Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz Psalmy Przyszłości: Psalm Żalu

Psalm następny z następnego powodu: Przeciw trzem poprzedzającym, a szczególniej trzeciemu, zaraz po ich ukazaniu się, zatem na niemały czas jeszcze przed bezbożnej pamięci miesiącem lutym 1846 r.- napisano pieśń w podobnym ich kształtowi kształcie. – Ta pieśń w rękopiśmie, jedna z przedziwności języka polskiego, brzmiąca cudownymi dźwięki, a głębokiego mistycyzmu piętnem naznaczona, wyobrazicielką niektórych dążności i myśli, krążących po widnokręgach umysłowych Epoki naszej. – Jeden ją wybrzmiał z piersi swych – ale po wielu piersiach drzemią zawarte w niej tchnienia. – Nie sposób jej tu w całości wydać, bo imię wieszcza, który ją wyśpiewał, i wola jego o niej – nie znanymi. Pokrótce więc tylko treść w niej leżących zarzutów i pomysłów się opisze. – Teć albowiem nie tylko są jednego wyłączną, rzeczywistą, ale zarazem pewnej liczby drugich wspólną, idealną własnością. – Kształtu się nie przywodzi – ideę tylko się podaje!

Pieśń owa w uroczych a ironijnych strofach zaczyna od zarzucania Psalmowi Miłości przeczuć zupełnie fałszywych i bojaźni niczym nie usprawiedliwionej przed pewnymi, wypaść mogącymi klęskami – i zapowiada absolutnym twierdzeniem, że nigdy nic podobnego na ziemi polskiej się nie zdarzy. – Dalej, szydząc, utrzymuje, że chyba upiory snuły się wieczorem po drodze zadumanego szlachcica i plemion dawno zmarłych po księżycu mgliły się kurhany – lub też nad zasypiającymi oczyma poblysk padł od czerwonych kotary firanek – stąd krwi widzenie, stąd strach złowieszczy, bo „Ktoż, gdzie i kiedy nożem zagroził lub stanął ci sporem?” – Próżne mary – wcale ni mord, ni rzeź – ale z wieńca kwietnianego nadpowietrznych duchów obrywające się postaci, przelatujące w przestrzeniach -„A ty zląkł się, syn szlachecki„.

Po takowym wstępie pieśń przechodzi do ocenienia stanowiska całej szlachty polskiej – przyznając, że jej niegdyś było ze sto tysięcy, ma ją teraz za zupełnie już nie istniejącą i oświadcza, że wcale i nigdzie „Jej nie ma” – że w głębiach czasu gotuje się wichrowy płomień, co, wybuchnąwszy, zgasi i zdmuchnie jak świecę wszelkiego szlachty onej przypomniciela. – Przyjdą światła jakieś Boże, widzialne, śród burz apokaliptycznych pałające – i rzucą się na lud, i popchną go – a stąd cudowne powstaną strachy i przerażenia, żywe jakoby Śmierci, przechadzające się po ziemi – a w nich i z nimi będzie Duch!

Słaby, mówisz, rzeź wybiera; a czy wiesz, co on, ten Duch, wybierze?” – Po tym zapytaniu pieśń, Jehowicznym wzbierając natchnieniem – głosi, że zapewnię Duch on młody wybierze za środek wcielenia się swego – ludów zatracenie – z wichrów, komet i płomieni okropne odmęty, w których króle drżą, matki ronią, ziemia się rozpada i gruzy po gruzach tylko chłonie – aż onych zwalisk wszystkich korzysta Duch – którego definicja, że jest „Wiecznym rewolucjonistą„.

Nad tak w pył i popiół rozsypanym światem nowa zorza unosi się w górze – a pod jej blaskami, w jakichciś smętnych przestworach zatracenia, jęczy przeszłość historyczna kraju. – Nieskończone westchnienie słychać z tej otchłani ojczystych dziejów; ale ponad nią wszechwładny Duch „Uciska, mroczy i błyska„, aż stopniowymi uciski uzupełni nowego Boga i wiek absolutnie nowy.

Po takich przejściach kończy pieśń modlitwa gorąca i uroczystą o rychłe ziszczenie się dopiero co wyżej przytoczonych obrazów, z najmisterniejszą sztuką odmalowanych!

Na takiej treści wieszczby – odpowiedzią następny Psalm.

I

Więc strach, mówisz, mówił ze mnie,

Gdym przeczuwał, że się w Ciemnie

Zasuwamy, a nie w Zorzę –

I że Lud się zhańbi może!

Prawdę mówisz – pewnym męstwem

Ja się nigdy nie pochlubię –

Ja przed bliźnich drżę męczeństwem –

W otchłań spychać – ja nie lubię –

Gdzie brud ujrzę – wnet mi serce

Jakaś bojaźń chwyta Boża –

Braćmi nie są mi morderce –

Szablę kocham – wstyd mi noża!

Jakbym zląkł się – na stolicy

Z gwiazd i tęcz Bogarodzicy,

Widnej w widzeń błyskawicy,

A mówiącej sprośne słowa –

– Sam by zląkł się i Jehowa! –

Tak się lękam i truchleję,

Kiedy w polskie spaść ma dzieje

Mord i srom!…

Lepszy grom!

Zmartwychwstaje się spod gromu –

Nie zmartwychwstaje spod sromu!

Tyś odważny – ja się boję

Kazirodczych ran!

Bojaźń moją – męstwo twoje

Niech osądzi Pan!

*

Więc gdy padać miały trupy

Twych nieszczęsnych braci –

Gdy z nich mieli zdzierać łupy

Chłopi – Żydzi – kaci –

Kiedy ziarno, siane w śmieci

Od wersalskich dzieci,

Zdradą miało zejść niemiecką –

Więc i ty, jak dziecko,

W bańce własnych siedząc marzeń,

Nie przeczułeś zdarzeń?

Nie wcieliłeś się w to ciało,

Co tak cierpieć miało!

Ach! nie wziąłeś ran – przed ciosem –

W pierś twą magnetycznie –

Aleś jednym wciąż piał głosem

Tylko fantastycznie!

Wzrokeś wlepił w twe niebiosa –

Ukraińska kosa

Na nich Krzyżem wybawienia –

Wkoło błyskawice –

Z światła cepy i kłonice –

I wichry z płomienia!

A w otchłaniach, gdzieści w dole,

Z przekleństwem na czole

Polska Szlachta, polskie Pany –

Czyściec z świata zwiany,

Jak smętne bałwany,

Czarne fale – siwe piany,

W burzliwą noc! –

Tam Zborowskich ścięte głowy,

Topór i kloc! –

Płacz bez końca – zgrzyt echowy

Miłość – chwała –

Przeszłość cała,

Rozdeptana przez wiek nowy!

*

O mój wieszczu, stój!

Oto jutro rano

Na powstański bój

Polskie Pany wstaną!

Szlachta – której nié ma –

Bohatyrściej niźli kiedy

Wyzwie Trój-Olbrzyma!

Lecz z twych niebios spadną wtedy

Twoje tajemnice –

Cepy i kłonice –

Twój, oj! spadnie cud!

I tych Polski namiestników

Za kilka srebrników

Twój rozsieka Lud!

I strun twoich granie

Zagłuszy wrzask mordu!

I nic nie zostanie

Z twojego akordu! –

*

Bodajbyś, wieszczu, był wieszczył prawdziwie!

Bodajbym, zdjęty przerażenia dreszczem,

Był kłamcą tylko – ty natchnionym wieszczem –

I plam nie było na ojczystej niwie!

Bodajby Polska nie rozdarta – cała –

Tak jak się czuła dniem przed rzezią jeszcze,

Pieśni twe, wieszczu, uwielbiała wieszcze,

A z moich marnych na gardło się śmiała! –

Bodajbym nawet – zapozwan przed sądem

Za potwarz moją na Lud nieskalany,

Co żadnej hańby nie owrzodział trądem,

Usłyszał wyrok: na śmierć lub kajdany!

I ty w tryumfie stał z harfą twą złotą –

Urągający – i pytał: „A co to?” –

I mnie prowadził aż do rusztowania

Śród przekleństw gminu – co tobie się kłania

I milionowym dziękuje poklaskiem,

Żeś odgadł światła wschód czysty – przed brzaskiem. –

Szlibyśmy oba – i szczęśliwsi oba –

Ty chwałą własną – ja Polski zbawieniem –

Bo i mnie, wieszczu, wciąż śni się ta doba –

Lecz wiem, że wściekłość – nie jest zduchownieniem –

Lecz wiem, że wszelka zwycięstwa godzina

Bić w sercu Boga nad światem zaczyna,

Nim tu narodom na świecie uderzy! –

Więc przed Nim stanąć narody wprzód muszą

Nie z rykiem zwierząt – lecz z anielską duszą –

Lud tylko święty – Królestwo odzierzy!

Przemień go – przemień w Króla i Kapłana –

Lecz zanim jeszcze nie przekrólewszczony,

Nie klękaj przed nim – nie kładź mu korony –

Lecz ufaj w szlachtę polską – i moc Pana! –

*

Ależ, wieszczu – boś ty wiary

Dni zaprzeszłych – tyś wieszcz stary!

Cóż o Duchu ci się śni?

Duch twój wiecznie grzmi w twej pieśni

Jak pogański Jowisz jaki –

Lub kataklizm śród natury,

Co świat chwyta na tortury –

To indyjskich bóstw oznaki!

Duchże twój – Inkwizytorem?

Lub wandalskich dni upiorem,

Co powtórzyć ma do joty

Historycznych kręgów zwroty

I z postępów wynieść tyła

Tylko tyle, co Atyla?

Duch twój tylkoż myślą czystą,

A nie życiem istnym, szczerem?

Tylko rewolucjonistą,

Tylko Robespierem?

Filozofią – a bez serca?

Kościotrupem – a bez skóry?

O! tyś ducha jest oszczerca –

Bo go nie znasz – tylko chmury,

Co go kryją, widzisz mgliste,

A nie światło jego czyste,

A nie kształty powietrzniane,

A me ruchy przefaliste –

Te ci dotąd są nie znane!

*

Ciało jest konserwatorem,

Dusza – wieczną buntownicą –

I do siebie stoją sporem –

Im pogody nie zaświécą –

Im nie ma pokoju –

Odkąd rajski wąż

Pchnął je do rozstroju,

Dusze z ciałmi nad otchłanią

Pasują się i ranią

Bratobójczo wciąż!

Ach! idee – i zwierzęta –

Anielice – i tygrysy!

I w tej walce bywa snadnie,

Że gdy ludzkie rysy

Idea pokładnie,

Wnet i w Bogu ta poczęta

Oszaleje!

I jej dzieje

Na tej ziemi

Szkaradnemi!

Potok krwi czerwony

Przez wszystkie Ojczyzny!

Gwałty i wścieklizny,

Upadki i zgony.

Wieńce kwitną dziś wawrzynem –

Jutro z nich ciernia korony –

Każden starzec-wiek strącony

Przez wiek drugi, co mu synem;

I ojcobójstwami

Ciągnie się i plami

Płynący Czas!

Któż zbawi nas?

Kto z żywiołów kłótni,

Z bitwy miejsc i lat

Harmonią wylutni,

Rytmu stworzy świat?

Ten, w kim głębie życia górą,

Co nie duszą, w lekkość chorą,

Ani ciałem, w ciężar chórem –

Ten, co trzecim idzie torem –

W kim ciał i dusz wspólny ruch,

Ten, który – tryumfatorem –

Święty Duch! –

Lecz on płynie – a nie skacze,

Lecz on wschodzi – a nie spada –

Ziemia pod nim krwią nie płacze –

On nie woła: „Biada!”

Arcyświata w nim potęgi –

On zapełnia widnokręgi

Niewidzialnie – a błękitem –

Ned niziną i gór szczytem

Równo promienieje. –

Rankiem budzi

Sennych ludzi

Na nadzieję!

I do ciemnej zbieży studni,

By wysrebrzał cień –

Aż się ranek wypołudni

W bieluteńki dzień! –

II

Moc Jehowy – nie gniew –

Zlana z myślą Chrysta

W jeden wiew!

Iskra wiekuista,

Wiew bez końca,

Wskroś przez ziemie – słońca

I oddech ten

Tak jak sen –

I przepływa,

I porywa,

I ciągnie za sobą

Okryte żałobą

Wszystkie wieki,

Jak kaleki,

Jak trupów rząd!

Gwar – jęk – i szum –

Wlecze się tłum: –

Będzie sąd! –

*

Oto w dole

Jozafackie pole –

Jednej trumny wieko

Niebios dach!

Łzy wiekom z ócz cieką –

Wiekom strach!

A wszędzie w krąg

Widm krwawych ciąg –

Przeszłości wspomnienia,

Jak zmory chodzące,

Miecz potrząsające

Jak anioły, gońce

Zatracenia!

*

Do kata-anioła

Każden z wieków woła:

„Zlituj się nade mną! –

Gdzież zbawień świat?”

A anioł-kat:

„Precz w otchłań podziemną,

Boś żył nadaremno –

Bo z wieki innymi,

Braćmi twymi,

Tyś nie zbratan –

Ja cię znam –

Jam jest: – Ty sam –

A twój Szatan!”

*

W bezmocy,

Śród nocy

Wiek po wieku stęka –

Obalon, przyklęka –

Leje się żar

Zgryzotnych kar –

Duszni i cieleśni

W krwi i pleśni –

Przepaść tuż!

A Anioły w górze;

Jak burze,

Strącające już!

Nad dołem

Drżą potępieni!-

By nie paść

W tę przepaść,

Wspierają się społem!

Jak łańcuch z pierścieni,

Łono na łonie –

– I zetknięte dłonie –

Twarze obok twarzy –

Miłość się im marzy

Przy zgonie! –

*

Aż z męczarń doliny

Krzyż jeden, jedyny

Ziemskich wieków wstanie:

„W piersiach nam, o Panie,

Twoje strzały tkwią!

My piekielni,

Pókiśmy rozdzielni –

Ale biedni,

Gdyśmy w jedni;

Twąśmy krwią,

Twym obrazem!

Miej, o Panie,

Zmiłowanie –

Już my razem!” –

*

A gdy tak jęczą,

Od ich skruch

Niebo spłonie tęczą,

Głos im wpadnie w słuch:

„Oto idzie Duch!”

I ujrzą w przestrzeni

Zstępujący grom –

Świat się przepromieni

W diamentowy dom!

Potępionych wieków ile,

Spada gromów tyle!

Wiek każden w piorunie,

Na złocistej łunie,

Co go niesie w dal! –

On się pali,

Przepostacia –

Jak na morzu z fal,

Przepostacieni

Idą w mgle z promieni,

A wszyscy jak bracia!

Oto z gwiazd korona,

Na czasie niesiona –

Ludzkości to wieca!

I Przeszłość zbawiona,

I Przyszłość zaświeca!

*

Znów po wszem lazurze

Stworzenny wiew –

Słychać w dole – w górze –

Anielski śpiew:

„Chwała z wieków w wiek,

Bo stał się sąd!

Łez krwawych ściek

Zmienion w światła prąd!

Z dni starych grzech

Już zwian jak puch –

I wlał w Duchy dech

Wiekuisty Duch –

I objął rząd.” .

III

Stój, o wieszczu, w takiej wierze –

Ni mów, że ty nie wiesz jeszcze

To, co Duch wybierze! –

Tak nie mówią Boży wieszcze!

– Ze świętości Duch jednolit –

Ni mongolskich bieży,

Ni czerwonych Rzeczpospolit

W swe cuda nie wliczy!

Wolna tylko ludzka wola,

Gdy zła i nieszczera,

Taki tor obiera

I nim ziemskie brudzi pola!

Bo tak wolna, że aż zdolna

Drogi Boże same

Przepiekielnić w zguby jamę!

Bo tak wolna, że aż zdolna

W imieniu braterstwa

Rozsiewać morderstwa –

W imieniu nadziei

Świat wytrącić z swych kolei,

By bez wstępnych sił

Zśliznął się po wiekach w tył!

Wie, że kłamie – a wciąż kłamie –

Obłuda – jej znamię!

I toć straszna wina,

Co ni Ojca, ani Syna,

Lecz dotyka Ducha!

I tej winy nie zmaże

Żaden ból ni skrucha,

Ni żadne cmentarze!

Ach! nie tylko wiek przeszłości

Faryzejskie rodzi dusze –

Za dni naszych i przyszłości

Są faryzeusze!

*

Powtarzacie: „Chryste! Chryste!”,

A nie macie w sercu Jego –

Jakżeż Ducha wam świętego

Przejąć dobro wiekuiste?

Z was się każden nad odłogiem

Własnej próżni wspina Bogiem

Na paluszkach wzdętej pychy! –

I tak wy zwierzęciejecie. –

Bo kto sam się bóstwi w świecie,

Ten na odwrót swego szału

Odczłowiecza się pomału –

Aż się stanie taki lichy,

Że, padając – dojdzie chyba

Do roślinnej istni grzyba! –

Lub też dziki – sępny – chory –

Miasto widzeń – widzieć zmory,

Miasto natchnień – czuć wściekliznę

Będzie – zmąci wiary, dzieje,

Człowieczeństwo i ojczyznę,

Zwątp rozpaczy i nadzieję!

Wtedy śród błędów swych pędu

Wezwie drugich do obłędu –

Za każdym się krokiem

Przenazwie prorokiem –

Zbawicielem – Bożym Bratem:

I dusz wielu będzie katem!

Aż, nie wątpiąc, że się zbożył,

Że, jak Boga stwórcą znał,

Tak się stwórcą sam tu stworzył,

Coraz pełńszy własnych chwał,

Pocznie wierzyć jadowicie,

Że mu sługą – ludzkie życie:

Stanie się i katem ciał!

*

Nie tak z Duchem się obcuje,

Nie tak w Ducha się wstępuje!

– Gdy pochylisz kornie czoło,

Zadrży serce – drga szpik kości

Z anielskiej rzewności –

I, klęczący, spojrzysz wkoło

Na niesprawiedliwości –

Klęski – smętki – gromy,

Babylony i Sodomy –

Ujrzysz Carów w chwale

Lub zdąsane ludu fale,

Świat zatracające!

I przyćmione w górze słońce,

I niebieskie mocy,

Wstrząśnięte śród nocy –

A uczujesz miłość trudu

I męki odwagę’

Wstaniesz ludzi zbawiać z brudu,

Kryć ich wstydy nagie. –

I za rany – i za ciernie

Podziękujesz tkliwie –

I dotrzymasz wiernie

Na nieszczęścia niwie!

Śród podłości – niespodlony –

Śród krzywd – nieodmiłośniony. –

Wciąż twe usta Pana chwalą –

Wciąż pierś twoja – twardą stalą,

Co się błyszczy nieskalanie,

A twe oko płacze żalnie

Ponad każdym cudzym bolem –

I tak stąpasz ofiar polem,

Nigdy w kłamstwa podziemnice,

Ciemnie i tajnice

Nie zstępując – bo do Boga,

Wiesz, że jedna tylko droga;

I jej światłem widny – biały –

Nie dbasz o wrogów nawały,

Co z lochów piekielnych

Czyhają – na dzielnych –

Co, czarni i nocni,

Tylko zdradą mocni

I orężni pychą,

Zabijają cicho!

A gdy stawiać tak twe kroki,

Ty nie mówisz: „Jam wysoki”,

Ale czujesz, żeś wciąż niczem

Przed Pana obliczem!

Wtedyś ty dopiero

Duszą czystą, szczerą –

I czynów łańcuchem

Połączasz się z Duchem –

A z Boga, co w niebie,

Powraca do ciebie

Miłości spływ! –

I kiedyś po męce

W jego pójdziesz ręce,

Wszechwiecznie żyw!

*

I ja patrzę śród zamieci

W niebios kir!

I ja widzę – kędy leci

Zdarzeń wir!

Słyszę śród chmur –

Zmartwychwstałych chór

Ach! znany głos!

Lecz nie we krwi,

Którą zemsta leje,

Cel Polski tkwi. –

Zemsty dzieje

Zemstą tylko,

Chuci chwilką: –

To nie Polski los!

Jej od Pana

Pomyślana

Cudniejsza cześć!

Nie pożogi

Ani trwogi

Ma światu nieść!

*

Tu Sybiry mroźne

I Iwany Groźne –

A po drugiej stronie

Klubowe tyrany,

Kule strute – kwas siarczany –

Ludożercze bronie!

Boże! zmiłuj się nad wami!

Między dwiema szkaradami

Wstać ma Polska kojarznicą!

Dwóch barbarzyństw – ma być spojem –

I to zwiecie –Tajemnicą

To – wieków pokojem!

W jedno zło jedyne

Wszetecznym poswatem

Siostrę giliotynę

Ślubić z knutem bratem!

Rozdeptać kościoły,

Pomieszać plemiona,

Sumienia anioły

Wygnać z ludzi łona!

I mieć Polskę – tego Dzieła

Czarną spełnicielką!

W krew truciznę jej lać wszelką,

By Sprawy się jęła!

Trząść przed wzrokiem jej pochodnie

Wszechświata pożaru –

Obiecywać jej za zbrodnie.

Nadziemską moc czaru!

Kusić dziejów anielicę,

By pod koniec męki

Odrzuciła świętych wdzięki,

Upiorowe wdziała lice –

I odkląkłszy sprzed ócz Pana,

Sczerwieniona – rozczochrana –

Zakochała się w szatanie,

Świadczyła mu o tej chwili,

Jak pierwsi chrześcijanie

Niebiosom świadczyli!

– To wasz pomysł – to Rzecz wasza!

Takie świty

Duch wasz skryty

Nam przynasza!

*

Wszak nie w takim stroju,

O wiekuisty Panie,

Do ostatniego boju

Polska Twoja stanie?

– Nie jędza z niej przebrzydła!

– W ustach z Twym pacierzem –

A nad jej pancerzem

Spływające skrzydła. –

W jej dłoniach kształt dwóch mieczy

Z przedziwnej jasności,

Co nie rani – ale leczy!

I woła: „Ja się spieszę,

Bo zapraszam w gości

Do niebieskich włości

Ludzkie rzesze!”

*

Lecz wprzód jeszcze – sądy Pańskie –

Na czas, czasów zwrot!

Rzeczpospolity szatańskie

I północny knut!

I trząść będą każdym krajem,

Wytracając się nawzajem!

Patrz! świat-kat twój, Polsko! – leży

Rozciągnięty w pyle –

Ten, co obrał cię z odzieży,

Urągał ci tyle;

Co, związawszy twe ramiona,

Dziki – podły – dumny –

Wbijał gwoździe ci do łona,

Jak do desek trumny –

Patrz! świat-kat twój, Polsko, oto

Zapadł w krew i błoto!

Od morza do morza –

Porwał się do noża –

Bratobójczo się przewala,

Wije na kształt gada,

Podnosi – i pada,

Aż, znękany, czci Moskala!

*

Zleć, o Polsko – zleć, Aniele

W promienistym ciele!

Nie bądź katem twego kata!

Ach! śmiertelny pył,

Gdy raz w śmierci zstąpi kraje,

Tylko cnotą znów dostaje

Nadśmiertelnych sił!

A inaczej – rwie zatrata

W głąb tej samej kary

Ofiarników i ofiary!

Zostaje ruina –

I nadgrobek na niej świata!

– Chrystus tylko z grobu wzlata,

Lecz nie Katylina! –

*

Przyjdź, o Polsko – zleć, Aniele

W promienistym ciele!

– Pragnęli wolności,

A Boga nie znali!

Po ziemiach – ich kości –

Ich prochy – na fali –

A żyjących, co zostali,

Samo życie boli:

Bo w niewoli!

Z jednych ojczyzn – puste cisze

Nad gruzami się kołysze

Bluszcz wietrzany!

A gdzie indziej w pysze

Sprośne Pany!

Bez koron na głowie,

Lecz z rózgą ze stali –

I służą Jehowie

Lub z schizmy powstali! –

Duchoborce – roskolniki –

I po nocach słychać ryki

Rozrzynanych ciał

Na cześć Molochowi.

Tak panują ludzie nowi!

Jak z Tarpejskich Skał,

Wzad przez dziejów wschody

Zepchnięte narody –

I zlatują do ciemności

Coraz głębiej – daléj –

– Bo chcieli wolności,

A Boga nie znali! –

*

Przyjdź, o Polsko – zleć, Aniele

W promienistym ciele!

– Zwiesz się: – Bogumiła –

Czerwonym sztandarem

I moskiewskim Carem

Zarównoś wzgardziła!

Od dwóch tych zatracicieli

Tak czarno w Europie!

Śród nawałnic – na potopie

Jedna świecisz w bieli!

Ledwo stopa się twa zetrze

Z wierzchołkiem bałwanów –

I przemijasz przez powietrze,

I ścigasz szatanów!

Przed dwóch mieczy twych jaśnieniem,

Przed twych skrzydeł tęczą

Obalają się i jęczą

Jak przed Boga cieniem! –

*

Idź, o Polsko – idź, Aniele

W promienistym ciele!

Świat nie poznał ciebie z lica –

Świat cię zabił – aż na mękę

Sam jest wzięty – a ty rękę

Dasz mu – jego męczennica!

Idź, o Polsko – idź, Aniele

W promienistym ciele!

W tobie Ludzkość przechowana!

Ponad złości i nad szały,

Ponad hańby i nad kały –

Tyś niepokalana!

Idź, o Polsko – idź. Aniele

W promienistym ciele!

W dłoniach twoich nie puginał,

Gminnym uwieńczon wawrzynem,

Co pierś wroga porozrzynał –

Innego blask oręża!

Bożoczłowieczym tu czynem

Duch tylko zwycięża! –

Nadziemsko ty hożą –

Boś boleści tu boleścią

A miłością Bożą!

I powracasz z dobrą wieściął

Wokół ciebie – Zło się pieni;

Ty nie zważasz przecie –

Sypniesz z dłoni garść promieni

I znów jaśniej w świecie!

Aż przelecisz wszystkie kraje

I światłością obosieczną

Śmierć odegnasz od nich wieczną –

– Tak się zmartwychwstaje!

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading...

Wiersz Psalmy Przyszłości: Psalm Żalu - Zygmunt Krasiński