Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz RAPSOD PIERWSZY

RAPSOD PIERWSZY

Byłem królem!

Bezkresne było państwo moje, a bez granic potęga moja.

Dziś siedzę na złomach skał, patrzę na morze i myślę o Tobie.

Morze się pieni, u nóg mych łamią się z głuchym łoskotem olbrzymie fale,
a noc tak ciemna i dżdżysta.

Zamykam oczy i słucham.

I słyszę tajemny szum – wzmaga się i opada; chwilami słyszę go gdyby
zbłąkane echo z nieskończonych oddali, to znowu wre mi w uszach gdyby
kipiący war zatorów. I nie wiem, czy to we mnie, czy poza mną ten
straszny głos burzy?

I czuję, jak szum ten staje się czarnym jękiem mej duszy. Czuję, jak
zapuszcza korzenie w najtajniejsze głębie mego serca, jak rośnie, jak
naraz rozkwita w wielki kwiat boleści. A śmieje się dziko, śmieje się
zgrzytem upiorów, rozgałęzia się w krzew, wrasta w każdy mój nerw, ssie
rozkosz z mego bólu, kipi radością nad mą niemocą, rozdziera światło
mych oczu, tak że cały świat migoce gdyby krwawy szmat purpury i w
ognistych łzach się rozkrapla.

Sam jestem na świecie. Sam jedyny. Sam, bo stoję ponad wszelką burzą i
bólem. Na szczycie najwyższych gór stoję w odwiecznym śniegu, odziany w
najtajniejsze dale życia, i widzę, jak się przestrzenie rozszerzają, a cisza
wokół mnie jako jedyny wir, który wszystko pochłania i moje dziś i moje
jutro, moją rozpacz i… i… Ale otóż słyszę głuchy rozgwar; jak czarna
chmura kłębi się pode mną gniew i grzech życia, a lejąc się gdyby
strumień roztopionego złota spadła pierwsza błyskawica… I widzę, jak się
olbrzymie skały lodu rozluźniają i z przestrachem sądu ostatecznego
staczają się w dół. A trzask i łoskot i grzmot stał się ciałem, rozerwał
powietrze od góry do dołu, bo nie mógł znaleźć dość miejsca. Tylko ja, ja
sam stoję niewzruszony w tym strachu i gniewie i burzy, ja sam panuję
nad zniszczeniem, bo nie ma bólu większego nad ten, który mi serce
szarpie i nie ma strachu nad ten, co mi jadem trucizny mózg przegryza.

Ucichło…

Dwa krwawe światła na morzu. Dwa krwawe słońca, w których dwie
wieczności się stopiły: – to Twoje oczy…

Piękno, niespożyte piękno jesiennej nocy nad morzem: – to Twoja
piękność pra-początku, co czas i przestrzeń i mnie i Ciebie ze siebie
wyłonił, piękność przedstworzenia, gdyśmy oboje w rozkosznym spowiciu
spoczywali.

Cisza w mym sercu, cisza bólu, co przestał już być bólem: – to cisza
smutku Twej duszy, który kiedyś promieniłaś w parne noce mej ojczyzny.

…Bo byłaś piękną i czystą i jasną, jak dusza dziecka, w której się święta
ofiara chrztu dopełniła.

Bo byłaś tak przezroczystą i powiewną, jak kłosy złotych zbóż w drgającym
żarze południa.

Bo byłaś tak cichą i bladą, jak oddech nocy letniej, gdy miękką rozkoszą
kwitnącego bzu w rosie się rozpływa.

Siedzę na skałach i myślę o Tobie, choć obłęd me myśli chłonie…

Chciałbym Cię widzieć, jak idziesz w mrocznym blasku przez moje ciemne
komnaty, jak nikniesz w lesie olbrzymich filarów mego pałacu. Och,
widzieć tylko jaśnienie Twych włosów, słyszeć najdalsze, najtajniesze echo
Twego głosu, czuć niepojętą pieszczotę Twej dłoni, oddychać powietrzem,
przez które spłynęłaś, pić tchnienie Twego ciała…

Z całego świata spędziłem czarowników i magów, by mi tylko Twój cień
wywołali, ale na próżno kreślili czarodziejskie znaki, na próżno palili perły i
myrhę w olbrzymich kadziach. Patrzałem w metalowe zwierciadła, zaklęte
przez najpotężniejszych magów, patrzałem dniami całymi, aż oczy krwią
mi zachodziły, by tylko ujrzeć mgłę Twoich oczu – popełniałem zbrodnie,
od których mi dusza przegniła, by ubłagać króla podziemia i śmierci –
wszystko, wszystko na próżno.

Szatanie! Wykreśl mnie z księgi żywota, wpisz mnie w księgę śmierci i
hańby wiecznej, ale pozwól, że raz jeszcze uczuję tę rozkosz nad wszelkie
rozkosze, jak pierś jej się w moją wpala, jak usta jej się w moje wpijają,
jak ręce jej dyszą na mej szyi w bolesnym upojeniu.

Przepotężny władco, Słońce Szatanie, pozwól bodaj, że śledzie u łoża
mego, że tylko dłoń swą na me czoło położy, że tylko jej uśmiech przez
jedną sekundę w krew moją się wświeci, a dam Ci całe moje państwo,
rozniosę pomór i pożogę po całym świecie, wyniszczę całe plemię ludzkie…

Ha, ha… Patrz, Ja król, Ja wielki mocarz żebrzę łaski u Ciebie, i wiem, że
na próżno…

Na próżno! Tam poza mną trawią ognie moje racje.

A byłem przecież królem!

Bezkresne było państwo moje, a bez granic potęga moja. Panowałem nad
pustynią i rajem, święte rzeki przerzynały sinymi bruzdami moje kraje, a
trzy morza oblewały ich granice.

Miliony niewolników rzucały się przede mną na kolana i w niemej trwodze
korzyły się przed synem słońca i światła.

Gdym zapragnął, to wprowadzono rzeki w nowe koryta, a pustynie
zamieniono w rozkoszne raje. Gdym zapragnął, to w jednej nocy
powstawały czarowne ogrody w krąg mych pałaców, a zanim miesiąc dwa
razy swój bieg ukończył, sterczały groźną pychą ku niebu groby, którem
dla ojców mych budował.

Najpotężniejszych mocarzy tej ziemi rzuciłem pod me stopy, bogom się
odgrażałem, strącałem ich ze świętych piedestałów, bo nie było mocy,
która by się mojej porównać dała i nie było potęgi, która by się z moją
mierzyć mogła.

Bo byłem synem światła i słońca, a przed mym majestatem blakł wszelki
blask i wszelka moc w proch się kruszyła.

Co dzień trzy razy modliłem się do słońca, bom kochał słońce, kolebkę
moją, matkę moją, moje święte łono.

Bezgraniczne szczęście i bogactwa bez miary sypało szczodrą dłonią na
syna swego.

Po wszystkich morzach dęły się białe żagle mych okrętów, a często, gdym
z tarasu mego pałacu patrzał na morze, przesuwały się okręty przed
moimi oczami, gdyby niezliczone stado białych albatrosów.

Po wszystkich krajach stali bojownicy moi, których słońce w pustyni wylęgło,
czarne plemię olbrzymów, wykarmionych mlekiem lwic, a gdy przed
tarasem mego pałacu zagrzmiały trąby niezliczonych hufców, to ziemia
uginała się pod ich ciężarem, a na ich srebrnych tarczach i hełmach
wykrzykiwało słońce radosne hejnały.

I nic nie było pod słońcem, co by się nie korzyło przed moją potęgą.

Aż jednego dnia, gdy szeregi wojsk moich wróciły z dalekich wypraw,
przystąpił najstarszy wódz przed mój tron i rzekł:

Panie! poszliśmy daleko poza granice Twojego państwa. Daleko poza trzy
morza, które kraje Twoje oblewają, powiozły nas Twe okręty, aż dotarliśmy
do granic świata. I tu na zrębie świata, gdzie ziemia się kończy,
wkroczyliśmy w jakiś dziwny kraj.

Blask słońca tam nie grzeje, a słońce stoi nieruchomo na niebie gdyby
olbrzymi topaz. Dzień zda się być wiecznym mrokiem, a z niewidzialnych
źródeł promieni ziemia mętne światło, co niechętnie się wgryza w mroczny
cień.

Łupu nie znaleźliśmy żadnego, bo to jest kraj cieni i mroku. Ziemia nie
przynosi owoców, a lud ten nie z naszego świata.

Alem bał się, o Panie, stanąć przed Twoim majestatem z próżnymi
rękoma.

Więc wziąłem na okręt dziewicę z tego kraju, bladą, jak nasze noce
księżycowe; jej głowa tak jasna, jak gdyby słońce się na niej stopiło, a
głos jej tak cichy, jak pieśń, którą wiatr w wieczornym zmroku przez morze
przewieje, i tak tajemniczy, jak najskrytsze uczucie, które się jeszcze
myślą nie skalało.

Widzę Cię, jak idziesz wolnym i cichym krokiem przez rozstępu jacy się
szereg moich wodzów.

Pomnę: było to, jak gdyby listki z róży opadały, gdy ją wiatr muśnie –
było, jak gdyby ciche perły deszczu jesiennego w ciemnej nocy łkały – było,
jak gdyby się cała wieczność głębokim westchnieniem po niebie prześlizgła.

A stała się cisza w sali, cisza niebieskiej godziny, gdy całe przestworze
wsłuchuje się z zapartym oddechem oczekiwania w przepotężne zapasy
świtu ze zmrokiem.

I szłaś coraz wolniej i coraz ciszej, płynęłaś jak najskrytsze echo
wieczności, i coraz bliżej… Czułem, jak się cofałem w tajemnej trwodze,
jak cała sala w tył uciekać się zdawała, jak mglisty blask zapełniał
komnatę…

Naraz stanęłaś.

A teraz widzę Twoje oczy we mnie wpatrzone, ciemne jak otchłanie
niebieskie, smutne jak poszum wiatru jesiennego w nagim parku, a
słodkie jak jaśnienie morza w ciemnych nocach.

Zapomniałem o mej potędze, zapomniałem o mej mocy, którą światło
porodziło; widziałem słońce stojące na niebie gdyby olbrzymi topaz, a na
ścianach zdawały się wyrastać olbrzymie martwe paprocie. Całe moje
bezgraniczne państwo stopiło się w spowiciu naszych oczu w jeden marny
pył słoneczny, padłem przed Tobą na twarz, a Ty, niewolnico moja, stałaś
się panią i królową moją.

Przyszłaś z mrocznych oddali, gdzie słońce świeci smutnym blaskiem
rozstania, czerwone jak szafran. Pod Twoim niebiem szłaś w tej wiecznej
pomroce, jak się idzie w dziewiczych lasach moich krajów pod gęstymi
splotami lian i rozłożystymi liśćmi tysiącletnich palm, co wszelkie światło
głuszą.

Z kraju wiecznych cieni przyszłaś do mnie, z kraju, co przypomina dawno
już zapadłe światy. Twoje morza od dawna zamarły i lśnią posępną barwą
zielonego opalu. Twoje góry, pełne zmor i upiorów, zapadają w dziwnie
poplątanych łańcuchach w morze, a zieleń Twych lasów, to omszała
patyna, jaka miedziane kopuły moich lasów pokrywa.

Przyszłaś jak promień, co się z miliona lat odległej gwiazdy na ziemię
zabłąka.

Spłynęłaś, jak sny spływają na serce, syte bólu i rozkoszy.

Wiatr Cię przewiał przez morze, jak przewiewa “Anioł Pański” dalekich
dzwonów w śniegiem jaśniejących wieczorach zimowych. Nie słyszy się
wtedy dźwięku, ale czuje się dzwony w sercu, jak łopot skrzydeł
przebłyskujących wspomnień.

O pani moja – przyszłaś do mnie w słoneczne cuda mojego państwa, w
straszne żary do biała rozpalonego słońca, co rzeki wysusza, przyszłaś do
mnie tak cicho i tak smutnie, jak noc, gdy na zbolałe serca krwawym
smutkiem spływa.

O pani moja – przyszłaś w moje kraje, gdzie nawet w nocy parny upał
ogniem przesyconej ziemi dech w piersiach zapiera, a gwiazdy płoną jak
krwawe rumieńce febry, które rozwścieklone serce wszechświata na niebie
wypieka.

Twoje oczy patrzały z pytaniem, pełnym lęku i przestrachu, w te słoneczne
odmęty ojczyzny mojej.

Krwią zachodziły od pożaru słońca. Twe ciało paliło się jak w gorączce, a na
skroniach nabrzmiała sieć żył, jak gdyby Ci je rozerwać chciała.

I skryłaś się w najdalszych głębiach mego pałacu, ciężkim jedwabiem
zasłoniłaś okna, a wszelki odgłos głuszyłaś dywanami, w których nogi
tonęły.

Jeszcze Cię widzę, jak idziesz cichym krokiem lęku przez szeregi ciemnych
komnat, jeszcze słyszę odgłos Twych kroków jak gasnące akordy harfy,
jeszcze gra muzyka Twych ruchów niespożytą piękność w mym sercu.

A w Twych jasnych włosach chwieje się czarna róża. Smutkiem Twego czoła
trawiona, chwieje się w bladym jaśnieniu Twych włosów.

I kochałem Cię jako wspomnienie czegoś, com dawno zapomniał, com
kiedyś przeżył, gdym razem z Tobą w prałonie pił wieczność.

Kochałem Cię – Ciebie jedyną – i w strasznej trwodze czuwałem nad Tobą,
by mi Cię słońce nie zabiło.

I zapragnąłem mieć taką moc, by zakląć niebo w chwili, gdy zmrok się
coraz wyżej na nim piętrzy, a ziemia parną miłość słońca z powrotem ku
niebu promieni. – Och, tę godzinę, niebieską godzinę zadumy i tęsknych
upojeń przykuć na niebie, gdy w sercu błędne sny się rozmajaczą, a jego
tęsknota wybiega daleko poza wszelkie dale, daleko poza góry, co dziwnie
rozwichrzonymi szczytami w niebo krzyczą, daleko poza morza, co się
same w siebie zapadają, daleko poza upiorne cuda słońcem przeżartych
stepów mego kraju.

I zapragnąłem mieć taką moc, by móc poślubić wit ze zmrokiem,
niepojęte barwy rozlać po sklepieniu niebieskim; nowe niebo pragnąłem
rozesłać nad ziemią, by Ci żaden dzień białym światłem duszy nie mącił, a
żadna noc nie kiełznała Twego tęsknotą rozpalonego wzroku.

Och, niebo, nowe niebo bez słońca, niebo jaśniejące zielonym światłem
nocy polarnej, tajemnicze niebo z mrocznych świtów i zmroków spowite.

Począłem przeklinać słońce!

W ciemnych komnatach siedziałem przy Tobie, widziałem, jak oczy Twe w
przeczuciu śmierci coraz szerzej się rozwierały, jak twarz Twa
przezroczyściała i stała się jasną, tak jasną, jak twarz dziewicy, konającej
w upojeniu miłosnym.

Aż wreszcie po długich dniach trwającej rozpaczy znalazłem słońce, które
by Ci słońce Twego kraju przypominało i unicestwiło chytrą moc mego
słońca.

I wysłałem posłańców na wszystkie strony świata, by szukali kosztownych
kamieni, z których Ci to nowe słońce stworzyć miałem.

Z Indii przywiozły moje okręty olbrzymie diamenty, pyszne i czarne jak
skamieniałe światło, chłodne jak ręce umierających dziewic, a kojące jak
szerokie liście nenufarów.

Z Grecji przysłano niebieskie szafiry, które kiedyś zdobiły półksiężyc
Artemidy, czyste i słodkie jak Twoje serce.

Kapłankom Galów wydarto ich święte szmaragdy, z których przyszłość
czytały, szmaragdy, co w sercu płomienie miłości niecą, a przed upojonym
wzrokiem przesuwają niepojęte rozkosze raju.

Asyryjskim Hakumim odebrano podstępem i przemocą chryzolity, co szały
koją, rozpędzają nocne widma, a rozpasane burze w przedwieczne cisze
kołyszą.

Z nieznanych krajów przy wlekli niewolnicy moi nieprzebrane skarby:
czarne agaty z białymi żyłkami, zielone hiacynty z czerwonymi pręgami i
ciemne jak otchłań jantary, co moc nad ziemią, a nawet nad bogami dają.

Całą ziemię poszarpano w kawały, by znaleźć rzadkie a drogie kamienie,
wszystkie morza przeszukano, by znaleźć perły i korale, a w ciemnych
Twych komnatach gromadziły się niesłychane skarby: kamienie, na
których się kleiła jeszcze krew kapłanów i czarowników, beryle, co umarłych
wskrzeszają, oryty, co w sercu nędzarza jad rozkoszy szczepią, głuche
chalcedony, co wieczną młodością śmiertelnych darzą.

A potem znowu kamienie ziejące zniszczeniem i wściekłością jak oczy
głodnych tygrysów: czarny onyks, który wszelkie otchłanie bólu i rozpaczy
otwiera, mętny opal, co wokół mózgu białe mgły obłędu roztacza.

A było jakby się tysiącznobarwne, zastygłe gwiazdy zlały w jedno olbrzymie
martwe słońce.

Z posępnym lśnieniem agatów i orytów zlewała się smętna a bolesna toń
światła fioletowych ametystów. W pyszne świetlane dytyramby diamentów
wślizgiwał się ostrym promieniem wilgotny chłód onyksów, zielonawa
roztęcz topazów tańczyła z hiacyntami rozpasane fanfary światła, o obcych
gwiazdach śniły szmaragdy, a w niebieskim świetle mroku promieniały
szafiry swą dziewiczą czystość.

A w rozszalałym rozmęcie światła, w dzikim rozgwarze blasku, w
płomiennym zgiełku diamentów, w tym krzyku i wirze rozwścieczonego
słońca szłaś ku mnie z głęboko na piersi spuszczoną głową, stanęłaś – i
cichy smutek rozlał się na Twym czole:

Panie! nie tego słońca mi potrzeba. Daj mi Twoje słońce. Przeklnij Twoje
słońce, matkę Twoją, Twoje święte prałono, a straci moc nade mną.

Drgnąłem. Zdawało mi się, że ziemia mi się pod nogami usuwa, że
posady mego pałacu się zatrzęsły, że ciężka posowa się nad moją głową
zarywa.

Było, jakby całe niebo na mnie spadło. Tylko lśniące powodzie światła
kamieni pryskały tysiącznobarwną pianą w moich oczach.

A wciąż czułem oczy Twe nieruchomo we mnie wpite z ciężkim milczeniem,
co jak olbrzymia błyskawica po ścianach się rozlewało.

A milczenie zapełniło cały pałac, pochłonęło światło i blask, kamienie
zagasły, a w głuchej ciszy słyszałem bicie Twego serca jak kołatanie u
bram wieczności.

Czułem, że muszę coś odpowiedzieć, a jak obce echo odbił się o zimne
ściany mój własny głos:

Przeklinam słońce. Nigdy go już ujrzeć nie chcę!

I wzięłaś moją głowę w Twoje ręce, słowa nie rzekłaś, czułem tylko gorący
pocałunek, co w drżącym pragnieniu po mej twarzy błądził.

I znowu płonęło milczenie wokół zimnych ścian, aż naraz dziki kwiat w
radosnym krzyku wytrysnął rozwartym łonem w niebo:

Jam Twoja! Weź, przytul, zabij!

Od tego czasu kochałaś mnie.

Miłość Twa była biała i czysta i miękka jak skrzydła mewy polarnej.

Czułem Twe serce, jak żarem mego słońca namiętnie na mej piersi
oddychało, a w krew moją wśpiewałaś mi dzikie raje, wśpiewałaś obce
czary, słowa obłędu i upojenia, słowa, które serce moje pieściło, całowało i
tuliło, słowa, których nie rozumiałem, ale które dusza moja widziała nagie
i żyjące, które raz już kiedyś przeżyła, gdy wszechistnienia śniła początek.

I byłem szczęśliwy. Byłem szczęśliwy, chociaż czułem, że zagłada nade
mną wisi, że zbliżają się chmury, pełne czerwonych błyskawic,
zniszczeniem brzemiennych.

Nieskończone godziny spędziłem u Twych stóp. Czasami krzyk strachu
wdzierał się w krtań, czasami rozpacz żłobiła długą, upiorną ręką głębokie
bruzdy w mej duszy, ale byłem szczęśliwy.

A słońce czekało na mnie, czekało. Od rana do późnej nocy czekało na
swego syna.

I szło wolniej jak zwykle, około południa zdawało się stać nieruchomo, a
tylko niechętnie zapadało w morze, by niezadługo znowu wypalać zemstę
na mojej ziemi.

Co dzień stało nad moim pałacem i czekało, czy nie wyjdę, czy się do
niego modlić nie będę, czy nie będę żebrać łaski i przebaczenia.

Ale na próżno czekało. Co dzień silniej nienawidziłem je i co dzień silniej
bałem się jego zemsty.

Rok cały spędziłem w ciemnym grobie pałacu.

Nigdy nie mówiłaś o Twej ojczyźnie, ale czułem ją wokół mnie, nade mną,
w sobie, boś odtąd się stała ojczyzną moją.

Twoje spojrzenie wcałowało w serce moje upiorną godzinę Twych gór gdyby
obezwładniającą truciznę, Twoje ręce wczarowały w me myśli zwiędły
smutek Twego kraju cienia i śmierci, a głos Twój przyświecał w mych snach
barwą roztopionego opalu, barwą Twych martwych mórz.

Szedłem przy Tobie, to zdawało mi się, że noga moja zapada się w
odwiecznych mchach, a ze wszech stron słyszałem Twoje lasy, jak
szeleściły w zielonawym blasku omszałej patyny.

A gdy noce przyszły, noce krótkie i jasne jak wzrok tygrysa, co swą klatkę
rozszarpał, gdy ręce Twe w błędnej zadumie błądziły po strunach harfy, a
tony spływały gdyby niebieskie nitki topniejącego śniegu po bezmiernych
obszarach lodu, wtedy rozwinęła tęsknota moja swe spętane skrzydła, mój
wzrok błąkał się po księżycem oblanych dachach mego olbrzymiego
miasta, wybiegał na morze, rwał się daleko poza krańce nieba, targał się
ku słońcu, ku słońcu, co za morzem zemstę knuło.

Och, jak wtedy za słońcem tęskniłem!

Tylko raz je jeszcze zobaczyć, raz jeszcze, gdy pod zachód czerwoną łuną
nad morzem się krwawi, raz jeszcze, kiedy pożarem światła się pali na
dachach mego miasta, raz jeszcze, gdy w dzikim triumfie zapory nocy
rozrywa.

A coś rwało mnie i szarpało, moje serce wykradało się poza morze,
chłonęło słońce, którego tak dawno nie widziałem, i w błędnym szale poiło
się jego cudem i w krzyczącym uniesieniu witałem słońce, matkę moją.

Ale wciąż od nowa tłumiłem rozpacz mej duszy, a w ciemnej otchłani Twej
żądzy konała tęsknota.

Bo czułaś walkę w mym sercu. Za każdym razem, gdyśmy przed świtem
wracali do naszych komnat, to czułem, jak ręce Twe mocniej mnie kochały,
jak oczy Twe głębiej i goręcej się w me serce wchłaniały, jak co noc ciało
Twe płomienniej się przy piersi mojej pieniło.

Ale przyszedł czas, gdy serce me stężało w krzyku za słońcem.

Wzrok mój błądził w mrocznej sali po kryształowych kwiatach, którem Ci na
ścianach kazał wyżłobić, a chorzał od zimnego blasku kosztownych
kamieni, co w żyły moje lśnieniem pleśni się wświecały.

Ręce moje stały się przezroczyste, a głos mój brzmiał obco i głucho, coraz
silniejszym płomieniem buchała tęsknota za dniem, za drgającym żarem
słońca, za słońcem południa, kiedy całe państwo moje w jedną pustynię
światła się stapia.

A z bolesnym smutkiem nurtował wzrok Twój mą duszę, ręce Twe stały się
obce i dumały o innych światach, oczy Twe zbladły i zwróciły się ku duszy,
wsłuchane w jej straszną gędźbę.

Nad miastem stało nieruchomo słońce i lęgło mór, głód i zagładę w
państwie moim.

Wypalało zboże na polach, suszyło rzeki i jeziora, bujne pastwiska
czerwieniały spalone gdyby jedna zgangrenowana rana, ciało ludu mego
odpadło, strawione ogniem, w ropiących się ochłapach od kości, a przed
moim pałacem słyszałem lud mój nieszczęsny, jak ryczał z głodu i
rozpaczy, gdyby krwi chciwa hiena, słyszałem jego przekleństwa, co jako
ogień siarczany na duszę moją się lały.

Alem nie wyszedł na taras, choć wiedziałem, że słońce dałoby się
przebłagać. Nie szedłem się modlić do słońca, bom wiedział, że Ciebie
jego zemście poświęcić muszę.

A Ty siedziałaś w najciemniejszym kącie komnaty, drżąc z przestrachu i
lęku, a dźwięki Twej harfy krwawiły fioletową roztęcz łkających ametystów.

Wiedziałaś wszystko. I padłaś do nóg mych i jękłaś:

Idź, idź w słońce! Pozwól, niech mnie zabije!

Nie poszedłem. Dusza moja stępiała w nadmiarze bólu.

Aż jednego dnia rozbiło wściekłe plemię ludu mego w spienionym szale
bramy pałacu mego i przyczołgało się przed mój tron.

Zadrżałem.

Co się stało z moim ludem!

To obrzydliwe robactwo, obciągnięte ropiącą się skórą, to lud mój?!

Zakryłem oczy i krzyknąłem w strasznym gniewie: Precz z moich oczu,
precz!

Ale lud mój z miejsca się nie ruszył.

I jak na dany znak padł krzyżem cały mój lud przed moim tronem i w
dzikim przerażeniu patrzałem na olbrzymi cmentarz szkieletów na krzyż
rozciągniętych.

Potem już nic nie widziałem.

Czułem tylko, jak mnie wynoszono na taras, oczy moje błąkały się w
błędnym przerażeniu po głowach trupich mego ludu, obciągniętych
obrzydliwą skórą, po sterczących kościach rąk, z których ciało odpadło, rąk
rozpaczą i błaganiem krzyczących. Widziałem oczy płomieniejące
wściekłością zdychających jaguarów, żądnych msty i mordu, a w
krwiożerczym szale ryczał mój lud:

Daj nam białą niewolnicę! Na krzyż z nią! Na krzyż! Słońcu w ofierze!

Tak nie szaleje Taifun, kiedy morze z najgłębszych czeluści pod niebo
rzuca, a największe moje okręty gdyby słabo sklejone pudełka gruchoce,
tak nie szaleje Samum, kiedy góry piasku na moje karawany ciska lub
całe piaskiem zalewa, tak nawet nie szalało słońce, kiedy mór i głód w
moim państwie lęgło.

A naraz stała się cisza.

Jak gdyby niewidzialna kosa cały naród gdyby snop zboża jednym
zamachem podcięła.

Na taras w żar pomorem ziejącego słońca wyszła wolnym i cichym krokiem
moja biała niewolnica. Oczy jej były zamknięte, a twarz bólem skrzywiona.

Z rękoma na krzyż szła wolno ku mnie.

Chciałem krzyczeć, chciałem ją porwać w me ramiona, ale jak gdyby
wszystko życie we mnie zamarło, stałem nieruchomo i patrzałem.

Teraz staje, teraz błądzi niepewną nogą pc ogniem rozpalonych płytach,
jeszcze jeden gwałtowny wysiłek: stała się tak białą, że się w słońcu
rozpływać zdawała, jeszcze jeden krok, jeden krzyk straszliwy:

U nóg mych padła bez życia…

Straszna była zemsta moja.

Całymi miesiącami pastwiłem się w dzikim obłędzie nad moim ludem.

Tysiące kazałem wbić na krzyż i poiłem się rozkoszą wściekłego tygrysa
nad mękami konania, tysiące poszarpał w kawały święty wóz, na~ jeżony
brzytwami, paliłem stosami wokół miasta moich niewolników, ale z
radością znosił naród wszystkie chłosty, plagi i męczarnie, bo otóż
otworzyło się niebo nad mym państwem, chłodne wiatry przewiały pomór
daleko poza trzy morza, a w jednej nocy rozkwitła ziemia w pysznym
bogactwie.

Zemsta moja stępiała, a dusza, co tak długo z krwiożerczym pragnieniem
pastwiła się nad moim ludem, obezwładniała bezsilną rozpaczą.

Raz jeszcze przekląłem słońce, raz jeszcze przekląłem to niewolnicze
plemię, co się zwie moim ludem, a potem zamknąłem się w
najtajniejszych głębiach pałacu, gdzie jeszcze niedawno Twe blade ręce
moje serce do snu kołysały.

I słyszę, jak Twa harfa jęczy, widzę jaśniejące mgły, któreś jeszcze
niedawno w gęsty mrok promieniła, i słyszę Twe serce, jak kołacze, puka,
wabi mnie i woła do Ciebie, do Twej ojczyzny, gdzie słońce w zmroku
rozpływa czerwone jak szafran, gdzie morza lśnią posępnym blaskiem
roztopionego opalu, a lasy przebłyskują omszałym lśnieniem patyny.

Za czym raz jeszcze księżyc swój bieg ukończy, rozepnie mój okręt swoje
białe skrzydła i powiezie mnie daleko poza trzy morza, w mą nową
ojczyznę księżycową, do Ciebie, moja biała królewno, do Ciebie…

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading...

Wiersz RAPSOD PIERWSZY - Stanisław Przybyszewski