Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz Pożegnanie

I z miłości, i z pieśni świat się naigrawa,

Burzę, co w głębi serca żywot nam pustoszy,

Zowią oczarowaniem sławy i rozkoszy;

O! cierniowa to rozkosz! opłakana sława!

B. Z.

Żegnam was, o lube ściany,

Skąd, dziecinne strzegąc łoże,

Chrystus Pan ukrzyżowany

Promieniami witał zorze.

A i dzisiaj, choć dokoła

Pasożytne pną się zioła,

Z ziół i pustek krzyż brązowy

Błogosławi mi na drogę.

Ostatni to sprzęt domowy,

Który jeszcze żegnać mogę –

Sprzęt domowy – i grobowy.

Żegnam także i was, szyby –

Tęczowymi lśniące blaski;

Do rodzinnej wy siedziby

Tak potrzebne jak obrazki,

I tak święte jak szkaplerze.

Przez was pierwszy raz ujrzałem

Wieś i niebo – przez was wierzę,

I tak wierzę, jak widziałem…

Wieś i niebo – dwa pojęcia,

Które ranny brzask umila,

Były dla mnie, dla dziecięcia,

Jak dwa skrzydła dla motyla.

Wsią i niebem żyłem cały,

O nich skrzydła mi szumiały,

A kłos złoty biorąc z ziemi,

I kłos słońca, promień złoty,

Wierzchołkami złączonemi

W tajemnicze wiłem sploty;

I bujałem nieujęty,

I bujałbym tak na wieki,

Lecz łza w swoje dyjamenty

Zakowała mi powieki,

I strąciła w przepaść nocy.

A ciążyły te okowy,

I ciążył mi chleb sierocy,

Przełzawiony, piołunowy,

Chleb sierocy, smutna dola,

Opuszczony dom i rola — —

Potem Sfinks N a u k ą zwany,

Roztoczywszy obszar skrzydeł

Hieroglifem zapisany,

Do zgubniejszych gnał mię sideł –

A patrzyłem w skrzydła jego,

Jako w zwój pergaminowy:

Jak w rozwartą księgę złego,

Tajemnymi litą słowy– —

I dojrzałem słów ubóstwo

Wśród czarnego głosek stada,

Co jak wielkie kawek mnóstwo

Boju myśli plac osiada,

I odleci, a zostanie

Blada kość i piasek blady,

Smutne grzechu panowanie,

Marna rzecz i marne ślady –

Potem jeszcze świat wesoły,

Bo wesołym się być mniema,

I ci ludzie pół-anioły,

Gdy aniołów całych nie ma –

Potem jeszcze miłość czysta,

Umarłego cień rycerstwa,

Za-urocza i za-mglista,

By w nią wierzyć – bez szyderstwa –

Potem jeszcze przyjaciele,

Litościwi i oszczerce,

Co na złe lub dobre cele

Odważają się mieć serce:

Ci i tamci równie biedni,

Tym nad zwykłą stojąc rzeszą,

Że gdy znudzi świat powszedni,

Dokuczają albo cieszą,

A to w snach przed-południowych

Miło widzieć, w snach młodości,

Że bez celów rachunkowych

Użyczają chociaż złości –

Biedni ludzie! niech im cnota

Rozpromieni noc żywota…

Cóż więc jeszcze dodać mogę,

Bym zapłakał, idąc dalej? –

Spojrzę oto na podłogę:

Kędym pełzał, pełza S z a l e j;

Kędym dumał, kwiat pamięci

Lazurowym błyska okiem,

Jak ci młodzi wniebo-wzięci,

Migający za obłokiem;

I krzyż tylko zardzewiały

Na wezgłowiu mchów zielonych,

I te szczątki, co zostały

Z szyb tęczowo-przepalonych;

I ta myśl, i te wspomnienia,

I weselszych przeczuć tysiąc,

Zwitych w tęczę odrodzenia,

Którą Twórca raczył przysiąc,

I zaklinał się na Siebie,

Że znów góry wyjrzą z głębi:

A obłoki stały w Niebie,

Jak trwożliwy rój gołębi –

I świat cały się odradzał,

I znów słońce wyszło z chmury,

I znów księżyc się przechadzał,

Łabędziowy, jasno-pióry — —

Gdy zaś, wedle słów Jehowy,

Siedmiobarwna Niebios wstęga,

Jako świt popotopowy,

Dotrzymuje, co przysięga,

Może również – kto wie – może

I ta moich przeczuć tęcza,

Wysnowana w imię Boże,

Uskuteczni, co zaręcza –

Może – tak; lecz jeśli burza,

Nim się jasne barwy sprzędą,

Wszystkie Nieba pozachmurza,

Które tylko są i będą –

Jeśli nawet Sfinks nauki

Marnym się okaże płazem,

Mamże, w szare strącon bruki,

Dla spokoju zostać głazem?

Mamże, ojców tłocząc kości,

Wołać głosem znikczemnienia:

,,Witaj mi, obojętności,

Ideale doświadczenia!”

Nie – choć piorun po piorunie

Gorejące wstęgi wije,

Ja w spienionych wałów runie

Zakrwawioną pierś obmyję.

Pierś obmyję, lub rozbiję! –

Nim zaś z czuciem Haroldowem

Cisnę się w to groźne morze,

Przeżegnajcież starym słowem:

,,Szczęść ci, Boże!…”


Wiersz Pożegnanie - Cyprian Kamil Norwid