Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz Oda do Wiatru Zachodniego

I

Dziki Wietrze Zachodni, oddechu Jesieni,

Twą niewidzialną mocą martwa drzew korona

Rozbiega się jak duchy albo potępieni,

Ćma żółta, czarna, blada i wściekle czerwona,

Dotknięte epidemią niezliczone mrowie:

Niczym pasterz zaganiasz skrzydlate nasiona

Do zimowego łoża – to ziemi grobowiec

Trzyma je wszystkie w ciszy i chłodzie, jak zwłoki,

Aż kiedyś twej wiosennej, modrej siostry powiew

Obudzi śpiącej gleby życiodajne soki

(Prowadząc wdzięczne ptaki na podniebny taniec)

I wypełni barwami wzgórz szczyty i stoki:

Dziki duchu, co wszędzie dotrzeć jesteś w stanie,

Który niszczysz i chronisz, usłysz me wołanie!

II

Ty, w którego strumieniu, wśród zgiełku bałwanów,

Błąkają się samotne, rozrzucone chmury

Jak liście z drzewa Nieba albo Oceanu,

Deszczu i błyskawicy anioły: u góry

Rozpięte na niebieskim grzebieniu twej fali,

Jak rozpuszczone włosy lasu dzikiej córy,

Menady, z horyzontu niewyraźnej dali

Po wysokość zenitu, rychłej zwiastowanie

Burzy. Ty, który świece pogrzebowe palisz

Rokowi, co umiera – jego zaś się stanie

Ostatnia noc sklepieniem sepulkralnej niszy.

Co stworzy to sklepienie? Twoich starczy za nie

Oparów moc, ich ciężkiej atmosferę ciszy

Rozsadzą grad i ogień, i deszcz czarny: słyszysz?!

III

Ty, który przebudziłeś z letniego omdlenia

Sine Morze Śródziemne, co legło w tym kraju

Uśpione niejednego szmerem wód strumienia

Przy wulkanicznej wyspie nieopodal Bajów,

I zobaczyłeś we śnie pałace i mury

Drżące w zwierciadle fali żywszego rodzaju,

Które, niczym atłasy, mchów zdobią lazury

I kwiaty takie słodkie, że bezsilnie mdleją

Chcąc je przedstawić zmysły! O, ty wietrze, który

Sprawiasz, że Atlantyku płaskie wody zieją

Przepaścią, a poniżej w morskim kwieciu chowa

Się muł i suchych liści porastają knieją

Głębiny, którym głos twój melodia nie nowa,

I które drżą przed tobą: usłysz moje słowa!

IV

Gdybym był martwym liściem, który mógłbyś unieść;

Gdybym był chmurą i mógł z tobą iść w zawody;

Falą, której odbierasz dech, a która sunie

Dzięki twej sile, chociaż nie ma tej swobody,

Co ty, nieokiełznany! I nawet pędrakiem

Gdybym mógł być, jak kiedyś, choć wciąż jestem młody,

I mógł z tobą przemierzać twe niebieskie szlaki,

Jak kiedy prześcignięcie burzy, gdy nadchodzi,

Zdawało się możliwe, nigdy pomysł taki

W moich chorych marzeniach by się nie narodził.

O, unieś mnie jak falę, jak liść albo chmurę!

Padam na ciernie życia! Krwawię! Ciężar godzin

Przygniótł do ziemi kogoś, kto twą ma naturę:

Jest dziki, szybki, oczy dumnie wznosi w górę.

V

Uczyń mnie swoją lirą, choć masz już gałęzie:

Czyż nie mogą me liście opaść, jak te w lesie?

Grzmienie twoich harmonii z obu wydobędzie

Głęboki ton jesienny, niech się wszędzie niesie,

Słodki, choć smutny. Bądźże, niespokojny duchu,

Moim duchem! Mną bądźże, porywczy bezkresie!

Me martwe myśli ponad świata zawieruchą

Unieś, noszenie liści przecież cię nie trudzi,

I. czarem tej poezji, miłej, wierzę, uchu,

Rozrzuć po świecie moje słowa pośród ludzi

Jak z niewygaszonego pieca iskry chyże!

Przez me usta bądź ziemi, którą trzeba zbudzić,

Trąbą proroctwa, Wietrze! Zima coraz bliżej,

Dalekoż za nią Wiosna, gdy się owce strzyże?

Przełożył Maciej Froński


Wiersz Oda do Wiatru Zachodniego - Percy Bysshe Shelley
«