Wiersz Nokturn na św. Łucję, najkrótszy dzień roku

Jest oto północ roku i północ dnia świętej
Łucji, o twarzy ledwie siedm godzin widocznej;
Słońce już zgasło, na kopule mrocznej Iskrzą się tylko gwiazd zimne diamenty. Sok życiodajny, co obficie Przepajał ziemię wiosną – dziś, w zimy zenicie,
Znikł; jak wyschnięta mumia skurczyło się życie;
A jednak ziemia zda się radością skrzydlata
Przy mnie, co jestem dzisiaj epitafium świata.

Wczytujcie się więc we mnie, przyszli kochankowie
W porze najbliższej wiosny, w owym przyszłym świecie:
Nową alchemię miłości znajdziecie We mnie, wszelakiej martwoty osnowie. Miłość to, której sztuka żywa Kwintesencję z nicości nawet wydobywa,
Przez niedostatku, braku i pustki ogniwa
Przywiodła mnie w ruinę, i dziś mnie przemienia
W esencję próżni, mroku, śmierci, nieistnienia.

Inni czerpią ze świata całe dobro swoje,
Życie, duszę myśl, formę – to, co byt pomnaża;
Mnie zaś alembik miłości przetwarza W nicości wszelkiej mogiłę. We dwoje Nieraz płakaliśmy i łzami Zatapiali świat, którym byliśmy my sami;
Myśl, czym innym zajęta, czyniła czasami
Dwa chaosy z nas dwojga; nieraz nam zabrała
Rozłąka dusze, puste zostawiając ciała.

Lecz ja, skutkiem jej śmierci (skrzywdzi ją, co powiem),
Stałem się eliksirem pierwotnej nicości:
Już nie człowiekiem, bo ten tożsamości Swojej jest pewien; nie zwierzęciem, bowiem Zwierzę wszak jakiś cel by miało I środki jakieś; nawet rośliną czy skałą
Nie jestem, bo i one czują; każde ciało
Ma własność jakąś: gdybym był czymś na kształt cienia,
I on przecie wymaga ciała i promienia.

Jestem więc niczym; już nie wróci moje słońce.
Kochankowie, dla których Słońce pospolite
Dziś Koziorożca osiąga orbitę I wkrótce wróci wam żądze gorące, Cieszcie się latem, jak umiecie; Skoro ona się cieszy, na tamtym już świecie,
Świętem swej długiej nocy, nie myślę o lecie:
Czekam w tę jej wigilię, czuwam w gęstym mroku
Chwili, co jest północą tak dnia, jak i roku. Przełożył
Stanisław Barańczak

Wiersz Nokturn na św. Łucję, najkrótszy dzień roku