Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz Maria. Pieśń druga



PIEŚŃ DRUGA

On Conrad’s stricken soul exhaution prest,
And stupor almost lull’d it into rest.

Byron

I

“Bujno rośnie, odludnie kwiat stepowy ginie;

I wzrok daleko, próżno błądzi po równinie;

A w niezbędnej zgryzocie jeśli chcesz osłody,

Chmurne na polu niebo i cierpkie jagody.

Idź raczej w piękne mirtów i cyprysów kraje ;

Co dzień w weselnej szacie u nich słońce wstaje,

U nich w czystym powietrzu jaśniejsze wejrzenie

I głosy rozpieszczone, i rozkoszne tchnienie.

U nich wawrzyny rosną; i niebo pogodne,

I ziemia ubarwiona, i myśli swobodne.

A na kształtnych budowlach męże wieków dawnych

Stoją w bieli – i pyszni z swoich imion sławnych,

Zapraszają z daleka w czarowne zwaliska;

Bogów i bohatyrów – pająków siedliska.

Tam, jeśli dawnych rzeczy myśl w tobie głęboko,

Może, w ten śliczny błękit wpatrzywszy twe oko.

Słodycz w rozpaczy znajdziesz i lubość w żałobie,

Jak uśmiech ust kochanych w śmiertelnej chorobie;

Ale na pola nie chodź, gdy serce zbolało;

Na równinie mogiły – więcej nie zostało –

Resztę wiatr ukraiński rozdmuchał do znaku –

To siedź w domu i słuchaj dumek o kozaku.”

“Moje młode pacholę, gdzież to ty wędrujesz?

Czy z Ziemi Świętej wracasz, że tak utyskujesz?”

“Oh! nie – ja wszystkim obcy wśrzód mojej ojczyzny –

I Śmierć mi zostawiła czarne w piersiach blizny –

I świata jadłem gorszkie, zatrute kołacze –

To mnie ciężko na sercu i ja sobie płaczę.

A kiedy się rozśmieję – to jak za pokutę;

A kiedy będę śpiewał – to na smutną nutę;

Bo w mojej zwiędłej twarzy zamieszkała bladość.

Bo w mej zdziczałej duszy wypleniono radość.

Bo wpływ mego Anioła grób w blasku zobaczy.”

“To czegoż chcesz, pacholę?” – “Uciec od Rozpaczy.”

II

Stało młode pacholę, pod płotem zostało,

Na smutek, co się skarzy, uważają mało,

A ten, co z nim rozmawiał na wrotach oparty,

Wyszczerzał w inną stronę wzrok cały otwarty –

Skąd w różnofarbnych strojach, huczne czyniąc wrzaski,

Niespodzianym orszakiem zbliżały się maski.

1

“Czy znasz weneckie zapusty?

I w noc, i we dnie,

Wesołe, szalone, przednie;

Maska twarz kryje – a kto się pyta

O sprawy czyje, tego przywita

Wrzawa, śmiech pusty.

Żywo, radośnie, Skrycie, miłośnie,

Staruszek Doża, Arlekin młody,

Dziewczyna hoża szuka osłody;

Matrony, księża, oszusty

Swobody.

A kryte łodzie

Czernią na wodzie.

Wrzawa, śmiech pusty;

Czy znasz weneckie zapusty?”

2

“My sobie jedziem kulikiem ;

I w noc, i we dnie,

Wesołe, szalone, przednie;

Maska nas kryje – a kto chce wiedzieć,

Skąd my i czyje, to odpowiedzieć

Śmiechem i krzykiem.

Szczera ochota

Otwiera wrota,

Bo Krakowianki i pielgrzym stary,

Żydzi, Cyganki, uderzą w pary;

Wróżki, Diabli, nie oszusty,

W puchary.

Lecim saniami

I jadą z nami,

Wrzawa, śmiech pusty;

Czy znasz ty polskie zapusty?”

“Ale tu wejść nie można – teraz nie zapusty –

Pan Miecznik na Tatarach, to i dworzec pusty.”

Tak stary sługa wstrzymał tych przychodniów śmiałość;

I znów rozparł na wrotach niewzruszoną stałość.

Lecz gdy grać, śpiewać, piszczeć, grzechotki potrząsać

Poczęły wszystkie larwy a nogami pląsać;

I łączyć obce stroje, papierowe czoła,

Wzrok żywy, rysy martwe w migające koła;

I farby, blaski, cienie rozwijać w polocie,

I skoczno, zwinno, huczno rzucać się w obrocie –

Tak mu w szumiącej głowie myśl wzięła tańcować,

Że patrzał, a nie wiedział, jak się pomiarkować:

Śmiał się z Żydów, Cyganek, bał Wróżek z Diabłami

I chciwie łapał ruchy – i mrużył oczami –

A maski przed nim skacząc mijały się żwawa

A maski w nim ciekawość syciły obawą.

Aż wykrojone usta zadmuchawszy w rogi,

Opuściły się ręce – zatrzymały nogi –

I głosy ostre, fletni umilone wtórem,

Wrzasnęły tę piosneczkę niedobranym chórem:

“Ah! na tym świecie Śmierć wszystko zmiecie,

Robak się lęgnie i w bujnym kwiecie.

A gdy się troski do duszy wkradną,

Hucząc w niej chmury czarnemi;

A gdy nieszczęścia na kogo spadną

I postać wzniosłą, szlachetną, ładną,

Smutek nachyli ku ziemi;

O! niech na chwilę Złość się już schowa,

Rany sztyletem nie cuci…

Niech choć przy zgonie zabrzmią te słowa:

Wróci spokojność – wróci!

Bo na tym świecie Śmierć wszystko zmiecie,

Robak się lęgnie i w bujnym kwiecie.

Albo gdy nieba cud nad chorobą,

Gołąb’ – od przekleństw odleci

I władzę życia zabierze z sobą,

A wyschłe lica nadmie żałobą,

Wprzód nim gromnica zaświeci –

Niech nicht, by uśpić zgonu boleści,

Tryumfu pieśni nie nuci…

Chyba te słowa w końcu umieści:

Wróci twój Anioł – wróci!

Bo na tym świecie Śmierć wszystko zmiecie,

Robak się lęgnie i w bujnym kwiecie.

A gdy kto chętny w drugich obronie,

I sam się w przepaść zagrzebie?

Krótka stąd radość w Zawiści łonie;

Choć złe i dobre w grubej zasłonie,

Sąd ostateczny jest w niebie;

Może w kłopocie i silna głowa

Posępnie kiedy się rzuci…

Niech z ust życzliwych brzmią wtedy słowa:

Wróci wesołość – wróci!

Bo na tym świecie Śmierć wszystko zmiecie,

Robak się lęgnie i w bujnym kwiecie.

A gdy kto, dążąc z dalekiej drogi,

W mieszkanie Przyjaźni zajdzie?

I już w uściskach topić ma trwogi?

Lecz ciche, puste przebiegłszy progi

Twarzy kochanej nie znajdzie;

Więc drząc, czy się co złego nie dowie,

Spuszczone czoło zasmuci…

Niech choć Gościnność, kręcąc się, powie:

Wróci gospodarz – wróci!

Bo na tym świecie Śmierć wszystko zmiecie,

Robak się lęgnie i w bujnym kwiecie.”

“Ha! – Pan Bóg święty z wami! jeśliście nie Duchy,

To wasze pstre maszkarki wesołej otuchy;

Alboż to nam pierszyna? wszak nieraz kuligi

Po całych tu miesiącach skakały jak frygi.

Prosim – Jegomość wróci – a choć nie jest w domu,

Na winie i pierzynie nie braknie nikomu.”

Weszły – nisko kłaniają – w parach się prowadzą –

Obzierają się wkoło – i kupią, i radzą.

III

Słońce już wówczas łuk swój zbiegając szeroki

Czerwonym blaskiem szare barwiło obłoki,

A żółtym drgając światłem po ziemi i wodzie,

Na swym bogatym tronie płonęło w zachodzie.

Już jego pełne dziwów nie razi spojrzenie,

Lecz łagodne, widome rozsiewa promienie

I w krótkim pożegnaniu, nim w głąb’ się zagrzebie,

Śmiertelnym oczom patrzeć pozwala na siebie;

Jeszcze – w chwili ostatniej nie znika z pośpiechem,

By wszystkie twory życia napoić uśmiechem;

Jeszcze wziera przez szyby w mieszkanie człowieka,

Jak wzrok tęsknej Przyjaźni, co w podróż ucieka;

I purpurowe szaty rzuciwszy na chmury,

Nurza swe czyste łono w tajniki Natury –

Gdy Noc, zazdrośnym palcem ścierając Dnia ślady,

Ciemny płaszcz wlecze z tyłu, dla zbrodni i zdrady.

Lecz gdzież bawi Pan Miecznik? Właśnie to jest pora,

W której przyrzekł po bitwie wziąć się do gąsiora;

I miał żywej radości w sercu nie uchować,

Dom zebrać, córę szczęścić – bo zięcia częstować;

I piękna mu gromada przybyła w gościnę.

Jakąż niewczesnej zwłoki może dać przyczynę?

IV

Od chwili, co zwycięstwa odkryła się meta,

Od chwili, co w niej dosiadł żartkiego dzianeta,

Od chwili, w której trąby w wszystkie jego żyły

Głosem dzielnej przeszłości jak grom uderzyły;

I widział raźną młodzież, i słyszał chrzęst broni,

Trzask goleń, szum proporców a chrapanie koni;

I dążąc w drużbie z zięciem, gdzie im sława świeci,

Czuł to, co stary orzeł, gdy pisklę z nim leci;

Od chwili, co mu w myśli, wstecznym kręcąc biegiem,

Tatarskie zbrodnie krwawym stanęły szeregiem –

Hardość w zmarszczonym czole, ogień był w zrzenicy,

Czapka na lewym uchu, zniszczenie w prawicy,

Gdy chciwa watek dusza przeraźliwie strząsa

Każdy włos najeżony u siwego wąsa.

Jak tylko wyszli za wieś – mieczem z pochew świsnął

I wzrokiem, co by tchórza do ziemi przycisnął,

W bitne hufce patrzając, że aż serce rośnie,

Do uważnego słuchu zawołał donośnie:

“Panowie szlachta! miejscy! bracia szeregowi!

Wiem, żeście spaść na wrogów jak piorun gotowi;

A kto by się miał straszyć tatarskiego tańca ‘,

A kto by życie szczędził srogiego pogańca,

Niech mi tu precz na szkapie do domu wyskoczy –

Bobym mu potem kordem zamalował oczy!

To szybko, łącznie, śmiało – strzałki wystrzelają –

Bóg wiara – ufność szabla – i łby pospadają

Jak kłosy, co to niby migocą się świetnie,

Nazajutrz leżą zwiędłe, gdy kosa je zetnie.

Ale nicht nie potrafi jeść kaszy spokojnie,

Jeśli wybić szarańczy nie umie na wojnie;

To cicho – bacznie – mądrze – aż gdy huknie w trąbie,

Wpaść obces i pokazać, że to Polak rąbie.

Wtedy dopiero każdy niech mi ryb nałowi,

Panowie szlachta! miejscy! bracia szeregowi!”

Potem jadący szłapią z swoim zięciem w parze

Naradzał się po cichu w wojennym zamiarze;

Mówił śpiegów wywiadki; tłumaczył, jak, kędy

Sił wzajemnych w natarciu połączyć zapędy;

Jak korzystać z zwycięstwa; w przypadku odporu

Jak używać na pogrom ucieczki pozoru.

Słuchał zajęty Wacław – gdy ręka i głowa,

I każdy rys Miecznika popierały słowa;

Rzekłbyś, patrząc w ich obraz, że sztuka malarza

Z dobranych przeciwności czarowną myśl stwarza,

W starcu Żywość, w młodzieńcu Rozwagę wyraża.

V

Tymczasem wieś minąwszy, z bitej schodząc drogi,

Coraz się, coraz głębiej wpędzali w odłogi –

Gdzie wiatr ziarna zasiewa, Czas płody przewraca,

Nie zbiera plonu Chciwość, ni schyla się Praca –

Samotne – ciche – błogie – dziewicze ich wdzięki

Kwitną skrycie, od człeka nie skażone ręki;

Niebo je obejmuje – gdy w całym przestworze

Rozfarbionej żyzności rozciąga się morze.

Tam wódz stary, jak żeglarz, podług biegu słońca

Szybował swoim wojskiem w kierunku bez końca;

Łamią się rosłe trawy, krzą chwasty, a zioła

Składają pod kopyta balsamiczne czoła.

Ale przez siwe wąsy nie przechodzą wonie

Ni lubość tchu słodkiego w groźnym biega łonie;

Wojna, wojna zajmuje wszystkie jego władze,

Cześć prochom pól ojczystych, zemsta ich zniewadze?

Ani się wwieść dozwolił w fałszywe zapędy,

Gdy zszedł tatarskich śladów kręcone obłędy –

Co wśrzód gęstych zarośli niedościgłe szlaki

Tłoczą na wszystkie strony, dla mylnej poznaki –

Lecz w poprzek przerzynając ich sztuczne drożyny,

Uśmiechnął się – jak strzelec, gdy pewny zwierzyny,

Wkrótce – złączone hufce – w umyślnym fortelu

Rozdzielił na dwie części – dla jednego celu:

Do zostających czapką kiwnął pożegnanie,

Z swoimi w bok się rzucił na niezmiernym łanie;

A kryjąc się w bodiaków rozkwitłych ogromie,

Już rycerze bez koni w czerwonym poziomie –

Już popiersia wędrują na skrwawionym spodzie –

Już kołpaki – proporce – już znikli jak w wodzie,

VI

Wacław pan wszechwładny wśrzód stepów przestrzeni

Sam buja w swojej woli – czegoż tak się mieni?

I Wacław dziki, mężny, wśrzód dzikiej natury

Wiedzie hufce do chwały – czegoż tak ponury?

Śpiewa mu głośno wicher, a Wacław w nim nieraz

Lubił kąpać swe oczy – czemu spuszcza teraz?

Smutny on, zamyślony, choć pełen ochoty,

Nie spojrzał nawet jeszcze w swoje wierne roty,

A dlaczego? sam nie wie – tylko że mu Sława,

Łzami Marii spłakana, przed oczami stawa;

Tylko że jego serce w takim nagle drzeniu,

Jak by kto kir przeciągnął w śpiącego ocknieniu

I w strachu go zostawił – w trosce – i zdziwieniu.

Szybkim głowy pomiotem strząsnął złote włosy,

Jak by się pozbyć starał zimnej na nich rosy;

Szybkiej konia w wyskoku przychylił się woli,

Jak by ulecieć pragnął od swojej niedoli;

A w jego mglistych oczach taki blask w tej chwili,

Jak kiedy dusza czucia najżywsze przesili

I wszystkie razem smutki w zwycięstwie rozżarzy

Światłem nieśmiertelności na śmiertelnej twarzy.

To jakiekolwiek myśli, wspomnienia czy trwogi,

Żal, słabość czy widziadła zbijały go z drogi,

To jakiekolwiek losy zwalczą jego czynność:

Już teraz miłośnicą – rycerska Powinność!

Czy duch złego, co ludziom nadziei zazdrości,

Odchylił mu przez chwilę zasłonę przyszłości?

Czy struny natężone tkliwych władz wysnuciem,

Tknięte ręką Nieszczęścia, zabrzmiały przeczuciem?

Może on w boju legnie? – co bądź mu przypadnie,

Jego umysł ni szabla nie ulęże snadnie ;

A chociaj Śmierci oddech mgłą oczy zasłoni,

Rdzy nie będzie na sercu ni na jego broni.

I jak wstrzymany potok w swoim bystrym pędzie

Dno porze i rozwala łożyska krawędzie,

I jako rumak, z pęta gdy lot swój rozwija,

Rwie ziemię, ogień ciska i wiatry wymija –

Tak Wacław, niecofnięty w swym ciemnym zawodzie,

Rozdarłszy tło przyszłości, co mu na przeszkodzie,

Tym chciwiej, tym gwałtowniej na sztych się wydziera;

Groźnym pewności wzrokiem w swój oręż poziera.

A jednak; głos straszliwy (choć spojrzenie dumne)

Brzmi w całym jego ciele – “zdobędziesz ty trumnę”.

VII

Jest trosków – kolców – bolów – niemało w tym życiu

I więcej niż na jawie płynie łez w ukryciu;

A kto się hucznym śmiechem wśrzód jęków odzywa,

Jak szalony w szpitalu – szczęsnym się nazywa.

Lecz gdy umysł, szlachetnej uległszy ponęcie,

Z gruzów najdroższych uczuć wznosząc przedsięwzięcie,

Brnie w zdradliwej ufności, a za każdym krokiem

Podkopanych przepaści otoczon widokiem –

Gdy ptak z karmem pisklęcia trzepocze swe skrzydła,

Widzi chłopię z pałeczką, a na szponach sidła –

Gdy sroższej od najsroższych wpatrując się męce,

Sama nawet Odwaga załamuje ręce,

A z tysiąca blizn czarnych, co jej w sercu cięży,

Gniazdo syczących na świat wylęga się węży –

Gdy Złość w swoim szaleństwie zrobiła zabawę,

Wydrzeć życie w kaduku, ale pierwej sławę,

I nie tylko Obecność tarza się w ohydzie,

Przyszłość jeszcze otruta, rozczochrana idzie,

Komu? anielskiej duszy, co za to przeklęta,

Że cukrem przyjmowała drapieżne zwierzęta –

Gdy każdy dobry przymiot w gorszki żal się zmienia –

Większe to niźli ziemskie, piekielne cierpienia!

Czy te lub inne, jeszcze dotkliwsze, katusze

Zlały swój wrzący ukrop na młodzieńca duszę,

Ci, co za nim rzędami w śklniącej gonią fali,

Na smutek swego wodza niewiele zważali.

Każdy myślał – i chociaż różnica w sposobie,

W tym przecież podobieństwo – że każdy o sobie;

A jednak każdy gotów z wzniesionym żelazem

Rzucić się w ciennik Śmierci – za jednym rozkazem.

Szli – w milczeniu – w porządku – konie koniom w tropy

Krzyżujących nóg stawiąc migające stopy –

Kędy ich długim sznurem, wedle swojej chęci,

Po odludnych manowcach młody Wacław kręci;

Przez niezmierzone niwy – tam gdzie już równina

Zda się kończyć i znów się w płaszczyznę zagina,

Dochodząc – naprzeciwko jasnego obłoku,

Jak Rycerze powietrzni wydali się oku.

VIII

Lecz cóż widać na wzgorku? Z bliskiego rozdołu,

Kłęby dymu z iskrami buchają pospołu,

Wiją olbrzymie słupy, co zgięte u góry

W ciężkie – czarne – skrwawione – rozchodzą się chmury.

Lecz cóż słychać na wzgorku? W przyległej nizinie

Płacz, jęki, krzyk rozpaczy w słomianej dziedzinie,

Co biorąc serce w kręgi przeraźliwym brzmieniem,

Nawet pierś w stal oprawną podnoszą – westchnieniem.

“Baczność – do broni, wiara – chorągiew rozwinąć –

Tatarzy wieś rabują – zwyciężyć lub zginąć!”

I nagle, jak wodoskok, rycerze zajadli

Z błyszczącym szumem z góry na dolinę wpadli.

Tak pożar z rąk łupieżców wieś całą ochłonął,

Gdy lud zlękły, bezbronny, w krwi i łzach utonął;

Lecz nie czas koić boleść ni mienie ratować

Lub pojedynczo z wrogiem o zdobycz harcować,

Bo już przez swoje czaty ich Chan ostrzeżony

Zebrał znaczniejsze ordy w taniec ulubiony;

Tam – za wsią stoją – całe zakrywają pole –

Bór w lewo – strumień w prawo – a oni w półkole.

Widzi ich dobrze Wacław; ale razem zważa,

Że napad uchybiony na zgubę naraża.

Jak się cofnąć przez ogień? Ej! ktoż zdoła minąć,

Go mu niebo przeznaczy – zwyciężyć czy zginąć?

“Czyja wola, to za mną” – rzekł i spiął rumaka,

Co nim się rzucił w pożar, zżyma się i wskaka

(Mniej ów, niźli graf Wacław, odważny i dziki).

Jakżeby wodza polskie odstąpiły szyki?

To i oni w płomienie – wśrzód blasku pożogi,

Przez głównie i zarzewia, szukają swej drogi.

Już za wsią – i wraz, szybko, sfornie, lekko, śmiało,

Rozwinęło się wojsko i w linii ostało.

Zagrzmiały wszystkie trąby jednym strasznym dźwiękiem –

Porwały się kopyta z jednym głośnym brzękiem,

A prychające konie i schylone ciała

Jednym pędem uniosła i Zemsta, i Chwała.

IX

Dzielne było natarcie; tatarskie szwadrony,

Ich księżyce, bunczuki z końskimi ogony,

Ich futra wywrócone, ogromne ich łuki,

Płeć śniada, wąsy zwisłe a czarne jak kruki,

Ich nasępione rysy, przymrużone oczy,

W których śnie srogość zwierząt z ludzką się jednoczy

Cały ten widok wreszcie, w dzikość okazały –

Pożar – stepy wokoło – świszczące już strzały –

Żadnego albo raczej jak z bodźców odzienie,

Takie na czuciach polskich zrobiły wrażenie.

Pędem burzy lecieli, lecz nim przyszło z bliska

Ludziom ostrza się dotknąć, koniom pyskiem pyska,

Gdy w półobręcz wpadali – wsławionym prawidłem

Skrzydło tatarskie z tyłu zbiegało się z skrzydłem:

“Alla hu!” – wrzasły hordy i tysiączne roty

Na opasanych strute wypuściły groty.

“Hura!” – krzyknęła wiara i lotem sokoła

Chmurę strzał przeszywała w śrzodku tego koła.

Dochodzą, już dochodzą – zbitym w rzędy tłumem –

Lasem dzid najeżonych – z hukiem, z trzaskiem, z szumem;

Szczęk, krzyk, jęk, łoskot, wrzawa, powstał kurz, a ściana

Przebitych bisurmanów wali się złamana.

Tratują ludzi konie; koncyrze, kopije

Kolą pod kopytami niewiernych jak żmije.

Zapał głowy ogarnął; stal błyska; krew broczy;

Śmierć trudzi się, zdmuchując wywrócone oczy!

Wszystko to chwilę trwało – bo z boków i w tyle

Barbarzyńcy nastają w niezliczonej sile.

Czas ginąć hufcom polskim; młody wódz je zbiera –

Zachęca ich – szykuje – obraca – naciera –

Dopiero mieszanina – każdy obskoczony,

Wirem męstwa na wszystkie wywija się strony,

Rąbie, sili, morduje z nieprzebraną zgrają,

Jeden dziesięciu zwalczył, krocie nań wpadają,

Stek zawziętego mnóstwa, okropne ich wrzaski,

Tuman zewsząd, a mieczów latających blaski!

X

W natłoku wrogów, co go od swoich oddziela,

Sam – bez wsparcia – nadziei – świadka – przyjaciela –

Walczył ponury Wacław; i walczył już o to,

Żeby życia, co cięży, nie oddać z sromotą,

Śmierć miotał śmierci pragnąc – oh! bo w serca głębi

Pisk, taki jak gołębia pod dziobem jastrzębi,

Harmonią jego myśli; lecz czy to z zdziwienia,

Czy z strachu, czy też skutkiem dzielnego ramienia,

Ściskająca go w węzeł niezliczona tłuszcza

Coraz to w większą przestrzeń przed nim się rozpuszcza;

Widzą – poznają wodza – i każdy koleją

Rzuci się, zmiesza, zginie – zwyciężyć nie śmieją.

I gdy błękitnym okiem rozpoznał młodzieniec

Cofający się przed nim nieprzyjaciół wieniec,

Smutku tyko doświadczył z tej dziwnej korzyści –

Że już jego przeczucie na nim się nie ziści.

Czemuż choć jednej strzały nie mieli w kołczanie,

Co by jadem jaszczurki utkwiła się w ranie?

Żal mu, że już uchodzą – życia się obawia –

Goni ich srogie dusze – piersi im nastawia!

Zaraz, zaraz – otyły, brunatnoczerwony

Chan tatarski tam wpada, wściekłością spieniony;

Postrzegł, że jego hordy jakaś moc zwycięża,

Postrzega – że to męstwo samotnego męża;

Targa kłaczystą brodę – z rozpaczy w ohydzie,

Gębę krzykiem rozdziawia: o! zgrozo! o! wstydzie!

Na jednego tysiące z zmarszczoną powieką

Miecze wznoszą – już lecą – rozsieką! rozsieką!

XI

Jakież to grały trąby za przyległym lasem?

Jakież to świeże hufy czwałują z hałasem?

Jakiż to nowy rycerz, krzyżowym zamachem,

Drogę sobie toruje śmiercią i przestrachem?

Koń ledwo ziemi tyka; włosy rzadkie, siwe

Wiatr z światłem rozwijają jak komety grzywę;

A w pływających ruchach, w wydatnej postawie,

Szparko bieżący pośpiech o szybkość w obawie,

Jak lwica, opuściwszy swoje lwiątko, skoczy

Zajadłym męstwem, gdy je wpośrzód ludzi zoczy –

Jak matka, o wygnańcu straciwszy nadzieję,

Gdy ujrzy swoje dziecię; w radości topnieje –

Z takim zmieszanym czuciem i matki, i lwicy,

Z kordem świecącym w ręku, lotem błyskawicy,

Zdziwionym, zlękłym oczom, gdyby jakiej mary,

Obok swojego zięcia Miecznik stanął stary.

Jego hufce tuż za nim; jego przywitanie

Tobie należy najprzód, napuszony Chanie!

Lecą obces na siebie – Polacy, Tatarzy,

W bezczynnym zachwyceniu patrzą, co się zdarzy –

Jakiś czas Miecznik zmudził; uderzy – odskoczy –

I znowu w całym pędzie przeciwnika tłoczy;

Aż wybrawszy swą porę, w odwet, silnym razem

W kark niewierny święconym utopił żelazem.

Spada dzielnym zamachem odmieciona głowa,

Drga oczami, bełkoce niepojęte słowa,

Toczy się, ziewa, blednie i gaśnie – z tułupa,

Co siedzi niewzruszony, krew do góry chlupa!

Powstał krzyk przeraźliwy; pierszchają – koń Chana

Ucieka między hordy z trupem swego pana.

Strach przejął barbarzyńców; grzmią trąby – rzeź grają –

Nowi rycerze gonią – dawni się zbiegają –

Trzask, iskry – świst z połyskiem – huk – wrzask – jęki – rżenie –

A zapylona Sława upięknia zniszczenie.

XII

Krótko już trwała walka – wielu oręż składa,

Więcej legło, płochliwych straż tylna dopada.

Na stratowanej ziemi płyną krwi potoki –

Leżą polskie, kozackie i tatarskie zwłoki;

Jak który upadł, tak mu zostać już niewola,

Dusze k’niebu, ich konie rozbiegły się w pola,

Opodal od nich w kurzu kołpaki, turbany,

Tylko miecz wierny przy nich, posoką zbryzgany.

O! ty, co twój byt zawisł od współbraci męstwa,

Pójdź słyszeć radość wojny i krzyki zwycięstwa!

Zobacz, jak wpośrzód trupów, co już robak wierci,

Wąsate twarze sobie winszują ich śmierci

I nasępione czoła rozwidniają śmiechem,

Co w swym hucznym odgłosie jakby gromu echem!

Chodź – nie drzyj; stanąć przy nich każdemu zaszczytnie –

Krwią wrogów zlana śmiałość tak bujnie w nich kwitnie.

A jeśli w tobie budzi – życia poświęcenie

Za kraj swój, za swych ziomków – tylko strachu drzenie;

Jeślibyś wszystko za nich nie oddał w potrzebie:

Oparz się dobrze wewnątrz – to zlękniesz się siebie.

Chodź – do stalowych piersi twój kaftan wełniany

Przyciśnij z wdzięcznym sercem – i całuj ich rany!

XIII

Był wzgorek z brzegu lasu, zielenił swe czoło

I zapach macierzanki rozsyłał wokoło;

Na nim schylone brzozy, w swej białej odzieży,

Płakały, gdy warkocze wietrzyk pieścił świeży,

Jak Cienie dawnych dziewic przy kościach rycerzy.

Tam, pod ich snem mroczące, balsamiczne wieńce,

Sciągnęli na spoczynek zwycięzcy i jeńce;

Bo w życiu choć ta jedność – że rozkosz z cierpieniem,

Trud, nuda, wstyd i sława, kończą się – znużeniem.

Z przodu – gasnący pożar jeszcze czasem ciska

Nagłym, śmiertelnym blaskiem na plac bojewiska;

Z tyłu – słońce, już wówczas schowane za borem,

Palącego się lasu dziwiło pozorem.

Szarzały wszystkie farby – kruki gromadami.

Zlatywały się krążąc, wrzeszcząc nad trupami –

Czaty porozstawiane – przy ogniskach wrzawa

Migających się ludzi – w końskich zębach trawa

Jak chrzęst odległych zbroi – a jak orzeł biały,

Siwy, stary Pan Miecznik, ale pełen chwały,

Chłodząc odkrytą głowę, pod brzozą tam siedział,

I ponuremu zięciu ta słowa powiedział:

“Synu! – bo kiedyś z sercem połączon tak blisko

I masz w nim miejsce syna, miejże i nazwisko! –

Dziś jakby wszystko wite na szczęśliwej nici:

Nasz Wacław powrócony – Tatarzy pobici –

Spokojna Ukraina, bogdaj na czas długi –

Fortuny to szczodroty nad moje zasługi.

Lecz kiedy dusza, zda się, dzierży, czego żąda,

Coś Wasze na zwycięzcę smutnie mi wygląda?

Patrz no, jakże ci pięknie księżyc oto wschodzi –

Zadość sławie, i sercu sfolgować się godzi;

Siadaj na koń, śpiesz wesół, kędy szczera żona

I wierna wam drużyna przyjmie-ć utęskniona:

Ja tu objażdżki dojrzę – a jutro ze świtem

Brzęknę wam na dobry dzień witanym kopytem.

Siadaj – twój dzielny rumak prędko cię dostawi;

Bądź zdrów! niech ci Bóg zawsze jak ja błogosławi!”

XIV

Powstał z pośpiechem Wacław i dawnym zwyczajem

Uściskał starą rękę – co jemu nawzajem

Szorstkie, silne, lecz szczere oddała ściśnienie;

I już bystry koń z jezdcem przesadza drzew cienie –

A stary Miecznik wziął się do zwykłych pacierzy –

O! jak ślicznie przez pole młody Wacław bieży!

Srebrny połysk na włosach, na piórach, a w zbroi

Twarz ogromna księżyca malutka się dwoi.

O! jak ślicznie, wśrzód ciszy w naturze rozlanej,

Lecieć z stęsknionym sercem do swojej kochanej!

I każdy przedmiot witać z przychylną pamięcią;

I wszystkie je wyścigać nieścignioną chęcią.

Wtedy to słodkie tony, brzmiące przerywanie,

Śpiew słowika, szmer wody i żab skrzekotanie

W dzikiej, tęsknej i żywej, i tkliwej muzyce

Mówią ocknionym czuciom swoje tajemnice;

Wtedy to luby zapach, co z kwiatów ulata,

Lekkim tchnieniem rozkoszy mgłę trosków odmiata

I dusza rozjaśniona, jak by ujście miała

W niebiosa swego tworcy z kajdan swego ciała.

Wtedy matką Natura – wszystko z człekiem dzieli;

I wszystko się uśmiecha, i wszystko weseli;

Wtedy w schowanej szabli uraz zapomnienie,

W pysznym spojrzeniu – dobroć, w ustach – przebaczenie.

I tak to leciał Wacław – błogi, gdyby nagle

Piorun rozdarł w tej chwili jego życia żagle,

Boby nim wicher świata miotać nie był w sile,

Chybaby szumiał wściekły po zimnej mogile.

I tak to mijał stepy – lecz świetne marzenie,

Co nim ćmi dzieci ziemi szczęścia upojenie;

Oh! zbyt krótkie! jak widmo wstaje Przypomnienie;

I budzi martwą przeszłość, i w wonne kotary

Szepczą droszcz i niepokój zgromadzone mary.

“Tak ją mdłą, słabą widział; a wszak bez obrony

Więdnie pieszczotny powój – a wszak bez osłony

Nie trwa tu słodki owoc – i cóż? ledwo wrócił,

Ujrzał raj swój stracony i zaraz porzucił!

Dlaczego? dla czczej sławy, której blask nie waży

Jednego uśmiechnienia ukochanej twarzy.

Gdybyż przynajmniej w los swój wierzyć miał powody;

Lecz ledwo burza przeszła, już pewny pogody,

Niepomny, jak to gorszko czas zgryzotą liczyć,

Płochy, wydarł się szczęściu, co mógł odziedziczyć.”

Ah! dalej, prędzej! lekko przez chwasty i rowy

Sunie koń wyciągnięty – a brzękiem podkowy,

Hukiem pędu, błyszczącą postacią rycerza,

Ocknionego wieśniaka pierwszą myśl uderza;

“Ha! ha!” – nim otarł oczy i serca mógł dowieść,

Znikł rycerz i zostawił o upiorach powieść.

I tak to leciał Wacław – szczęśliw, trwożny razem,

Śliczny, straszny – był wiernym śmiertelnych obrazem.

XV

Do wrót wreszcie koń doparł swe piersi spienione;

I zarżał – nozdrza chłodząc, to w tę, to w tę stron:

Lecz chociaż księżyc jasny, nie widać nikogo;

Ni giermek do strzemienia szybką skoczył nogą.

“Musi być bardzo późno – niech śpią – trosk nie czujący”

Tak myślał młody Wacław, konia przywiązując;

I z tą żywą pociechą, w której serce tonie,

Kiedy już bić ma wkrótce przy kochanym łonie,

I z tym świetnym wejrzeniem, gdzie kona obawa,

Jednym radości skokiem – u drzwi domu stawa:

Ah! ileż wdzięków, pieszczot jemu się obudzi!

Chwila jeszcze, a będzie szczęśliwszym od ludzi,

Od Aniołów! – zastukał – raz – drugi – i trzeci –

Trzy razy czujne echo z odpowiedzią leci

I milczy – to jedyny znak ruchu lub życia,

Który tam; drzymiąc, czekał rycerza przybycia;

Ni chodu śpiesznych kroków, zgiełku w nagłej mowie,

Ni światła – w ciemnej – cichej – zamkniętej budowie.

Oh! jakże sen ich twardy! Niecierpliwość radzi,

Że szabla jednym cięciem przez próg przeprowadzi –

Lecz tę gwałtowną radę musiał on odrzucić;

Wnosić jej niespokojność, żeby swoją skrócić?

Raczej niech w jego piersiach burz kończy się droga,

Byleby nigdy do niej nie doszła ich trwoga!

Jeszcze stukał – lecz słabiej – bo już w serca niebie

Rosło anielskie czucie, zapomnienie siebie;

I wolnym odszedł krokiem – nieraz wpośrzód ciszy

Zatrzymując się nagle – czy kogo nie słyszy?

Spojrzał na księżyc w pełni – co jego postawę

W czarnych, olbrzymich kształtach obalał na trawę –

Jak słodko i spokojnie bieg swój jasny toczy!

Ah! bo na swoje słońce ma zwrócone oczy!

Uchylił rycerz głowę; widzieć mu się marzy

Jakby szyderski uśmiech w tej pyzatej twarzy.

I tak dumając smutnie lub nie myśląc wcale,

W odmęcie sprzecznych uczuć, gdzie trwogi i żale,

Miłość, wspomnienia, szczęście, wszystko w zawieszeniu,

Błąkał się koło domu śpiącego w milczeniu –

Co cichy, głuchy, martwy i skarb drogi mieści,

Jak te zaklęte zamki arabskich powieści.

Lecz cóż to? Już w zupełnej nadziei utracie,

Postrzega ruch nareszcie – w sypialnej komnacie

Widzi otwarte okno – i lekka zasłona,

Co tam nocnym tułaczom na straż rozwieszona

Z nieśmiałego wietrzyka płochliwie urąga,

Wypycha go z pokoju i znowu go wciąga.

O! jaki luby ogień zbiegł rycerza żyły!

A wszystkie blaski szczęścia do lic pośpieszyły;

Jak tu szalonym myślom stawić się oporem?

Trzeba być cnót najczystszych lub kamieni wzorem;

Nie był jednym ni drugim – umiał walczyć w boju –

Kochać – być wiernym – wdzięcznym – już Wacław w pokoju.

XVI

Na nierozsłanym łożu, w żałobnej odzieży,

Rozciągnięta niewiasta uśpiona tam leży;

Ale jej snu twardego Wygoda nie pieści;

I jakby nagłą przerwą gwałtownych boleści,

Jeszcze w jej sinej twarzy cierpienie zostało,

Choć spokojne, bez ruchu, wyprężone ciało;

I długie jej warkocze spadały w nieładzie,

Nie w takim, w jaki Miłość śpiące wdzięki kładzie;

I smutnie się nadęła wysileniem tłusta,

Jak by się skarzyć chciała, tylko że jej usta

Ścięte silniejszą władzą; a promień księżyca,

Co tę posępną postać migając oświéca,

Tak dziką tkliwość rzucał w przymrużone oczy,

Z jaką wizg upiorzycy, gdy kochanka zoczy.

To młoda śliczna Maria – rycerz przed nią stoi –

Przyniósł jej ziemskie szczęście – i czegoż się boi?

To młoda śliczna Maria? oh! jakże zmieniona!

Czy już się będzie robak tulić do jej łona?

Ale niedługo Wacław stał tam w podziwieniu,

Prędko się w nim duch oparł swego ciała drzeniu;

Schyla się na jej lica, usta do ust łączy

I słodycz swego serca rozkosznie w nie sączy.

“O! moja droga Mario! ty zimna i niema –

A dla nas już jest szczęście” – echo mówi “nie ma”.

“Mario! kochana Mario! w boju mnie widzieli! –

Ojciec mię z tobą spoi” – echo mówi “dzieli”.

Znowu ją pieści – cuci – z miłością stroskaną,

Co by się pocieszyła choć westchnień zamianą;

Jej głowa nagłym rzutem na piersi mu spada

I w uderzonej zbroi jękiem odpowiada.

Krzyczał – szukał ratunku – pusty dom przebiegał –

Tylko się marny zapęd po ścianach rozlegał.

Wraca – znalazł nadzieję – może czy nie zetrze

Mroku z jej czarnych oczów otwarte powietrze?

Lecz gdy silne rycerza unosi ją ramię,

W jakież okropne ruchy jej kibić się łamie!

Nie z tą giętką lotnością, co w dół nie przyciska,

Lecz w całym opuszczeniu świeżego zwaliska,

Zwieszone ręce, głowa, zdrętwiałe już nogi

Czynią z niej przedmiot straszny, jemu jeszcze drogi.

“Oh! wody! wody!” – wołał z przeraźliwym wrzaskiem,

Ogromne drzwi budynku wywalając z trzaskiem.

XVII

W szarej chwastów zarośli lekki ruch się zdaje –

Rozsuwają się liście i czapka wystaje –

I głowa się podnosi – i stanęło ciało,

Co tam w cichym czekaniu ukryte siedziało,

Młodego pacholęcia, co na świat płakało. –

I wzrokiem rozczulonym patrzy się w rycerza,

Co jego zwiędłą młodość podziwieniem zmierza;

Czy strachu, czy uroku schowane tam siłą,

Nie wiem – wyszło z gęstwiny i tak przemówiło:

“Niech rycerz drzącym sercem nie pragnie tak wody.

Bo w niej zgasnął dopiero blask ziemskiej urody;

To te obrzydłe maski, w swej zdradnej zabawie,

Śliczne łono tej Pani zatopiły w stawie,

A kto raz ludzi porzuci,

Nigdy już do nich nie wróci.

Wszyscy domowi – szlachta, panny, giermki, draby,

Pobiegli w pogoń – drudzy po księży i baby;

I dom teraz w cichości – lecz nim zorza znijdzie,

Mrucząc – kadząc – śpiewając – służba Śmierci przyjdzie —

A kto im raz się dostanie,

Zawsze już u nich zostanie.

Zawsze – oh! smutne brzmienie, kiedy srogim losem

Ciężkiej straty i żalu stanie się odgłosem!

W miłości i przyjaźni, w każdej życia dobie,

Tak często powtarzane, a prawdziwe – w grobie,

Bo kto raz ludzi porzuci,

Nigdy już do nich nie wróci.”

I podniosłszy na palcach swoją małą postać,

Żeby się rycerzowi do ucha mógł dostać,

Szeptał, szeptał swą powieść – a w twarzy rycerza

Czarna, czarniejsza chmura coraz się rozszerza;

I znów nagle rozpaczą zaciemnione lica

Zapał gniewu i wzgardy jak piorun oświeca:

Aż w nim powstała wreszcie ta Ponurość dzika,

Co patrzy w jeden przedmiot – w trumnę przeciwnika.

Kruszy najświętsze węzły w ogniu swego piekła,

Gdy i w najbliższym sercu trucizny dociekła!

Aż w nim powstała wreszcie ta Chciwość szalona

Krwi – krzyku – dzwonów – płomień popsutego łona,

Co domowej niezgody rozpala pochodnię

I w własnym swoim gnieździe – zbrodnią karze zbrodnię!

Lecz jeśli takie były najwyższe w nim męki,

Zgon najdroższego szczęścia z błogosławieństw ręki –

O! jak bezecnej Zemście, co nim słusznie miota,

Towarzyszy okropnie Rozpacz i Zgryzota!

A wszystkie razem bole w osłupiałym oku

Łączy myśl przeraźliwa – Niezmienność Wyroku!

Mniej straszna w swym nieszczęściu, od wężów jedzona,

Wzór najsroższych męczarni – postać Laokona.

XVIII

I tak Wacław od razu wszystko w świecie traci:

Szczęście, cnotę, szacunek dla ludzi, swych braci;

I już nigdy swej lubej ze snu nie obudzi,

Co mu miała zastąpić wszystkie cnoty ludzi,

Której blask czysty, słodki anielskim promieniem

Fałsz przyjaźni – serc próżność – powłoczył złudzeniem;

I tak Wacław pozostał samotny w pustyni –

Jakże zniknienie Marii ciemną ją uczyni!

Długo on przy jej zwłokach stał w niemej żałobie,

Jakby z kamienia posąg przy kochanki grobie;

Bo zgroza srogiej złości i widok jej skutku

Wygnały nawet z duszy rozczulenie smutku;

Tylko ten gorszki pomysł do żalu go wrócił:

“Ach! czemu ufał ludziom, czemu ją porzucił!”

I gdy w jej zbrzękłej twarzy widzieć mu się zdało,

Co tam w walkach ze Śmiercią mimo niej zmartwiało,

Pierwszy – ostatni wyrzut – i to z tym wyrazem,

Że ich szczęście i siebie – zagubił z nią razem;

Wtedy dopiero serce odzyskało bicie –

Twarz ukrył w obie ręce – i płakał jak dziécie!

Lecz niedługo – już serce zdradzone, pokłute

Zepsuło się w truciźnie przez jedną minutę;

Już duszy, wprzód szlachetnej, zatknięte to godło,

Co wygnańców swych myśli w sromotę zawiodło.

Czyż ten bujny młodzieniec już ziemi ohyda?

Ah! pytaj raczej – na co dobroć się tu przyda?

Gdzie co czułe, szlachetne, tylko chwilę świeci –

Gdzie zgon starych rodziców korzyścią ich dzieci –

Gdzie chlubna miłość bliźnich, w udanej tkliwości,

Cieszy się ich niedolą lub szczęścia zazdrości –

Gdzie rola wzniosłych chęci zawsze się nie uda,

Bo w śliczny welon Cnoty stroi się Obłuda –

Gdzie tylko jedna słodycz – w wzajemnym zachwycie

Serc wiernych, niezgadnionych, zanurzyć swe życie.

XIX

W tym ciemnym ludzkich uczuć i posępnym lesie

Dla jednych czas powoli odrętwienie niesie;

Gubią listek po listku; aż w późnej jesieni,

Jak mszyste głuche dęby, stoją obnażeni.

Drugim – skwarem ich słońca zbite nawałnice

Rzucą z trzaskiem i grzmotem dzikie tajemnice;

I znów błyśnie pogoda – i czasem się zdaje,

Że weselsza zieloność po burzy powstaje –

Lecz kto się bliżej wpatrzy, choć pozór jednaki,

Dostrzeże – czarne wewnątrz spalenizny znaki.

A gdy w rażonym drzewie wicher rdzeń rozżarzy?

Któż pożar od piorunu gasić się odważy?

I tak bujna krzewina zniszczenie rozniesie

W tym ciemnym ludzkich uczuć i posępnym lesie.

Co Wacław sobie w życiu może obiecywać,

Trudno by wytłumaczyć – i straszno zgadywać;

Na jego sercu ciemna, skrwawiona zasłona,

Dosyć – na cóż ją zdzierać z ranionego łona?

Wszystko on już postradał – i chyba to zyska,

Że nie czas, ale płomień zniszczy w nim zwaliska.

To w krótkim zamyśleniu korząc się przed Bogiem –

Z swym małym przyjacielem czyli nowym wrogiem

Umarłe ciało nazad wnieśli do komnaty;

A księżyc mglistym oczom pożyczył oświaty.

Tam Wacław raz ostatni posłanie jej mości;

I czułym wyręczeniem bezwładnej Skromności

Jej członki, włosy, szaty w porządek układa,

Bo ciekawa Złośliwość i w śmierci ogada.

Wtedy – z tęsknym wejrzeniem na jej martwe lica,

W którym żałość rozstania, lecz i obietnica

Prędkiego połączenia – z uwagą Rozpaczy,

Co każdy rys Nieszczęścia w pamięć sobie znaczy –

Wtedy dobywszy miecza, co świsnął, a w cięciu

Srogim będzie i w trupa zostanie ujęciu

Wyszedł – i zaraz z twarzy wszelkie znikły bole;

Skoczył na koń – a za nim usiadło pacholę.

Lecz któż był ten człek mały z okiem zapłakanem?

Czy Duchem jego losu? Aniołem? Szatanem?

Czy szczerze drażni męki lub smutek z nim dzieli?

Nie wiem – objął rycerza i w ozwał polecieli.

XX

Na ukraińskiej cerkwi błyszczą się trzy wieże;

A ukraińskie baby szepczą swe pacierze.

Biją we dzwony żaki i zysk sobie krzeszą;

Ludzie dobrzy – czy pogrzeb, czy to chrzciny – śpieszą:

Wewnątrz – kiry, katafalk i trans – a w rzędy

Blado się palą świece – czarno, straszno wszędy:

Czyjaż tam wzniosła postać wśrzód ciekawych grona

Leży długim i martwym krzyżem rozścielona?

Czyjaż tam pierś rycerska w kurzawie się wala?

I z tą cichą pokorą, co się nie użala,

Choć i najsroższych kaźni ciężkie dźwiga brzemię,

W swej niemej pobożności jakby wbita w ziemię?

Blady – jak łysk od gromnic, co mu na twarz wbiega,

Smutny – jak śpiew umarłych, co się tam rozlega,

Z poziomego zniżenia, gdzie go wiara tłoczy,

Jak robak świętojański świecą jego oczy.

Ah! to Pana Miecznika siwa, nędzna głowa;

Niedawno żonę stracił – teraz córę chowa.

Na to huśtał kołyskę, by w trumnie uśpili;

Na to jej woził lamę, żeby całun szyli.

I dziwno – jak nieczułym zdał się na pogrzebie,

Jak by już dusza jego była z córką w niebie.

I takim był i potem – ni żalu, ni skargi

Nikomu nie zwierzyły wypłowiałe wargi;

Ni łzów w hardym spojrzeniu nie było oznaki;

Mniej z ludźmi, więcej z Bogiem, a zresztą – jednaki.

Co dzień on w jednej porze chodził po kryjomu;

Lecz nim wydano hasła, powracał do domu.

Raz i północ minęła, a Miecznik nie wraca;

I gdy patrząca Czujność nadzieję utraca –

Gdy dziko grają trąby – a ze snu, jak z procy,

Rzucili się rycerze k’zemście lub pomocy –

Znaleźli go w cmentarzu; przy córki i żony

Przyległych dwóch mogiłach klęczał nachylony:

Taż sama w ustach słodycz, a w czole sędziwość –

Taż sama bladość twarzy, ale oczu żywość –

Czapka, wąsy, dla Polski straszydło na wrogi –

I żupan ten sam czarny – tylko że gdy trwogi

Odgłos z trąby wojennej dochodził daleki,

Nie porwał się do korda – już spał – spał na wieki.

I cicho – gdzie trzy mogił w posępnej drużynie;

I pusto – smutno – tęskno w bujnej Ukrainie.

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading...

Wiersz Maria. Pieśń druga - Antoni Malczewski