Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz PSALM POWOJENNY

Już dawno Panie duch mój gotów

i przyszłość czeka uśmiechnięta

w rytmicznym chrzęście kulomiotów

idą czerwone moje święta

do pulsujących tętnic ulic

gdzie tłum przewala swoje twarze

przypadłem ucho swe przytulić

i słyszę głuchy huk wydarzeń

już się zakończył wielki raut

na którym były ludów scysje

w ubranych w kwiaty kebach aut

już odjechały wszystkie misje

nie będzie więcej huku dział

świstu szrapnelów i mitraliez

niech tańczy ten kto dotąd drżał

na niebie dzisiaj wielki bal jest

wszyscy jak byli – mieli rację

dowieść im tego spory trud był

pan bóg pojechał na wakacje

i święci w raju grają w football

nikt ci nie plunie kulą w twarz

nikt ci już żeber nie połamie – –

cóż taką głupią minę masz

mój nieodrodny bracie-chamie?

napracowałeś się jak koń

na brzuchu miast stępiłeś bagnet

możecie złożyć w kozły broń –

więcej was bracia nie zapragnę

w kipiących tłumach rojnych świąt

pod zgrzebnym płótnem bluz roboczych

po nocach we śnie nie wiem skąd

widzę płomienne wasze oczy

od pociskami zrytych łąk

po progach mogił przeszła kolej

może wam plamy krwawe z rąk

obmyje cjank lub witriolej

coś się tu stanie coś się stanie

nad miastem zawisł strachu tuman

słyszę dalekich burz błyskanie

co w żyłach krew spiętrzają tłumom

na placu sklepikarze pospieszni i dziwni

spuszczają z ciężkim hukiem żelazne żaluzje

ci sami co przed rokiem zza węgłów sztywni

patrzyli jak armaty waliły im w gruz je

po asfalcie spieczonym i rudym jak krew

gromady bladych ludzi biegnących przez bulwar

chowają się za kępy suchotniczych drzew

które zeszłą jesienią opłukał kul war

na opuszczonym placu mür &; merilis

tysiącem witryn w przerażeniu szczękał

kobiety wciskając się z powrotem w dekolty kryz

uderzały jak w febrze o szczękę szczęka

z trotuarów jak z żyznej podlanej grzędy

podnosiły się białe i fioletowe kwiatki

ludzie padając na twarz krzyczeli: nie będę!

i płakali nie wiadomo nad kim

na zielonych karuzelach bladzi policjanci

gonili złodziejów na drewnianych koniach

panowie! zatrzymajcie się! przestańcie!

panowie! zapomnijcie o nich!

towarzysze tramwajarze nie trzeba płakać

wstydźcie się macie łzy na wąsach

dziś będziemy jak piłki pod niebo skakać

poprowadzę was wszystkich w czerwonych pląsach

Chrystus zginął nie przyjdzie grzechów wam odpuścić

kiedy od ciężkich haubic pójdziecie za pługiem

odpuszczamy swoje nieprawości!

całujmy usta jedni drugim!

patrzcie! patrzcie jaki dziwny cud

jaka ogromna szalona nowina

przed lustrem tańczę w tył i w przód

na prawo i na lewo się kręcę

to jest naprawdę nagle pierwszy raz:

ja mam ręce! my wszyscy mamy ręce!

para cudownych kiszek u ramion nam dynda

możemy je zginać rozginać

podnosić opuszczać ile kto chce

powiedzcie! powiedzcie sami!

jaka wspaniała winda!

a ja mam także palce

którymi chwytam i jem

i nogi na których tańczę!

nie będziemy nikomu więcej

obrywali rąk ani nóg

chcemy żeby ludzi było jak najwięcej

i żeby każdy tańczyć mógł

na skraju zielonej drogi

pogodni siądziemy beztroscy w cudzie – –

aniołowie już idą umywać wam nogi

o dziwni niezgłębieni cudowni ludzie!

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading...

Wiersz PSALM POWOJENNY - Bruno Jasieński