Wiersz List do Mexico City

List do Mexico City

Najlepszemu z Meksykanów

Tak długo się nie odzywałam – zapomniałam języka;
został w Twoich ustach i nie mam pewności, co mówisz,
czy to nie jest indiańska modlitwa dla śniadych bóstw:
To biała kobieta, więc można dzielić jej słodkie mięso,
odjąć ręce, głowę przy jeszcze bielszym karku, pochować
po chrześcijańsku, a ciało – przetaczać w piwnicach
w najmilsze używki.

Nigdy nie mam pewności – czy dla Ciebie Maga tak samo
głaszcze koty, czy jej dłonie nie są bardziej spokojne
niż moje i zawsze potrafią pewnie napełnić łyżeczkę.
Jednak wiem, że powiesz: Rest your head upon me,
choć czasem wątpisz – jak wiele w niej pierwotnej
demonologii, jak wiele w tej rudej słowiańskich klątw.

Tak długo się nie odzywałam – język stał się obcy, nieczuły
na semantykę, więc możesz: Pachniała jak wiśniowe drzewo
wyrosłe dziko pod księżycem, zdzierałem spod sukienki
najgładsze łyko, a w końcu włożyłem jej między wargi
zimną monetę; nieczuły, więc mogę: jestem ciężko chora,
staram się żyć jak najwolniej, a oddech wciąż szybszy.

Teraz zaczesuję włosy do snu, wiem, że byś powiedział:
Sleep pretty darling, do not cry; więc zagarniam na siebie
pościele, pamiętaj – taki jest śnieg, tu jest Polska i pod nim
drętwieje każde ciało.

Wiersz List do Mexico City