Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz Połowa królestwa

Bajka na lewą nogę

Obudziłem się, lecz tylko w połowie. Próbowałem tłumaczyć to
świętem albo siódmą butelką, która wciąż kręciła się na podłodze.
I uwierzyłbym we wszystko, gdyby nie ociekające śliną słowa.

To były zbrodnie dziecinne, nawet zaczęto zbierać dowody
(nagość wobec ognia jest nagością zbiegów). Jeśli niebo płonie,
czerwienią potartego oka, należy uciekać. Dlatego czekałem.

Dlatego nie czekaj! Nie rozpuszczaj włosów. Z obcym złem
na końcu języka i goździkami zamiast oczu jestem kasztanowym
rycerzem – właścicielem czterech łatwopalnych kończyn
oraz zdrewniałego serca.

Zasnąłem, lecz tylko w połowie. Do dna przypaliła się wróżba:
rankiem, zamiast ręki królewny, przywita mnie smocza głowa.

______________________________________________

42 nieprzespane noce

To śmieszne, jak wiele łączy się w nas odległości.

Na początku mieszkanie w piwnicy, wzrok na wysokości ziemi;
zardzewiałe wszystkie zawory, nawet te od zimnej wody. Meble,
po których już tylko sentyment, meble własnej roboty. Posadzki
ze źle wylanym betonem i futryny, przy których dzieci paliły się
(bez butów, plecy proste) do wielkości, a schody rosły z każdym
krokiem. Dzisiaj wiemy, że do domu nie powinno się schodzić.

To smutne, jak wiele przecina się w nas odległości.

Choć przypominają one raczej drut kolczasty
ciągnięty od serca do najmniejszego
palca lewej stopy.

______________________________________________

Podrażnienia

Oczy pieką, chociaż mamy potop. Trzeba unosić się
gniewem, niech źrenica pożre całe oko. Śnić o lądzie
podwójnym: na lewej półkuli słonie, na prawej mamuty.
Ktoś krzyczy miłość! , a potem tonie. Nie było miejsca
w gospodzie, nie było też miejsca w szalupie. Strach

chodził po wodzie, więc aniołowie wyrwali mu nogi.

______________________________________________

Neverland

Wymiotuję białe listki i błyskawice. Podgrzewam
żarówkę w mikrofalówce. Światło złuszcza się z powiek –
z sufitu zstępuje gołąb-doręczyciel.

Choroba to nie pora na interpretacje anonimowych
zaproszeń. Koperty rozkleja się nad wrzątkiem, a nadawcę
stawia przy barierce – po złej stronie. Nie powinno się
ufać parze wodnej.

Odpadając, znaczek ląduje na mojej dłoni. Na horyzoncie
urosło zbocze. Nie ma tam ludzi. Tylko skrzynki
pocztowe.

______________________________________________

Mare Crisium

Wielka erekcja! Nemrod ścieli organiczne ołtarze
skrzydłami ptaków, a ogony stroszą się w dzikim spazmie.
To najstarsze święto! Obrzędy lepione morską pianą
i ruszty, na których bestie z żółtymi oczami. Tańczą

wzdłuż planety bezludnej; zeszytych garbarskim zwyczajem
skalpów. Poniżej atmosfera przechyla się w newralgię:
ciemne palce astronomów przybiegają znów na wojnę –
zakreślać orbitę lunatyczną, której nic nie domknie.

Słabość ani przesilenie – zaszczepione w kości włókno.
A przecież mieliśmy płynąć razem, w tym samym naczynku,
ku lądom niewynurzonym albo w senność nazbyt żmudną.

Choć usta pękają, a pieśń zwiastuje koniec absyntu –
nie jestem pijany. Rzygam tym, co pożarłem bezkarnie.
Ból jest krukiem, który pragnie odfrunąć przez otwartą ranę.

______________________________________________

Kożuch

Przecież to ciągle ta sama piaskownica, dziecinny cmentarzyk
kości, skarbów oraz zabawek. Tutaj wchodzi się jak do domu
spokojnej młodości: bez podejmowania decyzji, bez potrzeby
machania odwiedzającym. To wybór zastawiony śmietnikiem:
wyjedźmy, nie czekajmy! Niech samotność drąży nas bardziej;
w zaułkach ulic, gdzie od śmietników właśnie rozpoczyna się
ucieczka przed obyczajem. Zjedliśmy klamki, zjedliśmy piasek.

Zostawiamy plecy zjeżdżalniom, spijając marzenia jak zimne
kakao: osad na dnie prawie czarny, pianka u krawędzi – biała.

______________________________________________

Toxic lemonade

Wciąż skraca się podróż ze szkoły. Tylko psy idą naokoło,
najwolniej (oznaczając ilość koniecznych zabłądzeń). Nosimy buty
za duże o trzy numery, bo przecież stopa (ona rośnie jeszcze)
to nie łańcuch przy budzie (ten tylko dzwoni).

Tak dotykamy: opuszkami po szybie albo blizną wzdłuż dłoni;
czerwoną farbą pobudzając płoty. Tylko ciałem tęsknimy za czułym
poboczem: łóżko – łóżko, prześcieradło, odstęp. Piana kipi
wywietrznikami. Jest parno i pachnie cytryną.

Kwasek rozpuszcza kamień.

______________________________________________

Retrospekcje (Luna)

Dziś nasza wiara to sen przystankowy, który zaplątuje się
jak rude warkocze między wodorosty w głębi gnijącej wody.
Pisk opon. Wytchnienie jest kciukiem, który ssiemy
po dziecinnemu – niby słodki antybiotyk.

I dogania nas wszystko, w czym moczyły się drogi,
noce krótkie, ale szczodre – z ciepłym księżycem przy boku.
Już dobrze. Leżąc równolegle do zwątpień marzymy,
aby we śnie ktoś nas zabił albo wyłowił.

Na ścianie wydrapane imiona, pamiątki podróżnej fobii,
zawsze tak samo obce i jednorazowe. Modlitwa zakotwiona
w skroni, której nigdy nie rozpinam pionowo, tylko
na boki – jak skrzydła ćmy wzdłuż kory.

______________________________________________

Retrospekcje (Orzechowa królewna)

Rudej ćmie, złodziejce wstążek.

Rozciągniętą gumką spinasz je po raz pierwszy, oderwane od pościeli,
bez lustra, bez szczotki; strachy niegościnne pachnące sianem. Tutaj
schowano błyszczące widły i najszersze grabie, zwierzęta o sierści
elektrycznej, które zostawiają zagłębienia z resztką ciepła na dnie.

Trzeba tylko podejść jak najwyżej, na paluszkach wspiąć się
po drabinie: aż ku pajęczynom, ku zaciekom na suficie. I kłaść
wszystko odwrotnie, według zasad domiłosnych: w dolinę śnieg,
na szczyty lilie. To piruet wampiryczny, istotnie:

łyżwiarz rozbija butelkę wina. Rana płynie gładko i zarasta
lodem, krew klinując między dłonie. Blizna równikowa
biegnie dookoła i zamyka się w bolesny orzech.

______________________________________________

Smocza krew

Szczepię drzewko owocowe, dwie gałązki cięte z ukosa,
a króliki pod bandażami szarpią żyrandolem. Świeci
zbójecki odruch: wilcze mleko i trupia melodia.

Nauczył mnie ojciec jak obchodzić się z tym, co słodkie;
poprzez zły przykład, odwrotnie: pomiędzy nami rybki, woda
za oknem. Szyldy, pod którymi leżą bezdomni i psy jeszcze
wierniejsze od śmierci. Chodzę tędy na piętach, snem
twardym i niewyraźnym – jak zwykle na nowych
miejscach. Rozgwiazda pod językiem udaje
pająka; na smaku rozpinają się krople –
krew spuszczona ze smoka.

Nie przyjmuje się wiosna. Króliki kończą odczulanie:
dżungla i tropik pożarły ogród. Zamiast owoców
kokony pełne nieuleczalnych chorób.

______________________________________________

Zmartwychwstanka

Obgryzam powieki – nerwowe motyle już nigdy nie obudzą się
wilgotne. Pustynna kołyska pilnuje, aby nie uronić więcej wina.

W czasie suszy proszę o pamięć, w której na przemian: pije się
piasek, uspokaja ocean, a serce leniwie eksploduje czerwienią.

______________________________________________

Kunkum

Ze skrzydeł ściągają proszek i jak żarna rozcierają palcami
(obolała poczwarka zamienia się w lampion dla aptekarzy).
Zamiast światła płacz i zgrzytanie chitynowych pancerzy –
pręciki szafranu, które zapylane są przez jadowite insekty.

Lunatycy penetrują unerwione strefy, historia powtarza się
co wieczór – krwawiący sierp przyciąga dotyk. Z księżyca
wykluł się paznokieć – pasożyt z błyszczącym odwłokiem.

______________________________________________

Sen zimowy

Kto nas przenocuje, kto zaplecie nogi w warkocze (na końcu kokardka
odcinająca dopływ do kostek)? Żebyśmy nie musieli szukać pod ziemią;
żebyśmy nie umarli jutro, ale zmartwychwstawali wczoraj. Dlatego

dzisiaj zrezygnowała z nas wiosna. Lepimy bałwana z jednym okiem
nie zostawiając śladów wokół. Jak rybki – trzy pozłacane życzenia; brodawki
na ciele arktycznego basenu. Opuszczamy szczeliny cieknące miodem;
mamy tylko różaniec z wiśniowych pestek i kolorowe szkiełko –
na drogę.

Przed nami prowizoryczna idea: klamerkami spięte sufity, skóra. Dotyk
przypominający wnętrze kościoła (ktoś jęczy cicho, lampiony płoną
po bokach), wnętrze ścielonego sierścią worka. Coś się rodzi, coś
umiera: pękają przesilone wstążki, kapie rdzawa woda –
są święta.

______________________________________________

Retrospekcje (Stopa bogobojna)

Jesteśmy wdzięczni, że tak nas rozsadzono: wybrzuszone ściany,
spuchnięte okna. Leżymy więc pobożnie, wciśnięci plecami w dłoń
czarownika, a pomiędzy nami rezonuje niepewność – przedłużenie
kręgosłupa.

I pragnie nas zmiażdżyć już w przedpokoju, gdy nago wracamy
z kościoła. Zmniejsza się odległość podłogi od stropu, ale jeszcze można
się czołgać, jeszcze jest parapet (tam najbezpieczniej, chociaż nie można
się oprzeć). To sprzeczność przy pacierzu: naciągamy parę ciepłych
skarpet,

stopami modląc się do śniegu.

______________________________________________

Dzień wilka

Siedzimy w najmniejszym pokoju, którego beton pachnie
żywicą i pleśnią. Kołyszemy się lekko, już jutro wrośniemy
w jego zimny sześcian – snem nadłamanym i miodowym,
który nie rozpuszcza się, ale przegryza przez denko.

Na pożegnanie: żadnych skurczy, żadnych rozwarstwień,
szantaży szlifowanych specjalnie na te beznadziejne okazje,
które każą tęsknić i w myślach przeliczać czarne owce.

Kiedy łóżko niczego już nie uśmierza, lepiej uznać strach
za mięsożercę. Niech krew zabarwia mleko, niech kolczasty
drut obrasta wełną.

______________________________________________

Retrospekcje (Uroboros)

Zwęgla się dziecinna poszewka, za którą twarz tęskni jak płomień
za najniższym kręgiem piekła. Skrzydła wiwern wyginają horyzont
między snem a ciałem. I stygnie sarkofag, rana zakryta bandażem.

Jest piąta. Niech ta noc się w nas nie kończy, niech się żywi
własnym ogonem. Jakby chodziło o samotność odwzajemnioną –
wypaloną wstążkę, którą rozetrzeć można w dłoniach. Tacy jesteśmy
święci, gdy czarny kot spod koca przynosi pecha tylko wierzącym
w przesądy. W jego oczach nasze dwa życzenia, dotykalne
gwiazdki z przyziemnego nieba; organiczny gotyk.

Taki jestem święty, kiedy północ to ledwie symetria: krew,
co skrapla się na białych rzęsach i do środka łzawi
jako judaszowy wszechświat.

______________________________________________

Piksel

(cyrk)
Być może wymodlił nas akrobata (każda dłoń po równo: dwa naręcza
strachów) znad niezaścielonego miasta. Ciemność rozplątała swoje klisze;
na dnie spalonej żarówki wilgotnieją liście. Płyniemy! Znowu wybucha
niebieska fontanna. To już nie atrament – to najstarszy szampan!

(trucizna)
Nakłuwają nas strzykawkami, choroba chorobie podaje nowy dotyk;
bulwarem biegną nosorożce – zaczyna się! Obrasta tłuszczem wiosenna
powódź. Budujemy więc kościół dwuwyznaniowy: ktoś zasypia w ogniu,
komuś cieknie z brody. Naszą religię podtrzymuje smoczy kręgosłup.

(antybiotyk)
Ach, nie jesteśmy małymi dziećmi! Dlatego musimy potajemnie:
rozbijać skarbonkę, pożerać biedronki. I nie wyrosną nam skrzydła,
nawet gdybyśmy nauczyli się czule rozchylać plecy. Ostatecznie, serce
zamieszkują chrząszcze, które zamiast kropek posiadają kolce.

______________________________________________

Wonderland

Nie mówmy dzisiaj o nocy; że potrafimy lepić miękkie księżyce,
które zawsze trafiają w jakąś brudną szybę. I chociaż nic się tutaj
nie spełnia, nie rodzi, nie uchyla okien – to wyprzedza nas życie.

* * *

Nie mówmy dzisiaj o końcu świata, chociaż jesteśmy śmiertelni,
śmiertelnie cierpliwi. I tysiąc razy bardziej niepewni od śniegu –
pod śniegiem śpimy jako dwa płomienie: zwinięte w kłębek lisy.

* * *

Nie mówmy o sercu – to worek pokryty pleśnią. Pełen gwiazdek
fałszywych, które oderwały się od życzeń i szepczą: zbyt daleko
wyciągaliście dłonie. Palce marzycieli zawsze pachną popiołem.

______________________________________________

Awizo

Dwa cienie w ciszy parzą herbatę – łyżeczka soku
płoszy wszystkie ptaki. Rajski ogród zatrzaśnięto
w urnie, pierwszy anioł wyrzeźbił białą piszczałkę.

Przecież sen miał być tylko postojem, przyjemnym
parkingiem, na którym zostawia się miłość, a serce
ściąga węzłami, żeby nie zapominać. Na wypadek

dezercji śmierć kaligrafuje nasze grzechy kursywą.

______________________________________________

Retrospekcje (Kiełki)

Ptaki ptaków, ręce dłoni, słonie
na plecach niosą zielone domy.

Północ.
Tarcza trzeszczy cicho, wskazówki boleśnie łączy sekundowa
miłość. Zaciek pełznie po suficie, potem zapalają się oczy. Czas,
choć nie ma w sobie namiastki wilgoci, lubi płynąć w górę,
w stronę ciasnej aureoli.

Tak nie zestarzejemy się, na pewno. Kiedy kołyska to spalona
żarówka, a płuca rozpycha napięcie parasola. Tu potrzeba głodu
oraz powodzi – wtedy wrośniemy w siebie jako dwa nasiona.

______________________________________________

Savoir-vivre

Porcelana lubi być trącana przez słonie.

Narodzeni w dłoniach zamkniętych w orzech. Spływamy
po brodzie, po łokciach, po serwetkach w kolorze przedwiośnia.
Niby modlitwa, której nie wylewa się za kołnierz, z wnętrza
głodu albo zza zasłony.

Po talerzu ścigają się dwa ziarnka pieprzu, dwie kruche
planety – czy można zapomnieć o swoim wschodzie? Pośpiech
to gość nieproszony. Oblizuje usta (niewidzialne ostrze)
zawsze z niewłaściwej strony.

______________________________________________

Piąty szczegół

Zimne dłonie to kryjówka chrabąszczy – próbują zapleść
warkocze, ale nie znają żadnej melodii. Bezdomny grajek
sprzedaje wróżby: burzę, pożar, samobójstwo. I wszystko
przycicha, dlatego należy odróżnić – serce oraz zaciśnięte
pięści.

______________________________________________

Archeo

Jesteśmy stworzenia zimowe. Wyklute na północ od szczęśliwych
zakończeń, gdzie ciągle dymi morał, a wilgoć przykrywa skronie.
Im bliżej policzka mieszkają choroby – tym chętniej pielgrzymują
w nie słowa; ciężar w końcu zmienia się w obowiązek. Próchnieje

stolik z jedną szufladą, który miał być tajemnym lądem – boleśnie
odpryskującą farbą. Lecz nie ma pięknej melodii i białego ogrodu,
tylko blizny – rzemienie wyciągnięte z wody – wpełzające w krew,
aby ożyć wewnątrz głowy.

Już gdzieś nas znaleźli – jako istoty wymarłe albo nawet zmyślone,
rozwiesili lampiony, a teraz wylizują nektar z kwitnących paproci.
Jutro uciekniemy, na pewno. Choćby po dnie oceanu – na przekór
soli. Wciąż nas nie ma, jednak już się zaczęliśmy. Żywica cieknie
spod skamieniałej powieki.

______________________________________________

Ikarium

Myśleliśmy, że jednak powitają nas skrzydłami;
wyśniliśmy wszystko: łódkę na oceanie, latawce
uniesione ponad zasypane piaskiem stawy. Ale.

Ale uciszono nas jeszcze w trakcie, bezsensowne
ziarenka soli, garść tego, co nie potrzebuje wiary;
przebiegle ukołysano – pokryte szronem kolory.

______________________________________________

Diabelstwo z maszyny

płomień zapragnął zdradzić drewno

W rozbitym lusterku kurczą się potwory wróżące nieszczęście;
ja jestem figurą z wosku, a ty we mnie – knot budzący ciepło.

Nocny autobus uczynił nas senną publicznością, chociaż serce
(uchwyt, do którego mamy dorosnąć) lubi zakręty rozplatające
warkocze. Czy jednak ostatni przystanek oderwie nasz policzek
od okna? Czy zdołamy wyprostować się po ukłonie? Niestety,

trema to spektakl, który turlamy w górę sceny. Tam kończy się
miłość – przysznurowana za nogi do dębowej deski. Jej skóra to
najbledszy fornir. Wewnątrz trwa rebelia czerwonych robotnic.

______________________________________________

Wszystkie dmuchawce świata

Kanikuła zaplata nas chytrze pomiędzy węzełki makramy,
między te nerwowe chwile, kiedy smutek staje się źródłem
halucynacji.

Choć jest to kwadrans szczęśliwy, lepiej zgaśmy światło,
cofnijmy taśmę, doprowadźmy do końca ten nieuleczalny
przypadek. Przecież możemy błogosławić nadłamanym
skrzydłem albo mieszkać w przydrożnej latarni.

Nasza samotność jest pełna przesady – to ciało olbrzyma,
na którym sentyment zakwitnął siniakiem. Już tylko wiatr
mógłby postawić w tym miejscu kropkę i uzdrowić bajkę.

______________________________________________

Siniaki

Na oknie poranek skręcony w muszlę ślimaka. Już pełznie!
Szuka swojej tremy, pośpiechu; chrząkającej publiczności –
ślimaczego miasta.
Nuda. Palimy papierosy za wszystkich
nieobecnych. Chociaż nikt nie czuje się usprawiedliwiony,
każda piżama jest gorąca snami, które jedynie dla śniącego
nie są koszmarnym obowiązkiem, projekcją pustej ściany.

Urżnęliśmy się, do cholery! To dlatego tłumaczymy sobie
języki szczurze, każdy osobno rozginając między wdechy:
czułość i stolarskie bicze. Ty wyprostuj włosy – ja motyle
przybiję do pachnących świec.
Zderzyły się dymiące kule;
znowu cieknie czerwień i błękit. Tak przetapiamy nasz lęk.

______________________________________________

Laleczka

Ach, przyrodzone sieroctwo, które w obronę wziął rząd barbarzyńców,
to była twoja kołyska, pierwsza bezlitosna maszyna, pierwsze delirium.
Uwielbiałaś, kiedy plemienne trybady nacierały ci skronie koszmarami
męczenników. Mogłaś wtedy nastroić serce według własnego pomysłu:
wzdłuż krawędzi, językiem, albo przez zanurzanie w runiczne tortury.

Twoje imię, pamiętam, miało w sobie coś z mleka, a nawet z okrzyku.
Choć nikt cię od dawna nie pije – nie rozgrzesza językiem – wystygły
oczy i wypełniły się dymem. Nie płacz – szaman zaraz wyciągnie igłę.

Nie płacz – tutaj wszystkie dziurki od kluczy zaciągają się kadzidłem.

______________________________________________

Napięcie powierzchniowe

Pamiętasz park, który odwiedzaliśmy nocą przez dziurawe płoty? Znaleziony
na ławce parasol: sprężynki i druty napinające wilgotną wiarę, że kiedy umiera
śniący człowiek, jego sen nie unosi się, ale zamienia w strach przed lataniem?

* * *

Chociaż nie potrafimy upadać tym pluszowym ciałem, to jednak chcielibyśmy
skoczyć z dekoracją okręconą wokół szyi. I odnaleźć szczęście – trzyramienną
gwiazdę, która zatamuje krew cieknącą po dziecinnej ranie. Tylko przez moment
możemy być prawdziwi, jako jedno z najpiękniejszych zniszczeń krzepnąć

bez publiki; poprzez kolejne odcienie twardości: papier, nożyczki, kamień,
pod którym kochają się nasze potwory. Na początku ciało, potem kości, uśmiech
wyginany przez słońce – wszystko to wiozą kredowe pociągi.

Zostaje parapet oraz gołębie z oderwanymi głowami; wciąż nie wiadomo,
po której stronie szyby. Chociaż tu nie umrzemy, na pewno, to musi ścierać się
nasz kolor – skrzydła malowanych na asfalcie motyli.


Wiersz Połowa królestwa - Adam Wojtyła