Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz Kolorowanki

Szkło

Widziałem cię wczoraj w nocy – siedziałaś na regale z książkami
i rzeźbiłaś w drewnie wiewiórki; księżyc ciął je na plastry. Cienie
przechyliły się lekko w przyszłość – w kierunku zielonej lampki.

Wcześniej milczałaś o końcu świata; że musisz uciec, że nie starczy
świętości dla nas i dla kanarka. Choć on nie może zmartwychwstać,
na twoich kolanach ciągle stygnie marzenie, najsmutniejsza klatka.

Ale smutek to odtwarzanie na gramofonie Armstronga. Nierówne
rytmy, wspólne światełka, żółte kreski na chodniku pod blokiem.
Jako dzieci patrzyliśmy w niebo – dzisiaj ono kaleczy nam stopy.
______________________________________________

Kołysanka z rozchybotaną łódką

1
Zbyt gruby ołówek, aby pisać ckliwe akapity albo miasto
lilipucie, któremu sen wróżą skrzydła czerwonych motyli.

Zawsze jesteśmy kimś na wczoraj – jakby niedośnieni, w kolejce
po ósmy dzień tygodnia. Jednak jeszcze nauczymy się kraść pociągi
i będziemy uciekać: poprzez czarno-białą kliszę, ruskie wynalazki oraz
kartki posłowia. Ale dokąd – tam, gdzie strony ulubionych książek
albo wymięte historie, których wciąż szuka się po kieszeniach.

2
Mieszkać w domu na grzbiecie białego słonia, w kominku
palić wierszami i ufać świętemu od złuszczającej się farby.

Wieża to cierpliwa katastrofa. Pod oknem ktoś już pisze piosenkę
o śmietankowych cukierkach i czarodziejce, która kupuje zielone
buty do tańczenia. Smoki nucą Lennona, a krew spływa do głowy.
Wystarczy wziąć łyżwy i pójść nad niebo – nigdy nie spadniemy.

3
Tęsknota to spławik szarpany potopem – kołyskę pożarł
wieloryb, malarz utonął, a kolory rozpuściły warkocze.

____________________________________________

I Kolorowanka więzienna

Nie ma żadnego zamku. Tylko pusta fosa
pełna czerwonego błota. I czerwone chmury
pod oczami. Za plecami śpiewają psalmy –
latające wieloryby czekają na Jonaszy.

Zwodzone mosty wypadły z zawiasów.
Zamiast krzyżyka świeci dziurka od klucza
(wolność zaszyto w trzewiach króla).

Wystarczy wspiąć się i stanąć na rękach.
Na końcu warkocza, pod skórami delfinów,
śpi biała królewna.

______________________________________________

II Kolorowanka z gromnicą

Uczyńmy wszystko bliższym: norę, senność, boski cylinder,
z którego strach wyszarpuje nas za szyję. W króliczej skórze
poczujemy się bezpieczniej – niby dziecko oglądające burzę
zza szyby.

Pod oknem już zaczynają kwitnąć motyle, a blaszki w sercu
zamieniają się w gąbkę. Szklane dzwonki ogłaszają święto –
tak zmierzamy ku sobie! Wykolejonym pociągiem, bliznami
porośniętymi wrzosem.

Świeca już płonie. Płoną oba końce.

______________________________________________

Kołysanka ratunkowa

Krzyżujemy ogony i nie mamy dokąd umrzeć. Tylko cienie
nie boją się dotykać ciał pokrytych łuską i śluzem.

Być może nie doczekamy odpływu, być może coś uda się
powstrzymać. Nawet, jeśli wyłączą prąd, nakręcimy wszystkie
muszle – samotność nigdy nie pokrywa się kurzem.

I chociaż nic tutaj nie schnie ani nie płonie, to pocimy się solą.
Najmniejsza łódka przepływa pod szklaną podłogą.

______________________________________________

Płonące obręcze

Radio nie odbiera, cisza więzi nas od wewnątrz. I nie jest to niedziela.
Wystarczy wytrzeźwieć, aby dostąpić rozgrzeszenia. Zaczyna się sezon
migających żarówek i dorabiania ramek prześwietlonym zdjęciom. Cień
trzyma nas przy ziemi. Prowadzi przez scenę i krainę ślepców.

Dlatego wciąż nasłuchujemy ulicznych zakłóceń i duchów wcielonych
w zamarznięte kałuże. Kiedyś tylko papierosy zastępowały płuca, dzisiaj
możemy palić chmury i zaciągać się sobą w podmiejskich autobusach.

Powrót do domu przypomina sen w kierunku zimy. Linią ratunkową,
która daje pasażerom nadzieję na koniec mrowienia. Na mokrej szybie
ktoś rozmazał niebo; gwiazdy mówią morsem, a Księżyc wyprzedza
na trzeciego. Każdy przystanek to szansa na skok. Byle pozostać
w zasięgu. Byle nie zapomnieć życzenia.

______________________________________________

Miejsce, gdzie mnie nie ma

Noc się rozwarstwia, jednak smoki pod poduszką dopiero gaszą
ogień. Krzyk przypomina szkło, dlatego modlę się po drugiej stronie
lustra; ruch tej, która mówi, miesza się z ruchem tej, która słucha.

Świt popełnił samobójstwo. Czy choroba może przynieść nowe?
Podobno kocha się i nienawidzi tymi samymi kroplami potu – łatwo
pomylić cukier z solą. Zmysły pozbawione samogłosek próbują
zaszczepić mi swój monolog.

Jednak wersy najbardziej tęsknią za latarką i kołdrą, bo wszystko
powinno zaczynać się od zakończeń. Każdy zamiar oznacza niepokój
przemieniający księżyc w tłustą plamę na oknie.

Najprościej byłoby skoczyć z balkonu bez parasola czy pijanych
wspomnień; stać się zniewagą wobec własnego losu. Jak magik albo
pianista: najpierw uciszyć kolory, a potem schować się na dnie
cylindra.

______________________________________________

Niemalowane drewno

Wewnątrz pachnie ziemią, kadzidłem i dwoma tysiącami;
zwęglone sklepienie kwitnie na biało, a ze ścian odpadają
strupy – najstarsza odmiana bursztynu. Znów otwarła się

dziupla: płoną gniazda, z każdym krokiem śnieg zasypuje
ślady. Dokąd śnimy? – pyta ćma tańcząca w pajęczynach.
Przeklęty balet i królowa balu – nigdy więcej nie oddamy
klucza! Będziemy chwytać ciepłe kraje, które przyfrunęły,
aby podnieść nas z sufitu.

Chociaż palce krwawią – już niczego nie można odpukać.
Podobnie jak drzewa, które potrafią rosnąć obdarte z kory,
tak i blade ciała znajdują w szafie rozgrzeszenie z nagości.

______________________________________________

Krwiecień

Wieczorem zapadamy w zimę, jednak rano wypluwa nas wiosna.
Chmury jak polip zwieszają się nad domem. Dzisiaj nie wystarczy
chorować albo wierzyć w cuda, aby królowa wróżek wsunęła dłoń
pod głowę. Wszystkie sny trzeba napisać od nowa, sprowadzić
drogi do koniecznych pobłądzeń.

Niech balon uszyty z rozstępów, pajęczyn oraz starych poduszek
unosi nas w górę kropel, niech się nam ciepło owija wokół kostek.
Pośliniony palec wskazuje wietrzne miejsca – nie podtrzyma
nieba, ale można połknąć pestkę, aby stać się ogrodem.

I mieszkać. Zamieniając ziemię w kwiaty, a najdłuższe rozłąki
w najkrótsze ze wspomnień. Na początku był dotyk. Potem diabły
spadły z drzewa. W sercu wygotowała się krew – na dnie jaszczurka
porusza oderwanym ogonem.

______________________________________________

Lęk wysokości

Raj to nie miejsce, ale wspólnie wydeptywana droga; środkiem nocy,
przez ciężarne chmury i pióra nielotów. Musimy więc ponownie
wyrwać serce z wnętrza ogrodu i spojrzeć sobie w oczy.

To embrion w głębi szafy. Choć nigdy nie wracaliśmy do poronionego
piękna, to jednak wiemy, czego boi się księżyc podczas nowiu. Jak każdy
niewidomy, łka wszystkimi kolorami, lecz nie ma komu przetoczyć
krwi zbielałej i gęstej od modlitw. Stąd tyle krzyżyków,

kółek oraz świadomie zremisowanych partii, a na suficie kilka tysięcy
motyli; zabawa w piekło-niebo. Skrzydła wypadły z zawiasów, głowom
powyłamywano rogi. Odgryźliśmy sobie języki – odtąd anemia
przemyca do źrenic mleko, a my nawet we śnie nie możemy
oderwać się od podłogi. Niedługo pełnia,

lunatykom znowu zmarzną stopy.

______________________________________________

Pas de deux

Burzowe chmury zaciskają się wokół pacierza, a my nieufnie
zmierzamy ku kościanym puentom; niczym Jaś, Małgosia i okruchy
naszego powszedniego okrucieństwa. Daj nam dzisiaj

odważne ramiona, które uśmierzą bezdomność i miesiące głodu,
bo wciąż nie potrafimy w sobie mieszkać. Chociaż jesteśmy nosicielami
serca – to pudełko zapałek; zwęglona jedność, z której wywróży nas
północna wiedźma. Palcem po wilgotnym wschodzie

spłyniemy ku nieustanowionym świętom. Wzdłuż zorzy polarnej
posadzimy trzynaście tysięcy żonkili, a potem schowamy się w starej
szafie. Kiedy krew wypełni żarówki, będziemy tylko negatywem.
I zaczną nas wywoływać, tak jak się wywołuje dobre duchy:
w imię ognia, popiołu i wyschniętej studni.
___________________________________________

Kołysanka z niedomkniętym oknem

Idze Reczyńskiej

Kiedyś będę prawdziwy. Choćby w ostatnim nieogrzewanym
przedziale, gdzie tylko jarzeniówka mruczy coś pod sufitem,
a po mokrej szybie rdza rozpuszcza swój warkocz – obiecuję,
przyjadę.

Śnimy okręgi – dwa skojarzenia, którym zabrakło wiary,
że bliskość nie zna umiaru, że w najmniejszym pokoju
można się gubić albo wrastać w ściany, dlatego nigdy –
nigdy nie kończy się umieranie.

Chronieni przez łagodne przekleństwa: cukier rozsypał się
po podłodze, a herbata znowu wyszła zbyt mocna. Zielona
roślinka z tęsknoty za wilgocią zwinęła się w kłębek –
jak bezpańska aureola.

Dopiero kwiecień przynosi rozgrzeszenie za wrześniowe
przeciągi i kąpiele w zimnej wodzie. Wtedy dach zaczyna
przeciekać; najszczuplejsza dłoń smaruje masłem piętkę
chrupiącego chleba.
______________________________________________

Membrana

Wyjeżdżamy. Nasze imiona wypuszczone przez otwartą
ranę wydeptują ścieżkę w anemicznym maku. W każdym
ciele atrament – krąży na przekór księżycowym zegarom.

I zwęglają się horoskopy. Jeszcze zatęsknimy do czasów,
kiedy nie znaliśmy strachu, a chmury pękały od modlitw.
Dzisiaj tylko patologowie próbują uzdrawiać nasz wzrok,
choć szklane kule pełne są śniegu, którego żadna wiosna
nie potrafi roztopić.

Ergo wyjeżdżamy. Chorzy i niewidomi. W stronę muzyki
na horyzoncie – indiańskich bębnów, fletni oraz okaryn.
Jesteśmy bezimienne worki włączone w akompaniament;
w każdym po równo: dwieście sześć białych piszczałek.
______________________________________________

Ciało i krew

Jej brzuch – kokon z jedwabiu, łagodny pagórek zatrzaśnięty
na cztery kierunki wiatru; na burze podziemne oraz ojczyznę
szklanych kulek. Przez dziurkę od klucza wabi podglądaczy:

widać całą krainę, a także pory roku pobłogosławione bólem;
małego smoka drylującego wiśnie pazurem. W starej wannie
chłopiec próbuje złowić księżyc albo chociaż senną gwiazdę,
którą mógłby rzucać z dachu i ratować przed upadkiem. Słoń
na monocyklu spieszy się na naradę w sprawie wpływu bajek
na dorastanie. To przecież najcięższe z opóźnień! Jej brzuch –

nowy alfabet z nieskończoną ilością liter, a każdą otula słowo
pomnożone przez tysiąc motylich skrzydeł; wersety psalmów
wspinające się na kościelną iglicę. Notacje ukryte w lektykach,
które muszą się przyśnić szalonym muzykom,

aby zaistnieć:
bieleje korona Yggdrasilla, płonie futro polarnych wiewiórek.
W Krainie Ślepców jednooki jest królem*, a słońce zachodzi
w zenicie. Chmurny Bóg odmyka je podwójnym wytrychem.

*H. G. Wells – „Kraina Ślepców”
______________________________________________

Syjon płonie

Amen.

Jesteśmy więc trójkątem bez trzeciego ramienia, wytężonym
końcem tygodnia, który jednak pcha nas na wojnę: w niepokój,
wstyd i te cisze burzowe, pełne udręki i poszukiwań na oślep.

Właśnie tak się odnajdziemy, choćby w fałszywych legendach,
bez czasu i spotkań, wśród kilku tysięcy dusz zamieszkujących
przedmieścia nieba. Wtedy powróci cała roztrwoniona forma,
wraz ze śmiercią i przywidzeniami, ale my będziemy ponad nią
siedzieć na latających dywanach i zajadać się rodzynkami.

Zima może próbować obliczyć nas od nowa, nasze przyszłe noce;
przyszłość dawno została związana, żółtą wstążką, przez dziecinne
dłonie – na luźnych końcach zostały tylko przepaście i tęsknota.

Do akwarium ktoś powrzucał białe kamyki – prawdziwe imiona.
I, chociaż woda chłodniejsza jest od krwi, każdemu pod językiem
twardnieje melodia. Dzisiaj jeszcze zbyt nieufna, aby uwolnić się
od ust, jednak już zaczęła odliczać – od nieskończoności w dół.

______________________________________________

Laterna magica

Czarodziejko, czarodziejko! – dosyp cukru do mojego akwarium,
a potem owiń nadgarstki ciepłym bandażem. Pieniążek z fontanny
sprawi, że obudzę się bogaty; choćby na kacu, po ciemnej stronie
księżyca, będę naciągał na bębny papier i uderzał w niego pięścią

albo kościami mamuta. Niech tak mnie pamiętają: ten, co zdechł
z lekarstwem w dłoni; zbyt wąskie ramiona i zbyt płytki oddech,
żeby na autobusowej szybie spisać smutek, potop, mętną alegorię.

______________________________________________

Kołysanka olbrzyma

Olbrzymce

Odbijając się w sobie wychodzimy poza – kończy się świat,
lecz zaczyna wiosna. Każda gwiazda przypomina wiatraczek;
to wróżba w szklance herbaty: z rozpalonych krain wracają
pierwsze ptaki.

Wystarczy kilka kropel, aby przecięły się okręgi; wymyślone
od nowa – brzezień i pajęcznik. Niech przecieka dach pokryty
lustrzanym rozstępem, niech kołyszą się papierowe czółenka.
Tylko nie pytaj – sam opowiem wszystko, siedem razy utonę
przed najczulszą akwarystką.

Potem będziemy mogli nieostrożnie leżeć na suficie i słuchać
Pink Floydów – aż zapadnie się podłoga. Pod nią rude niebo
i koszmary przemycane w magicznej fasoli. Od dzisiaj rosną
w przeciwną stronę.

🙂


Wiersz Kolorowanki - Adam Wojtyła