Wiersz Goryczki

Goryczki – szafirowe kwiaty w dolinie –

Wasz uśmiech świeci w oczy – zatapiam w nim oczy –

Wasz uśmiech czarnoksięski – gdy niebem się toczy

Zwał chmur jesiennych, wszystko w mroku ciężkim

Ginie.

Walą się na świat skały, przygniecione chmurą,

Wielkie kopice śnieżne, gdzie wiatr z szumem leci –

Wasz uśmiech czarnoksięski na zieleni świeci,

Zanim mrok ją zasępi, śnieg zasypie.

Którą

Spoglądam naokoło stroną, wszędy ciemno –

I oczy moje lecą do tych kwiatków w dole

Szafirowych, co z jasną pogodą na czole,

Z trwałą jasnością świecą –

Zginą przecie!…

Ze mną.

Kieliszek ich przeczysty, śniegi brudne, słotne,

Zaćmi je mrok kurniawy, śladu z nich nie będzie –

Świecą przecie tak jasne listeczków krawędzie

Rzeźbą jakby kryształem i wonie swe lotne

Wysyłają ku niebu…Czemuż by nie w niebo?

Może w ten blask ostatni w mgławicach błękitu – –

Nic woni nie zatrzyma – może do zenitu

Lecieć, lecieć i lecieć…..

Wewnętrzną potrzebą

Myśli mojej przykuty do tych kwiatków stoję –

Zdumiony jestem – – wiem to, że one rość muszą,

Że są bytem – – lecz one błyszczą taką duszą,

Któa wali, jak młotem, w tajemnic podwoje!

Razem z blaskiem tych kwiatów podźwigam te młoty

I biję w brąz wrzeciądzów, aż z nich echo ryczy – –

Co się dzieje z tym blaskiem wśród śniegów, wśród

Dziczy,

Jaki cel ma ta jasność?!…

Ale promień złoty

Z tych kwiatów na me oczy jakoby upada,

Promień podobny temu, co z montrancji błyska.

Nie patrz tam, kędy chmur się kłębią rojowiska,

Patrz na nas – szafirowy, każdy z nas upada!

Nie ma takiego śniegu, który mógłby naszą

Dumną, cudowną barwę spłukać albo zmienić;

Może nas zdusić w ziemi, może nas wyplenić,

Lecz żadne moce blasków naszych nie przygaszą!

Będziemy tam pod śniegiem, zmięte, zawalone,

Do ostatka żywota świeciły tak samo – –

Nasz cel jest, aby żadną nie zmazać się plamą – –

Zginiem – – rosłyśmy sobie – – światłu poświęcone.

Wiersz Goryczki