mam wrażenie, że
jesteśmy znów tam, w naszym dawnym mieszkaniu. Tam byliśmy jednak
szczęśliwi.

LEON
Ach, nie mów tak, nie mów tak. Nie staraliśmy się oboje o szczęście na
prostej drodze. Tak – robiliśmy oboje wszystko, aby wszystko zepsuć.

MATKA oczy zakryte
Nie róbmy już sobie wyrzutów. Wszystko jeszcze będzie dobrze. Jakiś
dziwny spokój mam w duszy. Albo wytrzeźwiałam, albo jestem bardzo,
bardzo pijana. Wszystko przeszło mi: cały ten obłęd, (ze strachem) A
może ja już zwariowałam naprawdę? (Leon obejmuje ją dzikim uściskiem.
Pauza.) Nie – to ty jesteś. Już nie jesteś ten obcy, inny. Już nie jesteśmy
w tym okropnym miejscu. Ale teraz powiedz mi: mnie to tak potwornie
męczy. Ten ojciec Zosi, obrzydliwy cham, naopowiadał mi rzeczy tak
strasznych – powiedz mi: tak lub nie. Tylko odpowiedz tym jednym
słówkiem – ja ci uwierzę. Wiesz – są jakieś plotki o tobie, o Zosi, o jakichś
podejrzanych ludziach, o pieniądzach… (z niepokojem) Skąd ten zbytek?
Leon, mów!

Leon wstaje. Matka nie odkrywa oczu. Leon walczy ze sobą.

LEON twardo
Nie – to wszystko nędzna potwarz. Nic podobnego, ani ja, ani Zosia.

MATKA nagle odkrywa oczy, wstaje i rzuca się ku niemu, po czym chwieje
się nagle i siada na ziemi
Co to jest? Ja nic nie widzę. Jakieś koła czerwone. Leon, ja oślepłam
zupełnie. Daj mi wódki – szklankę – czystej, bez wody. Prędko! Tak
jestem szczęśliwa – ja nie chcę być ślepa. Kto zarobi na życie? Ja chcę
skończyć te roboty… Leon! (Leon nalewa wódki jak automat. Matka pije
duszkiem.) To nic. to przejdzie – chociaż tak bardzo nie było nigdy,
(pauza) Och – to nie przechodzi. A więc stało się – będę ślepa. Wszystko
jedno. Ale wiem, że to nieprawda – to wszystko. Cokolwiek będzie, jestem
szczęśliwa. Już cię nie zobaczę więcej. Ale ty już pracujesz, jesteś kimś.
(Leon obejmuje ją.) Ja jestem bardzo pijana. Jak otrzeźwieję, mogę
zwariować, a pić więcej nie mogę. Czy jest w domu brom czy chloral? Ja
nie chcę teraz zwariować.

LEON
Mamo, mamo! To te przeklęte robótki i narkotyki, to morfina z wódką!
Czemuż nie miałem dość siły, aby cię od tego wstrzymać?! Sam
pomagałem ci w tym, bo nie miałem serca ci odmówić. Boże, Boże – jak
wszystko się mści okropnie w tym życiu.

Dzwonek. Komuś otwierają drzwi, jakieś szamotanie się: wpada do salonu
Lucyna Beer.

LUCYNA
Leon. Leon! Ja nie mogłam już! Tydzień u mnie nie byłeś. Dowiedziałam
się nareszcie, jaki jest twój adres. A – to twoja matka pewnie. Ja ją
przeproszę. Ja wyjdę za ciebie za mąż. Ja ciebie jednego tylko kocham.
Pani, to jest ostatnia, jedyna moja miłość. Ja bez niego żyć nie mogę.
Czemu pani siedzi na ziemi?

LEON
Proszę się wynosić. Matka oślepła. W ogóle wszystko przepadło.

MATKA ciągle siedząc na ziemi
Co to jest? Kto jest ta pani?

LEON zimno
To jest pani Beer, która się we mnie kocha bez wzajemności.

LUCYNA
Bez wzajemności? O nie – przecież ty mnie kochasz, Leon, nie bądź
okrutny.

LEON sugestywnie
Czyż pani nie widzi, że są ważniejsze rzeczy na świecie, ważniejsze nawet
od miłości. Niech pani wyjdzie teraz. Przecież widzi pani, że jest
nieszczęście w domu.

Matka wstaje i stoi oparta o krzesło, wyprostowana.

LUCYNA
Nie ma nieszczęścia ze mną. Ja was uratuję oboje. Wam pewno grozi
ruina. On musi spełnić swoje przeznaczenie. Jego idee muszą zwyciężyć.
Ja wiem, że przyszłam nie w porę, ale wybaczcie mi. Teraz, jak tydzień cię
nie widziałam, zrozumiałam, że w tobie jest kres mego życia. Bądźmy
razem w nieszczęściu. Nie chciał mi nigdy powiedzieć adresu. Nigdzie nie
mogłam się dowiedzieć. Czy się dalej mnie wstydzisz? (do Matki) Raz
tylko byliśmy razem publicznie, (do Leona) Nawet policja nie wie, gdzie
mieszkasz. Powiedział mi ten – wiesz? (do Matki) Pani Fajkosz, niech pani
coś powie – ja wszystko dla was…

MATKA dziwnie spokojnie
Ale niech się pani opamięta! Ja się nie nazywam Fajkosz, tylko
Węgorzewska, z domu von Obrock przez ck. Mój syn jest żonatym
człowiekiem.

LUCYNA
To nieprawda! To jest, co do nazwiska może, ale on nie jest żonaty.

LEON
Niestety, mama ma rację. Nazywam się Węgorzewski – jestem żonaty.

Daje Lucynie sygnał oczami. Potem przypomina sobie coś i szepcze jej do
ucha.

LUCYNA
Rozwiedziesz się? Ja w nic teraz nie wierzę. Ty jesteś żonaty? To podłe. (z
ironią) Nie chciał mnie tracić i ukrywał to przede mną. (do Matki) Pani nie
wie, ile on mnie kosztował od roku. On wyłudził ode mnie tysiące. Ja
straciłam rachunek. Ale nie chodzi o ilość. Mówił tylko o realizacji idei i o
nędzy w domu. A wy sobie wcale dobrze żyjecie – teraz dopiero to widzę,
(rozgląda się) Ja świata w ogóle nie widziałam poza nim, ja stałam się
inna przez niego. A on? Syn pani jest alfons, proszę pani, zwykły alfons.
Rozumiesz, jędzo ślepa? Wychowałaś syna na alfonsa. Z tego żyje teraz
ten potwór. Tak – możesz się nie rozwodzić! I ja jego kochałam! Boże, co
za ohyda. Ileż uczucia, czystego uczucia on mnie kosztował.

Matka stoi nieruchomo, mnąc tylko ręką poręcz od krzesła.

LEON
Proszę wyjść, bo ja nie ręczę dziś za siebie. Rozumie pani? Mnie też dużo
uczucia kosztowało to wszystko (to mówi z ironią) – a nade wszystko dużo
zdrowia. Środki podniecające tak zwaną miłość są szkodliwe, pani Lucyno.
Na szczęście nie wpłynęło to źle na moją inteligencję. Może to wyznanie
zmusi panią nareszcie do opuszczenia tego domu.

LUCYNA
Co za cynizm. To jest mój dom. Prawnie nie mogę was wyrzucić, ale
jesteście złodzieje!

LEON
Pieniądze zostaną pani zwrócone, jak tylko moje idee zaczną mieć
powodzenie ogólne.

LUCYNA
Jego idee. Bzdura, w którą nikt rozsądny nie wierzy, bzdura wymyślona
przez alfonsa.

Leon rzuca się na nią i chce wyrzucić. Ale we drzwiach (wchodzą bez
dzwonka) spotyka się z Zofią, ubraną w czarną balową tualetę. Twarz Zofii
jest kolorowa, ale nienormalnie – robi wrażenie bardzo umalowanej,
nawet z widowni. Za nią dwóch panów w tonach czarnych i białych (twarze y
compris), we frakach, rozpiętych futrach fokowych i cylindrach.

ZOFIA nienormalnie podniecona do ostatecznych granic
A to ta klępa, u której jesteś na utrzymaniu, przyszła do nas? Dobrze się
składa. Ja zażyłam dziś pierwszy raz kokainy. Wszystkie prostytutki to
robią. Czemu nie mam i ja? Mówię wszystko, idę, gdzie chcę, pływam
ponad życiem, nic mnie nie obchodzi. Jestem ulicznica. Rozumiecie? –
Pani Węgorzewska młodsza. A mama oślepła nareszcie od robótki –
doskonale – nic nie szkodzi – pieniądze mam – Panowie pozwolą: hrabia
de La Tréfouille i pan de Pokorya – Pęcherzewicz. Ten ostatni nie używa
tytułu książęcego, mimo że pochodzi od Timur – Chana. Moja teściowa: z
domu baronówna von und zu Obrock, mediatyzowana Freifrau z XI wieku,
przez ck. Jakże cudownie się czuję, jak lekko, i jak dziwna harmonia
panuje we wszechświecie, mimo że wszystko razem jest świństwo! Jakie
piękne jest wszystko! Ludzie są jak najcudowniejsze wspomnienia o nich
samych, a żyją, są rzeczywiści.

Zastyga w zachwycie, w zupełnej ekstazie. Lucyna siada na krześle przy
drzwiach

LEON
Panowie wybaczą, (do Zofii) Daj i mnie kokainy. Może w ten sposób
wytrzymam to wszystko, bo mi się już mózg zaczyna przewracać.

ZOFIA
To ci panowie niech ci dadzą. Oni mnie poczęstowali. Nie masz pojęcia,
Leon, co za cudowna rzecz. Zupełnie nowe życie zaczęłam.

DE POKORYA częstując Leona kokainą ze szklanej rurki
Pan zapewne jest bratem panny Zofii?

LEON zażywszy dużą dawkę; osypany jest białym proszkiem
Nie, panie – mężem. A u tej pani jestem na utrzymaniu. Pani Lucyna Beer.

DE LA TRÉFOUILLE
Ach, panie, my lubimy nadzwyczajności.

LEON pociąga nosem
Masz rację, Zosiu – to cudowna rzecz, kokaina. Taką mam jasność w
mózgu i nic mnie już nie obchodzi. Panowie zostaną na kolacji –
nieprawdaż? Mamo, zażyj tego – to nadzwyczajne. Wszystko się zmienia.
To nie to, co twoja wstrętna morfina i alkohol.

MATKA
Daj. Ja już mam wrażenie, że jestem w innym świecie. Ja chyba
zwariowałam.

Leon sypie jej do nosa kokainę, która mu dał Pokorya.

ZOFIA
No, panowie, rozgośćcie się jak u siebie. Zaraz się rozporządzę, żeby była
kolacja dla wszystkich, (do Lucyny) Ty, klępa, zostajesz także.

Wychodzi na prawo.

DE POKORYA do Leona
Bo nie wiem, czy pan wie, że jesteśmy obaj z Trefujem kochankami
pańskiej żony.

LEON pociąga nosem
To wspaniałe. Ach, jak mi dobrze! Teraz jestem w zupełnej zgodzie ze
sobą.

MATKA siadając; pociąga nosem
Wiesz, Leon, że ja zupełnie jestem przytomna i wszystko wydaje mi się
takie konieczne i nieodwołalne – a nawet piękne. Och – coraz piękniej
jest, coraz piękniej…

Zastyga w ekstazie.

LUCYNA wstaje
Dajcie i mnie. Mnie dziś spotkało wielkie rozczarowanie życiowe. Jestem
złamana. Dotąd nie śmiałam nigdy zażyć.

DE POKORYA dając jej kokainę
O, pani, za dwie minuty wszystko przejdzie. Nowy horyzont otworzy się
przed panią. Pani Węgorzewska starsza jeszcze lepiej to odczuwa, bo piła
przed tym.

Lucyna zażywa, po czym pije wódkę.

LEON
Bo rozumiecie, panowie, że ja mam już prawo zginąć w zupełnie dowolny
sposób. Moje życie normalne było męczarnią. Teraz to widzę pod
wpływem kokainy. Nie ma tragedii – to jest cudowne. A idee moje, których
nie znacie, są już puszczone w ruch. „Les idées-forces”, jak mówił Fouillet
czy inny jakiś Guyot. Jak cudownie myślę teraz! Świat się aż zakłębił w
lodowatej logice mego systemu.

DE POKORYA
Tak, ale potem przychodzi depresja szalona. Na ile teraz wszystko jest
jasne i piękne, na tyle potem – o Boże! jest tak ohydne jak – słów mi
brak. My z Trefujem jesteśmy kokainiści umiarkowani – nie poddajemy
się temu nałogowo.

DE LA TRÉFOUILLE
No – powiedzmy otwarcie, że to jest lekka blaga, bo nie ma kokainistów
nienałogowych. I panu się zdaje, że pan jasno widzi swoje idee. Kokaina
nie daje nic nowego prócz ekstazy. Zupełnie bezpłodny narkotyk. Ale dla
nas jest to wystarczające.

LUCYNA pociąga nosem
Ach, jak dobrze mi jest, jak dobrze…

LEON
O, ja umiarkowany nie będę. Moje życie jest skończone.

Pociąga nosem. W ogóle wszyscy pociągają nosami i znajdują się w
ekstazie.

ZOFIA wchodząc
Kolacja może być, ale zimna. Niech panowie pozwolą. Wódka i zakąski już
są. Proszę wszystkich do sali. Będziemy się bawić jak zwierzęta. Wieczór
absolutnej beztroski.

MATKA
Nie ma dramatu – słusznie powiedziałeś, Leoneczku. Jestem zupełnie
trzeźwa, ale w innym wymiarze: nie w dół, tylko w górę – ponad
alkoholem. To nadzwyczajne. Może kto z panów poda mi rękę. Jestem
ślepa.

DE LA TRÉFOUILLE podając jej rękę; przedtem obaj zrzucili futra i zdjęli
cylindry
Tak, tak, po wódce kokaina daleko lepiej działa. A przy tym jest to o
wiele zdrowiej. Cha, cha, cha – to śmieszne.

De Pokorya podaje ramię Zofii. Wszyscy idą do sali na prawo. Leon
ostatni. Dzwonek, ktoś otwiera. Wchodzi MurdeI – Bęski.

BĘSKI
Panie Leonie, proszę o chwilkę rozmowy.

LEON
A – dobry wieczór, panie Antoni. Niech pan poczeka. Proszę państwa.
(Wszyscy wchodzą do sali. Leon i Bęski stoją tyłem do drzwi od sali.
Matka cichutko, po omacku wraca i przysłuchuje się, niewidzialna, ich
rozmowie.) Ależ ma pan odwagę, żeby tu przychodzić. I to bez kokainy.

BĘSKI czarno-biały, jak wszyscy
Bez jakiej kokainy? Musiałem zaraz pana znaleźć. Poproszę pana o ten
numerek od tego planu mobilizacji. Nie chcą wierzyć, że to prawdziwy
dokument. Muszą sobie przypasować. Potem zaraz panu zwrócę.

Leon wyjmuje z pugilaresu mały notatnik, a z notatnika malutką
karteczkę.

LEON
Proszę pana.

Bęski bierze karteczkę i chowa ją. Leon zapisuje coś w notatniku.

BĘSKI
Dziękuję panu. Wie pan? Ja sam nie wierzyłem. Na tym zarobimy mocno.
Rok porządnego życia. Hę, hę.

MATKA panowie odwracają się ku niej
Co to za numerek, Leoneczku? Czy to ktoś od twoich spraw handlowych,
tak, handlowych?

LEON
Nie, mamo – mówmy otwarcie. Ta cała pani Lucyna to były tylko pieniądze
kieszonkowe. Głównym źródłem dochodów naszych jest szpiegostwo
wojenne. Jedynie te dwa zajęcia, o których już wiesz, nie wyczerpywały
mnie intelektualnie. Po pierwsze: jestem erotomanem bardzo
skomplikowanym, a po drugie – lubię rzeczy tajemniczo-niebezpieczne,
mimo że czasem mogę być tchórzem. To wpływ kina – o ile mi się zdaje.
Nawet ja muszę czasem odpocząć. Numer jest od skradzionych
dokumentów wojskowych. Jest to dowód moich zasług, kwit na pieniądze –
teraz wiesz wszystko.

BĘSKI
Co pan mówi, panie Leonie? To przecie sprawa bardzo tajna. Czy pan
zwariował? Oczy ma pan jakieś dzikie.

LEON
Ależ, panie – to jest moja matka. Oślepła dziś i zwariowała – jest zupełnie
bezpieczna. A przy tym ja ją wyssałem jak wampir. Rzecz szalenie
zabawna: wyssałem ją przy pomocy robótek włóczkowych.

Matka tężeje w miarę tej rozmowy.

BĘSKI
Co panu jest? Ja się pana boję.

LEON
Ależ nic, mój kochany, panie Antoni. Zażyłem trochę kokainy po raz
pierwszy w życiu. No – niech pan już idzie.

Bęski wychodzi, popychany przez Leona, kłaniając się Matce.

MATKA
Tego nawet przy pomocy kokainy wytrzymać nie można. Już umieram.
Ostatnie uderzenia serca. Tak prędko mi bije. Już nie wiem, kto jestem.
Leon jest szpiegiem!!!

Pada martwa w tył. Leon rzuca się ku niej.

LEON
Mamo, mamo!!! (bada ją i wstaje) To nie żadne moralne cierpienia ją
zabiły. Nic moralnego nie jest w stanie zabić. Za dużą dawkę kokainy
wzięła moja biedna staruszka. (We drzwi od sali jadalnej cisną się wszyscy
i nawet Dorota.) Moja Doroto, starsza pani umarła. Ostatecznie tak być
musiało kiedyś. Ja też nie wiem, kto jestem, moi państwo. Nie – bo
matka powiedziała to o sobie przed samą śmiercią. A wy wszyscy czy
wiecie, kim jesteście? Nikt nie wie. Nie wiemy nawet, co to znaczy być.
Tajemnica Istnienia jest niedocieczona – na tym opieram cały mój system
organizacji walki z automatyzmem. Ktoś musiał się poświęcić, aby to
wynaleźć. Los padł na mnie. Mogę skończyć jakkolwiek bądź, bo cała ta
historia jest już rozpoczęta. Tego stłumić się nie da. Podobno kokaina
niszczy pamięć, inteligencję, w ogóle robi z ludzi flaki bez życia. Ale co
mnie to może obchodzić?

DOROTA
Co panicz plecie? Trzeba ratować jaśnie panią.

LEON
Ach, prawda, Dorota jedna w naszym towarzystwie nie zażyła kokainy.
Zaniesiemy starszą panią na kanapkę – o tak. (niosą Matkę z Dorotą na
kanapkę na lewo) A teraz chodźmy dalej pić i zażywać ten cudowny
środek, pozwalający uniknąć dramatów życiowych albo też odłożyć dramat
na czas nieograniczony.

Zapędza towarzystwo do sali i sam tam wchodzi. Dorota klęka przy trupie
Matki. Nagle prawa ręka trupa, złożona na piersi, opada na ziemię.
Dorota zrywa się z krzykiem. Wszyscy znowu wpadają ze sali
z kieliszkami i kanapkami w rękach. Niektórzy żują.

LEON
Co tam znowu się stało?

DOROTA
A bo nic; ręka jaśnie pani spadła i tak się przelękłam!

LEON
No to na drugi raz proszę nas nie straszyć głupstwami. Jaśnie pani nie
żyje na pewno i mimo to tak samo nie wie, co znaczy śmierć, jak my nie
wiemy, co to jest życie, choć jeszcze żyjemy. W stanie zakokainowania
wydaje mi się, że powiedziałem coś bardzo głębokiego. Prawdopodobnie
jest to bzdura. Chodźmy stąd.

Zapędza towarzystwo do sali.

GŁOS
Brawo, Leon! Pierwszy raz uznaję w tobie mego syna.


Wiersz Matka – AKT DRUGI - Witkacy