Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz Lupus do Kratoniasa – Coda

I widzisz Kratoniasie odarli nas ze wszystkiego…
Kobiety stoją z dziećmi w długich kolejkach po jałmużnę;
od białego rana słychać płacz i szlochanie
przemieszane z bezsilnością.
Kolejny dzień zaczyna się od braku nadziei
i jakiejkolwiek pracy.
W niejednym domu brakuje chleba;
senat obraduje nad wyższymi dietami.
Bogactwo i bieda splątane ze sobą
niejednokrotnie stoją przed
sytuacją bez wyjścia.

Miasto kwitnie; zbudowali nam rynek,
areopag dla władzy
i wybieg dla obcokrajowców
wybielony marmurami. Mówili Kratoniasie,
że te igrzyska są dla nas, że
będziemy dopuszczeni do biegu. A teraz widzisz,
wawrzyny bezpowrotnie zwiędły.
Siorbiemy cienkie zupki siedząc na nabrzeżu.
W koło blichtr; importowane
zamorskie towary tragarze
zanoszą do nowych dzielnic
strzeżonych przez wiernych pretorian.
Obronne brytany krążą po trawnikach jak bezimienni
gladiatorzy. Nawet bogowie
wysyłają w ich kierunku biały dym.

Tak to już jest Kratoniusie
demokracja dla wybranych, kłamstwa
zstępują między nas siejąc zwątpienie.
Święte igrzyska
zastąpiono biesiadami do białego rana.

Ludzie podzieleni wewnętrznie
chcąc utrzymać rodziny
najczęściej milczą, albo wyjeżdżają za chlebem
zgadzając się nad dobrowolną banicję.
I to miał być po tylu latach wyrzeczeń
ten nasz upragniony Złoty Wiek; triumf mądrości i wiedzy,
powrót filozofów, nowych szkół i prądów.
A co nam pozostało;
zawody w wiązaniu końca z końcem,
lichwa i jeśli już, to niewolnicza praca „na okrągło”,
bez żadnych zasad i ludzkiego oblicza.
Nie wiem, co to oznacza, wszyscy po cichu narzekają,
a strach tłumi wszelką odwagę.

Coraz częściej śni mi się, iż zniewoleni, ogłupiali
stoimy odwróceni tyłem do słońca
przed kolejną reklamą
świetlanej przyszłości.
Świt nie nadchodzi, jedynie wiatr
próbuje po raz wtóry
rozniecić przygasłe ognie Olimpu.

15.09.2005/6.10.08


Wiersz Lupus do Kratoniasa – Coda - Leonard Kamiński Gabriel