Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz ZALOTY

Nędzarz bez nóg, do wózka na żmudne rozpędy

Przytwierdzony, jak zielsko do ruchomej grzędy,

Zgroza bladych przechodniów i ulic zakała,

Obsługując starannie brzemię swego ciała,

Kręci korbę, jak gdyby na lirze w czas słoty

Wygrywał swoje skoczne ku niebu turkoty –

I nad brzegiem urwistym tęczowych rynsztoków

Toczy się wraz z odbiciem zmydlonych obłoków,

Toczy się bałamutnie do dziewki z podwórza,

Do przystani stóp bosych – i ducha wynurza

Z łachmanów i wyciąga paździory swych dłoni

Ku jej zębom śnieżystym i tak mówi do niej

„Kocham strzęp twojej błotem zbryzganej spódnicy,

Kocham głośny twój oddech! Na całej ulicy

Ty jedynie mym ustom bywasz tak potrzebna!

Wiem, że moja tęsknota, niby szkapa źrebna,

Wlekąc mię, wyda na świat płód nowych udręczeń.

W tym mój tryumf, że jestem niestrudzony klęczeń

Twej krasy! Kochajże mnie! Nuże do pieszczoty!

Potwór błaga cię o nią! Przyjm moje zaloty!

Wnijdź naga i bezwstydna w mej nędzy bezdomność

I tak pieść, by wargami pożreć mą ułomność! „

Ona mu się broni,

A on mówi do niej

„Wszak musi ktoś pokochać to, co już się stało?

I ten wózek męczeński i korbę zbolałą,

I żądzę w resztkach cielska, jak w zgliszczach, poczętą,

I ten ochłap człowieka, co chce być przynętą!

Odsłoń czar w mej brzydocie! Znijdź z wyżyn do karła!

Bądź posłuszna mym dłoniom, jak ślepa lub zmarła!

Zdołam być nieodparty, jako grzech i zguba,

I potrafię wysiłkiem zmyślnego kadłuba

Zdobyć się na pieszczoty słodkie, jak czereśnie,

Których dotąd nikt nigdy nie oglądał we śnie!”

Ona mu się broni,

A on mówi do niej

„Małoż ci pół człowieka, by stał się twym skarbem?

Chcę być drogą ci raną, wiernym tobie garbem!

Czyż próżni, którą nóg mych nieobecność tworzy,

Nie zapełni ból, miłość ni jęk mych bezdroży?

Śmiech mię bierze! O, gdybym ziemię nieobjętą

Mlógł uderzyć raz w życiu zdrową, silną piętą

I widzieć, jak zdeptana pod stopą wygląda!

Spieszno mi w nieskończoność! Wiem, że mnie pożąda

I bez wstrętu spożyje me łachy i żale.

Są gdzieś dłonie mi chętne i usta – korale,

Co od głów się przesuną w pieszczocie ochoczej

Aż do stóp, których nie ma! Niech wóz się potoczy

Na przełaj – tam, gdzie właśnie ode mnie z daleka

Ktokolwiek, zwierz lub robak, na mą miłość czeka”

Ona mu się broni,

A on w zaświat stroni,

Ona go swoim czarem do bólu zachęca,

A on patrzy, nie patrząc, i korbę pokręca

I odjeżdża – odjeżdża – gdziekolwiek – pośpiesznie,

Ffurkocząc i furkocząc niezgrabnie i śmiesznie,

Odjeżdża, kalekując, w poszukiwań znoje,

W kraje przygód miłosnych, w wieczne niepokoje.


Wiersz ZALOTY - Bolesław Leśmian
 »