Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz Uwaga kary niezliczonej grzechów



Jezus Maryja! co się to dzieje?

Na dno piekielne kwapiąc się śmieję

Śmiechem serdecznym.

Z góry w dół lecąc, lotów nie ściskam.

Na dardy, miecze skwapnie się ciskam,

Zguba w ochocie!

Haki, tortury i kołowroty

Na kratach, resztach wieczne obroty,

Ogniste stosy.

Siarki, żywice, żarzyste spiże

Dość mile, gdy mi grzech serce liże,

Ślepota wieczna!

Śmiechu serdeczny, tyś mi chorobą

Że już po życiu! żywąś jest proba,

Rana śmiertelna.

Recepty zmyślić nie trafią leki,

Choćby pożarły setne apteki,

Tu kres nadziei!

Ciężkiś mój grzechu nader w sumnieniu

Nielekka plama z ciebie w imieniu

Z dawna szlachetnym.

Sto herbów sławy nie kontentuje,

Piątno niecnoty gdy pieczętuje.

Złość nie do twarzy!

Choćby cię skrucha stłukła, stłoczyła,

Przecie pamiątka: złość w sercu była!

Skaza na wieki!

Tak są szkodliwe twe brudy, glozy.

Łyka zdarte, jak świeże powrozy

Serce krępują.

Co moment, z pola dzień życia schodzi,

Przecie ma dusza w ekscesach brodzi

Złość z wodą pijąc.

Choć tonie, ginie, “gwałtu” nie woła,

Moment, jak okręt pędzi wesoła

W piekło styrując.

Oprócz dusz klęski wszędy ruiny

Wałem się sypią, z grzechu przyczyny

Wędrowne kary,

Zań latem upał, tuż srogość mrozów,

Bez koni, wozów dojdą obozów

W szyku stawając.

Tam ludziom szyje podgolą Parki,

Potym nadęte wież, zamków karki

Na łeb strącają.

Wnet się rozbłyszczą w murach wyloty,

Gdy grzech wypali kule i groty

Z pomsty możdżerzów.

Z Marsem w kontr chodzi na bakier z pokojem,

On trzęsie zgodą, on rządzi bojem,

Wietrznik na wszystko.

Niech pakta będą z kim chcąc zawarte,

Wraz dokumenta staną podarte

Za płytkim mieczem.

On trwoży dwory, trzęsie pałace,

Gdy mściwa pomsta we drzwi kołace,

Trwoga w pokojach.

Za stół zasiada, rwie kęsy z gęby,

Dożuć nie dadzą latając zęby.

Febra w jelitach.

Choć się wiwaty zaczną po stole,

Kielich z nóg spada, a oschłe wole

Dręczy pragnieniem.

Nie kontentują tam krotofile,

Gdzie się przylepka rozgości niemile,

Wszytko wywrotem.

Niech się sonaty kapel wydadzą,

Lub serenady, gale zgromadzą

Wdzięczne opery.

Niech się wysila metr kapelista,

Zerwie myśl dobrą grzech kompanista

Trenem wewnętrznym.

Latem ogrody, oranżeryje.

Flory, tulipy, róże, lilije

Nie uweselą.

Zimą przejazdki, brygad parady,

W zapust kuliki, miłe szlichtady

Czoło zakwaszą.

Wszędy się wścibi ścisły kolega,

Ból serce ściśnie, gdzie grzech dolega

W parze z frasunkiem.

Próżno myśl suszyć, nic nie rozbije

Melancholiji, póki grzech żyje

W wnętrznym pokoju.

Kto by zamyślał siły stargane

Na betach spowić w sny pożądane

W bezspnne nocy.

Sen o mil tysiąc oczu odbiega,

Gdy na sumnienie trwoga nalega,

Grzech jawny nie śpi.

A któraż grzechu złość zliczy karta?

Gdy i anioła zamienił w czarta

A królów w wołu.

Wielkie bo w niebie grzechu rodziny,

A pogrzeb w piekle, z pychy ruiny:

Tak zawsze kończy!

Ten łotr i tyran niebo skołatał.

Ani swej dziury wiecznie załatał,

Którą Luciper

Rozdarł dość twardej buty rogami

W dół na łeb lecąc z adherentami,

Tak profitował.

Dośćże już w grzechach śmiechu, szaleństwa,

Doda łaskawie niebo zwycięstwa,

Vale bez zwrotu.

Boska obraza brzydka maszkara,

W której konwoju plaga i kara:

Jezus, Maryja!

Pod cetnarami duszę stroskaną

Złości towarem naładowaną

Na szlakach łaski

W niebo winduje moc nieustanna,

Maryja, Józef, Joachim, Anna,

Jezus, Maryja!



1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading...

Wiersz Uwaga kary niezliczonej grzechów - Józef Baka