Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz RAPSOD TRZECI

RAPSOD TRZECI
Morze szalało. Parowiec szamotał się w wściekłych zapasach z burzą, ostrym kadłubem rozrzynał olbrzymie bałwany, łamał wściekłe nawroty spienionych wałów, a o szyby okien kajuty biły pijane fale z głuchym jękiem.

Myślałem o mej dalekiej ojczyźnie, o posępnych ścierniskach w cichym blasku jesiennych nocy. Myślałem o domu rodzinnym, o gnieździe bocianim, które kiedyś uplotłem na samym szczycie stodoły, zamajaczyły mi tęskne dumy, które mi stara piastunka śpiewała przędąc len w zimowe wieczory.

Parowiec cofał się, by nowym zapędem szturmować spienione wiry morza. Naprzeciw mnie grało dwóch podróżnych w karty, inni spali wokół na ławkach; na wpół śpiący wpatrzyłem się chwilę w obce twarze, wsłuchiwałem się w jednostajny huk maszyn, w wycie trąb dających sygnały. Naraz drgnąłem…

Spostrzegłem drobną twarz kobiety, nieruchomo ku mnie zwróconą, bladą i jasną jak światło miesiąca, spostrzegłem oczy – oczy… Nie pomnę ich kształtu, nie dostrzegłem ich barwy, czuję tylko, jak drobne, błagalne ręce ujęły w drżących pieszczotach moje serce, tuliły je i całowały.

Na chwilę zadrgały jej usta, jakby mi chciała coś powiedzieć, jakby czekała, bym ja jej coś powiedział, ale tylko przez błysk chwili. Znowu twarz jej zastygła.

Tylko jej oczy błyszczały i wpiły się głębiej jeszcze w me serce. Rwało mnie coś, by powstać i pójść, gdzie mnie te oczy powiodą. Czułem, że gdy powstanę, będą jak gwiazdy płomienieć nade mną taką wielką mocą, że poniosą mnie przez wszystkie burze i morza.

Nie wiem, jak długo oczy nasze w tym spowiciu milczały. Nie wiem, była to jawa, czy sen? Bo oto prysło światło w jej oczach, głowa jej opadła na poduszkę i znikła w fałdach jedwabnych szalów.

W ścisku, na pomoście prowadzącym do przystani, zniknęła mi z oczu.

Szukałem jej, och, jak jej szukałem!

Od rana do późnej nocy wlokłem się trawiony gorączką i tęsknotą; szukałem jej po wszystkich ulicach rojących się niezliczonym tłumem ludzi.

Dopatrywałem się jej w każdej kobiecie; zdawało mi się, że ją widzę w każdym oknie, jak za mną śledzi, a przed sobą widzę wciąż te oczy z palącym pytaniem, czy nie przyjdę, czy nie pójdę za nią.

I widziałem te oczy, jak się zapalały, jak błyszczały gdyby węgle żarzące, widziałem je, świetliste białą łuną elektrycznych lamp, a często w pomroku stojąc nad brzegiem morza, widziałem wokół nich tęczowe mgły, jakie się widzi wokół gazowych latarni, gdy się na nie patrzy przez szronem pokryte szyby.

A im dłużej szukałem, tym szersze kręgi roztaczała łuna tęczowa wokół tych oczu, tych dwu gwiazd płomienistych. Na całym niebie rozkwitły dwie olbrzymie tarcze światła, czerwoną mgłą zalegały krańce ziemi, aż w końcu dwoje tych oczu, jak dwa krwawe słońca, zanurzało się w morzu – niedościgłe.

Szedłem pogrążony w potwornych snach. Mógłbym może wyzdrowieć, gdybym mógł zabić, unicestwić dwoje tych oczu.

Przede mną na złotej misie leżały oczy, dziko rozwarte – oczy, gdyby dwie wściekłe pięście ziejące zemstą, oczy Jana Chrzciciela. Z rozkoszą tygrysicy pastwiła się nad nimi córka królewska, biła je i kłuła te oczy kochanka, które nią wzgardziły. Poiła się ich niemą rozpaczą, ich bezsilną zemstą, aż wreszcie wbiła w nie ostrą, złotą igłę. Dwie nitki krwi trysnęły w górę, oczy podskoczyły w ostatnich kurczowych podrygach, krzyknęły strasznie i stanęły słupem.

Córka królewska zaśmiała się radośnie. – Śmierć tych oczu zdjęła urok z jej serca.

Takim błędnym kołem biegły me myśli, gdym chodził i szukał.

A stojąc znowu pod wieczór nad brzegiem morza, usłyszałem przeciągły głos, jakby go mgły z obcych krain przywiały, głos pełen wabiących pieszczot i nęcących zagadek. Dźwięk jego zdawał się nie mieć żadnego początku, a spływał w nieskończoność, pierścieniem wieczności zlewał się ze sobą.

Naraz dusza ma ogarnęła niepojętą tajemnicę.

Ten raj śpiewały mi oczy, których tak rozpacznie szukałem. Ten raj śpiewało mi morze. A ten głos, który teraz wabił me serce w odległe dale, ten głos wśpiewał i w jej duszę swoje ciemne gwiazdy.

Bo taką rozkosz śpiewa tylko morze.

Tak się poczęła moja święta miłość.

Nigdy go przedtem nie widziałem, choć moje serce często śniło swe błędne sny gdzieś w roztoczach jego mgieł.

Teraz dopiero pojąłem, że od samego początku było we mnie i ze mną, krew mojej krwi, moje dziecko, siostra i oblubienica moja:

Morze!

I nikt tak go nie kochał, jak ja je kochałem.

O, ten cud nad cudami. Słowo, co morzem się stało.

Kocham je, gdy świt się wyzwala z lubieżnych uścisków nocy, swoje krwią obryzgane ramiona na niebo zarzuca, a olbrzymia korona, gdyby w ogniu stojąca kępa koralowa, na całym wschodzie czerwoną łuną się pali. Wtedy się morze wspina na niebo, wgryza się w jego głąb tysiącem purpurowych języków; nad morzem, co z niebem się zlało, wyrastają złote pałace, kwitną czarowne ogrody. Na niebie wichrzą się fantastyczne paprocie, liście palm, jak z płomiennych kryształów ciosane, kielichy orchidei w olbrzymie kiście spowite.

Kocham je, gdy słońce w upalne południe sypie diamentowy piasek na lekko pomarszczoną toń i w rozszalałym zamęcie światła gdyby święta monstrancja skrzy się nad morzem.

Kocham je, gdy burza je chwyta w swe wściekłe ramiona, ku niebu ciska i o skały rozbija, lub spienione jego bałwany gdyby potoki lawy na brzeg wyrzuca –

Ale nade wszystko kocham je, gdy godzina zmroku, krwią i błękitem spowita, do jego łona się tuli –

Kiedy odgłosy dalekich dzwonów wolno, w cichym smutku gdyby płaty śniegu w bezdenne głębie spadają –

Kiedy wspomnienia z cichym szumem ulatujących skrzydeł o niebo trącają –

Kiedy smutek tęsknoty na duszę spływa z tajemniczym szelestem spadających liści, przegryzanych jadem jesieni.

Wtedy je kocham najwięcej, siedzę na stromych ścianach skał i chłonę wieczność…

Wokół wiekuiście cichych, śniegiem pokrytych gór, stacza noc w czarne otchłanie swoje ciemne brzemię.

Na głębie morza rzucają skały posępne cienie, co w głuchej ciszy strzegą grobu zapadłych słońc.

Już wspina się morze lśniącymi mgłami na krawędzie nieba, już ścielą gwiazdy na zamilkłej toni swe blade sny, niby drgnienie wieczności prześliznęła się przez niebo krwawa błyskawica i spadła w milczenie, co się wokół morza święci:

Zapomnij serce, zapomnij!

A z kwiecia wieczności, co na śniegu pysznych gór wyrosło, ulatuje na ciemne morze oddech pieśni.

Niby wahająca się ręka wysuwa się z wolna cichą modlitwą na wodę, drżącymi palcami trąca o fale gdyby o paciorki różańca, nad ciemną głębią rozwiesza żałobne kiry i słyszę, słyszę świętą gędźbę bólu:

Lat sto, a wszystko przeminie.

A święta msza morza, światło, co z jego dna wykwita i z kielichów gwiazd na powrót do dna spływa, pieśń gór, co łka w żałobnym omdleniu morza, to wszystko ton jeden, jeden sen złoty, jedno szczęście rozpaczne:

Lat sto, a wszystko przeminie.

A oto rozpościera dusza moja swe białe, burzą zwichrzone skrzydła, od jednego krańca nieba do drugiego; ujęła morze w swe ramiona, i pierś przy piersi, w rozkosznym spowiciu, spoczęło morze i dusza moja.

O, nocy upojenia, nocy obłąkania!

Rozpryskujące się meteory wichrzą w mym sercu, z namiętnym pożądaniem tulę do mej piersi twój gorączką spiekły zmrok, i piję, chłonę w chciwym pragnieniu moje wielkie szczęście –

O jasna moja – o morze moje!

Nikogo jeszcze morze z taką mocą nie ukochało, z jaką mnie kocha.

Bo moja dusza, toć to morze samo. Te same bezbrzeżne dale, ta sama spieniona pycha, ten sam rozpęd i szał.

Kochało mnie morze i długie lata żyłem z nim razem, jego cichą modlitwą wieczorną kołysałem stęsknione serce do snu, a budząc się wznosiłem się wraz z nim pod świetliste i modre rozbrzaskiem niebo.

A stało się, że razu pewnego, kiedy nadeszła godzina wieczorna, a morze poczęło śpiewać swe święte pieśni, ujrzałem ją, siostrę i oblubienicę moją, której tak długo szukałem.

Oczy jej płonęły jak gwiazdy, a głos jej – wszak to był głos morza, który kiedyś słyszałem nad wieczornym brzegiem…

Przyszła jak gołębica burzą w dalekie strony zagnana, przyszła jak zbłąkana mewa, która szuka miejsca, gdzie by sobie nowe gniazdo usłać mogła.

Tysiące mil przez rzeki i góry szła za jutrznią wieczorną, za gwiazdą, co od wschodu nad morze się wznosi.

A kiedy wyszła z lasu, co rośnie nad brzegiem morza, padła na twarz i zapłakała niemą modlitwą.

Wokół stała się cisza wielka, jakby wszelkie życie w Irwożnej pokorze zamilkło.

I kląkłem przy niej, całowałem jej ręce i stopy, a potem wziąłem ją w silne ramiona i zaniosłem do mej chaty.

Nogi jej były poranione i krwawiły.

I obmyłem jej stopy i całowałem święte rany.

I odtąd byliśmy zawsze razem.

Wokół nas krzyczały bezgłośnie błyskawice.

Ale w odmęcie naszego szczęścia, w parnych splotach ciał naszych, w namiętnym uścisku naszych dusz zapomnieliśmy o piękności morza.

A morze szalało.

Razu pewnego, gdy w ciemnej, jesiennej nocy zwisła bezwładnie w mych objęciach, zawrzało morze straszną burzą.

Struchlałem. W oczach mi prysły krwawe pioruny, ręce opadły, a dusza z przerażenia oniemiała.

Morze ryczało przeciągłym rykiem, ciskało sio o skały z hukiem wodospadów, coraz silniej, coraz wścieklej, jakby je z posadami chciało na brzeg wyrzucić.

W obłędnym strachu wybiegłem na skały.

Wyżej ponad najwyższe szczyty kościołów wyrosły nagle dwie olbrzymie fale. Rzuciły się na siebie jak dwa wściekłe szakale, poczęły się mocować w rozszalałych zapasach, rozbiły się w pianę, znowu w niebo wyrosły, a w ogłuszający huk morza zlewały się straszne jęki rozbitków, piekielny trzask dwóch statków, które morze gdyby dwa okruchy na siebie rzuciło, ryki sygnałów i przeraźliwe wycia o pomoc.

Widziałem jeszcze, jak na szczycie coraz wyżej piętrzącej się fali zakołowało czółno ratunkowe i w przepaść się zwaliło, a w czarne kłęby chmur, które noc na szał morza stoczyła, wgryzał się bezsilnym drżeniem słaby płomień latarni morskiej.

Wróciłem do chaty. Spojrzała na mnie pytaniem, jakim się krwawi dogorywająca gazela, oczy jej wpiły się chciwie w mą duszę, pełne lęku i przestrachu. Odwróciłem głowę.

Noc całą nie przemówiliśmy słowa. Ale czułem, jak jej oczy wpijały się bólem i niemocą w ciemną noc.

Odtąd gasła nasza miłość i bezwładniała w ciągłych zapasach z obłąkaną zazdrością morza.

A stało się, że morze znowu ciskało z hukiem grzmotów olbrzymie bałwany na naszą chatę. Oczy nasze spotkały się w jakiejś strasznej, rozpacznej niemocy. Jej usta zbielały, a drżała tak, jako drży serce, świeżo z piersi wyrwane.

Naraz coś ją w tył targnęło, wybiegła na skały i córka burz i szału rzuciła się w odmęiy pianą tryskających wirów.

I nagle, jak gdy żelazna pięść osadza rozhukanego źrebca tuż nad skrajem przepaści, stała się cisza.

Kornie opadły bałwany i morze wypogodziło się do dawnej piękności i słonecznego majestatu.

I cichym uśmiechem zabłysnęły przestworza, bo znowu wróciło mu serce.

Bo jej serce było jego sercem.

Morze samo mi to objawiło.

Raz, gdy dusza moja rozpłynęła się w smutku nad morzem uczułem nagle bijące serce wkoło siebie, czułem, jak bije o me piersi, widziałem, jak w morzu tonie, jak w szybkim pędzie ponad nim ulatuje i naraz uczułem jego szybkie, gorączkowe drgania wokół mej twarzy niby trzepotanie ptasich skrzydeł w kurczach przedśmiertnych.

Dreszcze przebiegały po mym ciele; serce moje straszną trwogą zdjęte w krtań mi wrastało. Krzyczałem, gwizdałem, by strach zagłuszyć, ale wciąż czułem, jak to serce o twarz moją bije, jak o pierś moją gwałtownie się tłucze.

I serce rosło – rosło, jednym zamachem rozerwało gęstą noc i gdyby piorun wpadło do morza.

A teraz puka cała ziemia – drży – trzęsie się. Coraz głębiej wwierca się serce w jej ciemne wnętrze i oto rozwiera się dno morskie i wszystka krew ziemi, wszystkie rzeki, jeziora i oceany spływają do serca ziemi.

Dusza moja wyciąga długie, drżące ręce w bolesnej tęsknocie. Wdzieram się na najwyższe góry, a na potężny rozkaz mój staczają się z wszelkich gór szczytów lawiny śnieżne w morskie odmęty, aż tam, gdzie niedawno jeszcze lśniły wodne roztocze, zasiniała olbrzymia płaszczyzna śniegu.

Bo tak mi tęsknota powiedziała, że w czarnej nocy zobaczę na lśniącym śniegu cień mej gołębicy, przepływający ponad globem.

Ale nie dostrzegłem cienia.

I na potężny rozkaz mój staczają się wszystkie lodowce ziemi, olbrzymie głazy lodu, aż wreszcie tam, gdzie niedawno siniały bezdroża śnieżne, zazieleniały posępnym opalem bezkresne obszary lodu.

Bo znowuż podszepnęła mi tęsknota moja, że w tej czarnej nocy ujrzę ją nad lśniącym lodem, że wytryśnie jako płomień, jeżeli serce jej jeszcze żądnym pragnieniem ku mnie bije.

I oto, niby ognista nitka wytrysnął naraz płomyk; w jednej chwili rozrasta się w krzew, rozlewa się w ognisko, leje strumienie ognistych warów na bezkresy lodowe. Błyskiem piorunu zamienia się śnieg i lód w jedno morze ognia, święte serce morza poczyna bić i znowu wyrzuca wrzące lawy ognia swą krew: potopy rzek, jezior i oceanów chłoną pożar wszechświata.

I znowu lśnią mgły nad morzem, znowu święci się milczenie światłem miesiąca wokół zrębów ziemi i znowu zlewają się gwiazdy złotymi tętnicami swe blade światło aż na dno oceanów.

Nigdy jeszcze tak jak teraz morze nie kochało. Wszystkie swoje tajemnice mi powierzyło, swoje oczy, swój głos, swoje serce.

Kochało mnie wielką, dziewiczą miłością. Nikogo już nie znosiło na swych falach, niszczyło tysiące pancerników, niby łupiny orzechów, a tysiące ofiar, tysiące potwornie rozkładających się zwłok ludzkich pokryło brzeg skalistej wyspy.

Tylko ja, ja jedyny, Ja, syn morza, syn jego tajemnic, jego burz i obłędów7. Ja jedyny mogłem się błąkać po jego bezdrożach. –

I jednej ciemnej nocy wypłynąłem na jego bezdenne otchłanie. Długie, wąskie czółno tańczyło jak fryga po toniach. Ponad ziejące przepaści przeskakiwało z jednej fali na drugą, staczało się z jednej głębi do drugiej, jak kropla rosy spadało ze szczytów fal w bezdenne gardziele wirów i lotem strzały wzlatywało znów na pieniste ich grzebienie.

Krzyczałem z zachwytu nad igraszką, jaką morze bawiło swego syna.

Nagle stała się cisza. Morze wygładziło się jak bezchmurne niebo.

I spostrzegłem naraz, jak łódź moja wydłuża się, rośnie w nieskończoność od jednego brzegu do drugiego; czułem, jak nabiera życia, jak staje się ciałem, jak ciepła krew w nim krążyć poczyna.

Z obu stron wspięło się morze, a dwie ściany wodne gdyby dwa wydęte żagle wrosły w olbrzymie ciało; dwa potworne skrzydła zaszumiały: siedziałem na grzbiecie ogromnego ptaka, co rwał się niespokojnie, jak do lotu.

I naraz zatrzepotały skrzydła i z wolna oddzieliło się morze, co ciałem się stało, od dna. Z ogromnym majestatem rozwinęły się skrzydła jego od jednego krańca nieba do drugiego, morzeptak wzbił się ponad obłoki – i nagle patrzyłem w jakieś przepaściste czeluści, jakaś gwiazda dogorywała niby tlący się wiór:

To ziemia!

I znowu stacza noc dookoła wiecznie cichych, śniegiem pokrytych gór, w czarne otchłanie swoje ciemne brzemię.

Upalna spiekota słońca dogorywa na widnokręgach nieba, kojącym chłodem wznosi się cisza ku błękitom, a jako dreszcz wieczności rozświeca się błyskawica nad morzem.

W nieskończonych oddalach rozpływają się pobliża, z lśniących błysków wyplata dusza na rozchwiei wodnej iskrzącą tkaninę snów, a w przeczuciu wieczności płonie królewską potęgą moje szczęście rozpaczne:

Lat sto, a wszystko się prześni.

Rozprysła się radość, szczęście przekwitło, dawno już prześniło się cierpienie. Tylko morze zostanie i miłość moja zostanie, co z ciemnych głębin jego tajemnic w płomiennych snach wykwita.

I znowu roztaczam moje białe, życiem zmęczone skrzydła od jednego krańca morza do drugiego, w roztęsknione ramiona ujmuję jego bólem spiekły zmrok i tulę do siebie i piję jego wieczność, moje wielkie tajemne szczęście – O jasna moja – o morze moje.

Kristianiafjord i Playa dela Mera 1897/1898

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading...

Wiersz RAPSOD TRZECI - Stanisław Przybyszewski