Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz Pod księżycem Maud

1

Tu, na ścieżce
w mokrym zakątku
niegdysiejszych ognisk –
czarne popioły, czarne kamienie, gdzie włóczędzy
kucnąwszy
chłeptali wodę ze strumienia,
sieroty samych siebie, na przeklętym chlebie
daremnie rozgrzewali się słabym płomykiem gałązek –

Przystaję,
zbieram mokre drewno
łupię szczapy i dla niej,
której twarz
trzymałem parę godzin
w dłoniach, a puściwszy
jeszcze tuliłem przestrzeń, która po niej została,

Rozpalam
małe ognisko w deszczu.

Czarne drewno
czerwienieje i wewnętrzne zegary śmierci
rozpoczynają swój bieg poza czas, widzę
umarłych ze skrzyżowanymi członkami
jak wyczekują na powrót wszechświata i w mokrym
drewnie słyszę trzask
i znów trzask, jakby rozrywanych objęć.
Krople deszczu pragną
zgasić ogień
padają weń i doznają
przemiany: przysięga zerwana
pakt między ziemią i wodą, ciałem i duszą złamany
by go ponownie zaprzysiąc
znowu i znowu wokoło, w chmury, gdzie znów go zrywają
i znowu, z powrotem, na ziemię.

2

Na chwilę siadam
przy ogniu, deszcz pada, mówię
do jego ciepłego wnętrza kilka słów –
Skała, święta, śliska, skała – i śpiewam
jedną z tych piosenek, które chrypiałem
swej córce, gdy śniły się jej koszmary.

Gdzieś, hen przede mną
przycupnął na zboczu
samotny czarny niedźwiedź, kołysze się z boku
na bok, wciąga w nozdrza
zapach kwiatów i mokrej od deszczu ziemi,
w końcu dźwiga się
i zżarłszy kilka kwiatów, ociężale odchodzi
w lśniącym od deszczu
futrze.

Ze słów ciekną strumyczki
przypalonego tłuszczu, zostaje jedna
jedyna nuta – miłosna
która wije mi się pod językiem jak ujadanie kojota
gnie w łuk i wyciąga
w skowyt.

3

Maleństwo, pyzata
dziewczynka budzi się
w swej kolebce. Pękają
zielone błony, włóknista otoczka
czy kamizelka, błękitny kwiat
się otwiera.

I ta, którą będą rodzić
która już śpiewa i krzyczy
wciska się w tunel, i której
włoski już sterczą nad czołem
a dziąsełka pączkują w oczekiwaniu pierwszej ziemskiej wiosny
choć buzia wciąż mgiełką
spowita, wyciąga rączkę
do ust ojca by chwycić
to, co on śpiewa.

4

Już po wszystkim,
maleństwo bryka i fika
wywija kozły w wodzie, samo w swej pojedynczości
pod wzgórkiem, pod
tym starym, samotnym pępkiem
popycha siebie w przód
zapamiętując wszystko –
skulone żeglowanie w mroku
gdy kolankiem czy łokciem
wspierała się w śliską ścianę każdym
wierzgnięciem rzeźbiąc świat – nic
wkoło nad szum pępowinowej krwi.

5

Jej główka
weszła w pierścień
który zaczyna ją ssać: darować
drżeniu jej ciała ostatni uścisk na drogę
wolnymi, gasnącymi skurczami
pożegnać tamten kształt jej życia w mroku.

6

Czarne oko
otwiera się, źrenica
obrośnięta czarnymi rzęsami
zastyga, Chakra
na czubku głowy w świetle świata drży jeszcze chwilę

aż wylatuje na światło na twarz
łokietek
oszołomionego ciałka
oblepionego niebiańskim serkiem, jarzącego się
astralnym fioletem
wewnętrznego życia. Kiedy ją odcinają

od ciemności
na sekundę
umiera, czernieje jak węgielek
trzepocze rączkami,
gdy jej pamięć odpływa. A kiedy

podnoszą ją za
nóżki, wciąga
dech, wykrzykuje
swoją pierwszą piosenkę – i z wolna
różowieje
bijąc nieupierzonymi skrzydełkami,
badając pustkę wokół siebie.

7

W chłodne dni
w naszym górskim zakątku płakałaś
w kołysce kolebiącej się
o zmroku na drewnianych płozach
wyciętych w kształt uśmiechu i smutek
dziwniejszy od naszego, z tamtego świata
podpływał ku tobie

przychodziłem wtedy
by usiąść przy tobie
i śpiewać. Jeszcze nie rozumiałaś tego
co kiedy wysłuchasz
ze stref ciszy
w swej głowie – ducha, następnego
z widmowych praojców, który w środku nocy
śpiewał tobie –
nie pieśni światła
które powinny falować
jak jasne włosy aniołów,
lecz czarne
kolczaste kwiaty tamtej mowy.

Bo kiedy księżyc Maud
zaglądał do pokoju w tamte pierwsze noce
i Strzelec kładł się
w łożu gwiazd
by ssać lodowatą pierś kosmosu,
Schodziłem powłóczyć się
wzdłuż rzeki, której leniwy
szmer mówił o życiu i przemijaniu, a potem
doszedłem, na mokradła
gdzie chłodnymi strumyczkami
tryska gleba i bije podziemną łuną
początek,
gdzie nauczyłem się mej jedynej pieśni.

A więc w te dni
kiedy się poczujesz sierotą
wypatroszoną
z pieśni wiatrów i światła
a kawałki przeklętego chleba zagrzechoczą w twej mowie

niech wróci do ciebie
głos ducha
wołający Siostro!
z głębiny wszystkiego, co umiera.

Otwórz wtedy
tę księgę
nawet jeśli to jest księga koszmarów.

Tłum. Grzegorz Musiał


Wiersz Pod księżycem Maud - Galway Kinnell