Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz Pożegnanie

Czekała na Boga. Już nie była dzieciom potrzebna. Zawadzała tylko.
Czuła się też nie najlepiej. Czas najwyższy umierać – mówiła do siebie. A
co, jak mnie rozłoży, albo jak zacznę błądzić? Kto będzie miał czas się
mną zająć? Nie chcę być nikomu kłodą u nogi.

W lustrze coraz słabiej rozpoznawała patrzącą na nią kobietę.
Pomarszczoną i siwą. Uklękła przy łóżku, nad którym wisiał obraz Świętej
Panienki. Uklękła i poprosiła Boga żeby pozwolił jej umrzeć.

II

Ubrała najładniejszą suknię, w czerwone kwiaty. A co. Niech wiedzą, że
była elegancka. Długie, śnieżne włosy upięła w kok. Na policzkach roztarła
szminkę. Ostatnio była blada. Założyła „nowiusieńkie” pończochy
i „nowiuśkie” buty. Miała je założyć dopiero na odpust, ale okazja
ważniejsza. Nawet „wyparfimowała się” – to też jej słowo. Jak powita Boga,
to będzie wiedział, że ona nie byle kto.
Usiadła na łóżku. Zegar głośno odmierzał czas.
Wczoraj śnił jej się Anioł. Piękny, smukły – prawie jak panienka. I
wszystko dokoła było takie piękne – duże ogrody – i chabry i maki i róże.
Anioł nic nie mówił. Ona też nie mówiła. Nadziwić się nie mogła.
W zasadzie o niczym ważnym nie myślała. Może jedynie wspominała
Kaziula. Dobrze im było ze sobą. Podporę w nim miała. Poznali się na
tańcach w remizie. Stały z siostrą pod ścianą. Podszedł z kolegą. Nawet
przystojny był.
‚Zatańczą panie z nami?’
‚Nie. My nie tańczymy’
‚Nie tańczymy’ – potwierdziła Ira.
‚Ale może jednak?’ – odezwał się ten drugi.
‚Nie tańczymy z nieznajomymi’ – mówiła trzeźwiej.
‚Kaziul jestem. Kazimierz, znaczy się. Miło panie poznać.’
‚Zdzichu’ – dodał drugi.
Zatańczyły. Potem zapytał, czy może odprowadzić. A ona mieszkała przez
płot z remizą. A jednak odprowadzał przez trzy godziny. Spotkali się
jeszcze parę razy i dostał powołanie. Pisał. Po wojsku przyjechał i poprosił
o rękę. Zupełnie niespodziewanie.
‚Musimy się namyślić’ – powiedziała mama, jakby to o jej rękę chodziło.
Poszły do kuchni.
‚I co?’
‚Nie wiem.’
‚Podoba ci się?’
‚Podoba.’
‚Chcesz go?’
‚Bo ja wiem? Chyba chcę.’
‚Głupia jesteś. Wiesz kto on? Z Polski przyjechał. Znasz jego rodzinę?!’
‚A co rodzina?’
‚Oj, głupia. Jeszcze będziesz płakać’ – krakała mama.
Nie płakała, bo z Kaziula był chłop jak się patrzy. Wszystkie baby jej go
zazdrościły. I do tańca i do różańca. A za pracą przepadał. Tylko żył
krótko. Piorun w niego strzelił. I tyle jej po chłopie.

Ktoś zapukał do drzwi. Otworzyła.
‚Pożycz pół szklanki oleju. Sklep zamknięty’ – mówiła Wodzikowska
trzymając w ręku szklankę.
Poszła do kuchni, Wodzikowska za nią. Opowiadała o Jędrzejczakowej, co
to niby dała na zapowiedzi.
‚W tym wieku! Jeszcze jej chłopy w głowie. Jestem od niej dziesięć lat
młodsza i za dziadami się nie oglądam, a ona lata za nimi z
wywieszonym językiem. Wstydu nie ma!’ – oburzała się Wodzikowska.
Co to ją obchodziło? Przecież czekała na Boga. Dopiero teraz
Wodzikowska zauważyła odświętne ubranie.
‚Jedziesz gdzie?’
‚Czekam.’
‚Marysia przyjeżdża?’
‚Nie. Na Boga czekam.’
Wodzikowska nie zrozumiała. Obraziła się. Wyszła nie zabierając oleju.
Wychodząc mówiła jeszcze, do siebie.

Usiadła na łóżku. Ręce położyła na kolanach. Patrzyła na czas, który
płynął za oknem. Bo właśnie zmierzchało.

III

Obudziła ją burza. Pomyślała: „To pewnie Bóg”. Nawet nie wyjrzała za
okno. Spojrzała w lustro. Włosy potargane. Sukienka pognieciona. Tak
przecież nie może witać Boga. Upięła włosy. Uprasowała sukienkę w
czerwone kwiaty. Przygotowana usiadła na łóżku. Położyła ręce na
kolanach. Burza szalała. Zdziwiła się, że zegar tak cicho bije. Pewnie Bóg
tłumi czas. Spojrzała na ciemne szyby i dopiero wtedy się zerwała. Boże!
Kurnik zamknięty! Matko Bosko! Kury! Narzuciła płaszcz i wybiegła.
Kury tuliły się do siebie.
‚Moje biedactwa. Cip, cip, cip. Paniusia nie da zginąć.’
Rzuciła im trochę ziarna. Zamknęła drzwi. Długo męczyła się z kłódką, bo
klucz nie chciał wejść. Strugi deszczu spływały jej po plecach, aż na
pośladki. Gdzieś we wsi trzasnął piorun.

Rozebrała się. Założyła ciepły sweter, prezent od Marysi. Sukienkę
powiesiła na sznurku, przy piecu. Nie było mowy o umieraniu,
przynajmniej teraz.
Uklękła wpatrzona w Najświętszą Panienkę. Prosiła Boga żeby poczekał,
do jutra – aż wyschnie sukienka w czerwone kwiaty.

IV

Otwierała kurnik i skarciła się zaraz, że nie pomyślała, co się stanie z
kurkami.

V

W niedzielę ósmowym pekaesem przyjechała Ania.
Choć siedziała w oknie i wypatrywała kto idzie ze wsi, nie myślała o
gościach. A tu taka radość. Od Gwiazdki Ani nie widziała.
To dobre dziecko. Maturę w tym roku pisała. Chciała iść za doktórkę.
Najzdolniejsza z całej klasy.
Zrobiła kawę. Pogadały trochę – ale coś było z Anią nie tak. Była
zamknięta. W końcu powiedziała, że jest w ciąży.
Serce waliło coraz szybciej. Pierwszy prawnuk idzie na świat – może w
Kaziula się wrodzi.

Sierpień 1997


Wiersz Pożegnanie - Grzela Remigiusz