Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz DEMON

Część 1

I

Posępny demon, duch wygnania,
Wolno nad ziemią leciał grzeszną;
Przed nim tłum wspomnień się wyłaniał
Z tych dni zapadłych w noc bezkresną,
Tych dni, gdy jak cherubin czysty
Jaśniał na wszystkie strony świata,
Kiedy kometa, ptak ognisty,
Mijając lotem promienistym,
Jeszcze witała go jak brata;
Gdy w toń niebiosów zasłuchany,
Patrzył przez mgłę nieskończoności
Na koczujące karawany
Gwiazd rozrzuconych wśród wieczności;
Gdy znał żar wiary i miłości,
On, pierworodny duch stworzenia!
Kiedy zła nie znał ni zwątpienia
I wieki przyszłe myślom jego
Swoją nicością nie groziły…
I wiele, wiele… Lecz wszystkiego
On już wspominać nie miał siły!

II

Długo, wyklęty i wyzuty,
W pustynnym błąkał się wszechświecie:
Wieki mijały jak minuty,
Za tysiącleciem tysiąclecie
Bez śladu nikło w wiecznej nocy.
W ziemię podległą jego mocy
Ziarno zła rzucał bez wzruszenia.
I nigdy się nie sprzeciwiło
Nic wszechpotędze jego tchnienia –
Aż zło mu wreszcie dokuczyło.

III

Wygnaniec raju poszybował
Nad Kaukaz, pyszny pomnik ziemi;
Pod nim jak skała brylantowa
Kazbek się wiecznym śniegiem mienił,
A niżej wijąc się szczeliną
Dariału czarną, Terek płynął
Jak roztopiony blask promieni;
O brzegi z grzywą rozwichrzoną
Jak lew się rzucał z groźnym wyciem;
Zwierz górski biegnąc ścieżką stromą
I ptak unosząc się w błękicie –
Rozmowy jego fal słuchały;
A złote, prześwietlone słońcem
Chmurki, z południa wędrujące,
Na północ go odprowadzały.
Tłocząc się skała koło skały,
Uśpione jakimś snem zaklętym,
Ponad nim głowy pochylały
Śledząc spienionych wód odmęty.
Baszty zamkowe w dal uparcie
Patrzyły poprzez mgły i dymy:
To u kaukaskich bram na warcie
Stojące dzień i noc olbrzymy!
Świat boży dziki był i piękny.
Ale duch hardy, nieuklękły
Obrzucił pogardliwym wzrokiem
Swojego Boga ziemskie dzieło.
Żadne wzruszenie na wysokiem
Czole się jego nie poczęło.

Inny znów obraz tej krainy
Przed Demonowym kwitł spojrzeniem:
Gruzja, jej wzgórza i doliny,
Kraj, gdzie widzialne jest marzenie,
Gdzie szczęście nawiedziło ziemię!
Drzewa olbrzymie jak olbrzymy,
Gwałtowne, rwące w dal strumienie,
W których jak gwiazdy lśnią kamyczki,
I krzewy róż, raj zieloności,
Gdzie słowik sławi czar słowiczki
Wsłuchany w słodki głos miłości.
Czynary gęste ulistnienie,
Tworzące krytą mchem pieczarę,
W której w upalne dni przed skwarem
Płochliwe chronią się jelenie;
Życie szum liści, blask niebiosów,
Rozmowa stujęzycznych głosów,
Tysiąca roślin wonne tchnienie!
I żar południa, żar rozkoszy,
I noce strojne w perły rosy,
Orzeźwiające jak krynice,
I gwiazdy lśniące jak źrenice,
Jak wzrok Gruzinki pałający!…
Lecz prócz zawiści i pogardy
Natury blask olśniewający
Nie wzbudził nic w tym sercu twardym:
Ani wzruszenia, ani żądzy.
Z wszystkiego – na co patrzył – szydził,
Bo on wszystkiego nienawidził.

V

Wysoki dom, rozległy dworzec
Zbudował sobie Gudał siwy…
Poddani trudem rozpaczliwym
We łzach go wznieśli i pokorze.
Na zbocza gór poranne zorze
Rzucają cień zamkowej ściany.
Po stopniach w skale wyrąbanych
Ścieżynka spada stokiem nagłym
Ku rzece; tędy w czadrze białej,
Trzymając dzban ramieniem smagłym,
Co dzień Tamara, dziewczę wdałe,
Po wodę schodzi do Aragwy.

VI

Zawsze milczący, ku dolinom
Ze skał spoglądał dom Gudała.
Lecz dzisiaj uczta w nim wspaniała –
Dźwięczny zurna i płynie wino –
Dziś córy jego zaręczyny,
Przybył kto tylko żyw z rodziny.
Na daszku krytym kobiercami
Siedzi Tamara wśród rówieśnic;
Na pląsach i wesołej pieśni
Schodzi im czas. Już za górami
Słoneczny złoty sen się prześnił.
Gdy wszystkie nucą klaszcząc w dłonie,
Bębenek z dzwoneczkami w rękę
Ujmuje chyląc się w ukłonie,
Nad głową go obraca z wdziękiem,
Aż się rozdzwoni srebrnym dźwiękiem.
To nagle lotem ptaka pomknie,
To się zatrzyma, spojrzy wokół,
Spoza zazdrosnych rzęs w jej oku
Spojrzenie pani żywym ogniem.
To gniewnie czarne brewki zsunie,
To nagle główkę schyli z lekka
I po kobiercu cicho frunie
Jej nóżka, boska czarodziejka.
Uśmiecha się promiennie, piękna
Jak radość dziecka, jak jutrzenka.
Tylko księżyca blask w jeziorze,
Kiedy drżąc igra z swym odbiciem,
Równać się z tym uśmiechem może,
Żywym jak młodość i jak życie.

VII

Przysięgam na jutrzenki drżące
Zorze, skąpane w nieb przezroczu,
Że władca Persji złotem lśniącej
No żaden ziemski król pod słońcem
Nie całowali takich oczu.
Nigdy, od chwili kiedy biła
W ogrodach szczęścia i rozkoszy,
Tak pięknych kształtów perłą rosy
Fontanna jeszcze nie rzeźwiła!
Nikt pieszcząc, mówię pod przysięgą,
Głowę najdroższą, ziemską ręką
Tak cudnych włosów nie rozplatał.
Odkąd dzień rodzi się jutrzenką,
Pierwszy raz zjawę taką piękną
Widzi słoneczna strona świata.

VIII

Ostatni raz już tańcowała.
Jutro Tamarę, skarb Gudała.
Najdzikszy kwiat, jaki wydała
Nieujarzmiona ta kraina,
Czekała dola służebnicy,
Świat nowy, pełen tajemnicy,
I cudza, obca jej rodzina.
Na jej promienną twarz zwątpienie
Często rzucało cień zgryzoty.
A gest jej każdy i spojrzenie
Były tak czyste jak marzenie,
Pełne uroku i prostoty,
Że gdyby wtedy spojrzał na nią
Demon lecący w noc bezgwiezdną,
Wspomniawszy niebo czarny anioł
Oczy odwróciłby i westchnął…

IX

I Demon spojrzał… Jakieś święte
Wzruszenie nowe, niepojęte
Zrodziło się w nim niespodzianie
I w jego sercu oniemiałem
Anielskie się rozległo granie.
Był znów natchniony ideałem
Prawdy, miłości, dobra, piękna!…
I przed urokiem objawionym
Nieposkromiona duma klękła,
A sny o szczęściu utraconym,
Jak gwiazdy, korowodem jasnym
Jawiły mu się i nie gasły.
Z tęsknoty skuty jakąś siłą,
Z nieznanym zżywał się nawykiem.
A to uczucie przemówiło
Znanym mu kiedyś już językiem.
Byłyż to znaki odrodzenia?
Już brak mu słowa pokuszenia,
Nie umie myśleć myślą zdradną…
Zapomnieć? – nie ma zapomnienia.
I zapomnienia on nie pragnął!…
. . . . . . . . . . . . . . . . . .

X

Zdążając na weselne gody,
O zmierzchu oblubieniec młody
Konia popędzał niecierpliwie.
Droga przywiodła go szczęśliwie
Nad brzeg świetlistych wód Aragwy.
Dźwigając darów pełne sakwy
Wielbłądy wolno, krok za krokiem,
W długi rząd wyciągnięte za nim,
Idą zapadającym zmrokiem,
Cichutko dzwoniąc dzwoneczkami.
Bo sam właściciel Synodała
Przewodzi pysznej karawanie;
Rzemienny pas go ściska w stanie,
Rękojeść szabli i kindżała
Błyszczą w ostatnim słońca lśnieniu;
Turecka strzelba na ramieniu;
Wietrzyk powiewa rękawami
Czuhy – wyłogi jej obszyte
Połyskującym aksamitem,
Uzda z długimi wisiorami,
A siodło adamaszkiem kryte.
Pod jeźdźcem rumak rzadkiej cnoty
I rzadkiej maści: kasztan złoty.
Przepyszne dziecię Karabachu
Strzygąc uszami, drżąc ze strachu,
Z ukosa wzrokiem przerażonym
Coraz spoziera w nurt spieniony.
Wąziutka ścieżka biegnie brzegiem:
Urwisko skalne z lewej strony,
A z prawej rzeka zbuntowana.
Późno już. Lśniąca wiecznym śniegiem
Zorza przygasa, mgłą owiana…
Przyśpiesza kroku karawana.

XI

I już kaplica jest przydrożna…
Tu niegdyś, niesie wieść nabożna,
Jakiś kniaź, dziś jak święty czczony,
Padł mściwą ręką ugodzony.
I od tej pory podróżnicy,
Dążąc na ucztę czy na bitwę,
Zawsze u cichych wrót kaplicy
Odmówią jednym tchem modlitwę.
Bo ta modlitwa wybawiała
Od muzułmanów i kindżała.
Lecz zlekceważył kniaź beztroski
Stary obyczaj pradziadowski.
Podstępny Demon, duch złej mocy,
Struł go marzeniem tajemniczym.
On w myślach swoich pośród nocy
Przywarł do ust oblubienicy…
I nagle drogę mu zabiegą
Dwaj, więcej. – Wystrzał! – Co takiego?
W strzemionach stanął, okiem błysnął,
Bez słowa czapę na brwi wcisnął,
Odważny kniaź nie stracił głowy.
W ręku mignęła strzelba, potem
Nahajki świst – i orlim lotem
Runął w ciemności… Wystrzał nowy!
Dolina echem powtarzała
Krzyk przeraźliwy i jęk głuchy.
Ale niedługo walka trwała.
Gruzini znikli tak jak duchy.

XII

Ucichło wszystko. Drżącym stadkiem
Wielbłądy stały i ukradkiem
Na trupy jeźdźców spoglądały.
Głucho, jak gdyby sił ostatkiem,
W stepie dzwoneczki ich dźwięczały.
To karawany ślad jedyny.
Ptak nocny, krążąc, znak nieszczęścia
Zakreśla nad ciałami chrześcijan.
Nie da im klasztor swej gościny,
Nie będą spali snem wieczności
Tam, gdzie ojcowskie leżą kości.
Z dalekich stron na ich mogiłę
Nie przyjdą matki, siostry miłe,
Aby nieczułą ziemi bryłę
Wzruszyć nieutulonym żalem.
Tylko ktoś ręką miłosierną
Na wieczną pamięć, pamięć wierną,
Krzyż wzniesie na przydrożnej skale.
I bluszcz, rozrósłszy się, misterną
Dokoła niego siatkę stworzy
Koloru wiosny i szmaragdu.
Pielgrzym zdrożony zboczy z traktu,
Co przez step wiedzie, i tam złoży
Głowę, by wytchnąć w cieniu bożym

XIII

Szybciej koń pędzi od jelenia,
Jakby do walki mknął. Drży ziemia.
To nagle dęba staje w skoku,
Rozdyma chrapy i z krwią w oku
Słucha, o drogę wiatru pyta,
To znów raptownie rwie z kopyta,
Z rozwianą grzywą, w ciemnym stepie
Spod podków złote iskry nieci
I gna wciąż naprzód, wciąż przed siebie.
W siodle milczący jeździec siedzi!
Pęd rzuca nim na wszystkie strony.
Twarzą do grzywy przytulony,
Już nie kieruje powodami
I tylko nogi wparł w strzemiona.
A po czarpaku krew strugami
Sączy się gęsta i czerwona.
Ty swego pana, skoczku dzielny,
Wyniosłeś z boju, mknąc jak strzała.
Lecz wymierzona okiem celnym
Kula Czeczeńca go dognała.

XIV

W domu Gudała szloch i łkanie.
Przed oknem ciżba stoi blada:
Czyjże to koń we krwi i pianie
Wbiega i martwy u wrót pada?
Kimże jest jeździec ów umarły?
Jeszcze się w rysach nie zatarły
Poległych uczuć ślady żywe.
Krew na orężu, krew na burce,
Zastygła dłoń śmiertelnym skurczem
Wciąż ściska jeszcze końską grzywę.
Twój oblubieniec ci oszczędził
Czekania, córo Gudałowa!
Przybył, bo przyrzekł, że przybędzie,
Dotrzymał książęcego słowa.
Lecz to już dane mu nie będzie:
Konia rączego nie dosiędzie!…

XV

Na dom, co hucznie się weselił,
Tak jak grom spadła boża kara.
Nieszczęsna, leżąc na pościeli,
Płaczem zanosi się Tamara.
Ciałem jej wstrząsa szloch gwałtowny,
Serce przejmuje żal, pierś dyszy
I nagle zda się jej, że słyszy
Nad sobą jakiś głos czarowny:
„Nie lej dziecino, łez daremnych!
Na martwe ciało płacz śmiertelny
Nie padnie rosą ozdrowieńczą.
Łzy tylko zwarzą wzrok promienny,
Spalą twarzyczkę twą dziewczęcą.
On już nie pojmie twej boleści,
On już nie przyjmie twej pomocy.
Dzisiaj niebiańskie światło pieści
Niematerialne jego oczy.
On już anielskie słyszy chóry…
Czym sny, ten słodki smak trucizny,
Czym łzy i żale biednej córy
Dla gościa rajskiej są ojczyzny?
O, nie! Śmiertelny los istnienia,
Ufaj mi, ziemski mój aniele,
Niewart jednego serca drgnienia,
Jednej dlań twojej łzy za wiele!

W napowietrznym oceanie,
Bez żagli, steru i wioseł,
Chór gwiazd płynie przez otchłanie
Rozśpiewany niebogłosem.
Przez pola, doliny, góry
Nieskończoności błękitnej
Wędrują chmurki i chmury,
Jak marzenia nieuchwytne.
Cóż im radość, cóż cierpienia?
Cóż witania, cóż tęsknoty?
Dla nich przyszłość bez pragnienia,
Dla nich przyszłość bez zgryzoty.
Gdy ci rozpacz serce struła,
Biegnij myślą w tamtą stronę.
Bądź na ziemski ból nieczuła
I obojętna jak one!

Gdy tylko noc okrytą głowę
Kaukazu mrokiem swym owieje,
Gdy tylko świat zaklętym słowem
Zaczarowany oniemieje,
Gdy wietrzyk, lecąc jak najciszej,
Zwiędłym źdźbłem trawy zakołysze
I ptak, co na noc gniazdo mościł,
Frunie wesoło wśród ciemności,
Kiedy wtulony w cień winnicy,
Spijając z nieba jak z krynicy
Rosę, kwiat nocny się rozwinie,
Gdy tylko spoza gór spłynie
Złocisty księżyc i na niebie
Zatrzyma się, by ujrzeć ciebie,
Wtedy z dalekich stron tęsknoty
Do ciebie wzlecę i do świtu
Na twoje rzęsy z aksamitu
Nawiewać będę ci sen złoty.”
XVI

Słowa zamilkły. W oddaleniu
Marł dźwięk za dźwiękiem. Z trwogą w oku
Zerwała się i patrzy wokół…
W niewysłowionym uniesieniu
Pierś jej faluje. I lęk w mroku,
I zachwyt żyje w jej wzruszeniu;
W jej sercu tłucze się niepokój.
Dusza jej wszystkie rwie okowy,
Nie krew, lecz ogień płynie w żyłach –
I ten głos cudny, ten głos nowy
Wciąż się rozlega, jakby śniła.
A kiedy utrudzonym oczom
Świt zesłał sen tak upragniony,
Ujrzała w myślach swych uśpionych
Zjawę przedziwną i proroczą.
Przybysz posępny i milczący,
Nieziemskim pięknem jaśniejący,
Nachylił się nad jej wezgłowiem,
Patrząc jak patrzą aniołowie,
Z ogromnym smutkiem i miłością,
Jak gdyby samą był litością.
Lecz nie! To nie był duch niebiański,
Jej opiekuńczy anioł Pański;
Utkany z wszystkich blasków tęczy,
Promienny wieniec go nie wieńczył.
Nie był to także groźny, straszny
Męczennik piekła, duch złej mocy.
On był jak cichy wieczór jasny,
Jak blask na progu dnia i nocy!…

Czesc 2

I

„Ojcze mój, błagam, porzuć groźby,
Nie gniewaj się już na mnie biedną,
We łzach zanoszę ci me prośby,
A wypłakałam łzę niejedną.
Ach! nadaremnie tłum młodzieńców
Po rękę moją śpieszy zewsząd…
W Gruzji niemało pięknych dziewcząt!
Nie mnie powiodą w ślubnym wieńcu!…
Zlituj się, ojcze, nad Tamara,
Z dniem każdym więdnę. Jam ofiarą
Losu, co w sercu mym wyryty.
Jakimś marzeniem jadowitym
Serce me zatruł duch ciemności
I ginę! Ojcze mój, litości!
W klasztorny mrok na całe życie
Niech pójdzie biedne dziecię twoje.
W opiekę weźmie mnie Zbawiciel,
Przed nim niepokój mój ukoję.
Świat dla mnie nie ma już wesela!
Darząc spokojem miłosiernym
Niechajże mnie klasztorna cela
Przyjmie na zawsze, jak grób ciemny…”

II

I do klasztornych bram dziewicę
Krewni we łzach odprowadzili,
I tam pokutna włosiennicę
Na młodą pierś jej nałożyli.
Jak niegdyś pod wzorzystym strojem,
Tak pod zakonnym jej ubiorem
Bije to samo serce chore,
Strute tym samym niepokojem.
W chóralnych Ojcze nasz i Zdrowaś,
W pieniach i modlitewnej ciszy
Często jej zdaje się, że słyszy
Tamte tak dobrze znane słowa.
Jak gdy ogarnął mrok świątynię
I ciemność na kolana padła,
Obraz znanego jej widziadła
W dymie kadzideł ku niej płynie
Wabiąc ją w dal jak promyk światła.
Lecz dokąd? Tego nie odgadła…

III

Pod okiem niebieskiego stropu,
W wąwozie, między dwa pagóry
Strzeżone rzędem wiernych topól
Wtuliły się klasztorne mury.
A kiedy wąwóz noc wypełni,
Wtedy się tli wśród drzew pustelni
Lampka Tamary, grzesznej córy.
A wokół krzewów migdałowych,
Gdzie na grobami rząd surowy
Krzyżaków stoi – straż ich święta –
Śpiewem zanoszą się ptaszęta.
Źródła pulsują chłodną falą,
Wesoło skacząc po kamieniach,
Aż je pod zwisającą skałą
Złączy braterski nurt strumienia,
By rwący potok jak ptak wleciał
W krzewy pokryte szronem kwiecia.

IV

Północ zamyka łańcuch szczytów.
W promieniejących blaskach świtu,
Gdy mrok, co wąwóz nocą spowił,
Taje i siną mgiełką dymi,
Gdy twarz zwracając ku wschodowi
Zwą na modlitwę muezini,
Gdy drżą w powietrzu dźwięki dzwonu,
Który na jutrznię klasztor wzywa,
W dostojnej chwili nieboskłonu,
Kiedy Gruzinka urodziwa
Po wodę z dzbanem na ramieniu
Biegnąc przegląda się w strumieniu –
Wierzchołki jasnofioletowe,
Odblaskiem śniegu lśniąc w spojrzeniu,
Od tła niebiosów odbijały,
A o zachodzie przywdziewały
Przejrzystą szatę z mgły różowej.
Wśród nich, przebiwszy chmury skały,
Stał, przewyższając świat o głowę,
Książe Kaukazu, Kazbek wdały,
W czałmie i ryzie atłasowej.

V

Strute zadymą jadowitą,
Już niedostępne jest zachwytom
Serce Tamary. Na jej oczy
Rozpacz ponurym padła cieniem
I wszystko wróży jej cierpienie:
Tak blask poranka, jak mrok nocy.
Zaledwie noc o zwykłej porze
Obejmie ziemię pieszczotliwie,
Pada przed obraz Matki Bożej
Z płaczem. I łka tak rozpaczliwie,
Rozdzierająco, że niepokój
Ogarnia lotny sen obłoków.
Wtedy wędrowiec, jadąc w mroku,
Myśli: „To jęk górskiego ducha
Poświęconego wiecznym śniegom.”
I trwożnie nadstawiając ucha
Popędza konia zdrożonego…

VI

Tamara z sercem pełnym lęku,
Często siadając przy okienku,
W smutku pogrąża się głębokim…
I przez dzień cały wzdycha, słucha,
Wygląda czegoś czujnym okiem…
„Przyjdzie!” – ktoś szepcze jej do ucha,
Nie darmo sny ją nawiedzały,
Nie darmo obraz jego śniła,
Oczy o litość ją błagały,
A ze słów jego słodycz piła.
Trapi ją troska, nęka trwoga
Wiele już nocy, dni, tygodni.
Gdy się pomodlić chce do Boga,
Do niego serce jej się modli.
Znużona walką z własną duszą,
Gdy do snu łoże sobie ściele,
Poduszki parzą ją i duszą…
Zrywa się drżąc na całym ciele!
Tysiącem niewidzialnych iskier
Pierś pali ją, niepokój targa,
Ramiona tęsknią za uściskiem,
A pocałunki drżą na wargach…
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

VII

Już zorza szczyty Gruzji stroi
Zwiewnym welonem z mgły wieczoru.
Posłuszny obyczajom swoim,
Nadleciał Demon do klasztoru.
I długo wahał się. Z pozorów
Mogło się zdawać, że świątynię
Oszczędzić pragnie. W tej godzinie,
Kto wie, był jeszcze może bliski
Porzucić zamiar swój okrutny.
U stóp wysokich murów smutny
Chodził, a w ciszy wszystkie listki
Drżały w rytm jego ciężkich kroków.
Spojrzał. Z jej okna jasną smugą
Światełko spływa w otchłań mroku.
Kogóż to czeka tak w noc długą?
I wśród ciemności oniemiałej
Struny czyngary zadźwięczały
Pieszczotą niewidzialnej ręki.
I popłynęły rzewne dźwięki,
Tak jak łzy, melodyjną strugą.
A dźwięki te tak rzewne były,
Jak gdyby je anielskie chóry
Dla ziemi w niebie ułożyły.
A może anioł wieczność długą
Nie widząc druha swego, rzucił
Rajskie ogrody i lazury
I aby skrócić wieczność męki,
Pieśń o przeszłości mu zanucił?…
Pierwszy raz Demon ból udręki
Poznał i serce w piersiach poczuł.
Chce wzlecieć, myśląc, że wpadł w sidła,
Ale nie może unieść skrzydła!
I ciężka łza spłynęła z oczu
Miłością rażonego widma…
Do dzisiaj leży tam podobno
Łzą przepalony głaz przed progiem,
Łzą gorejącą, łzą jak ogień,
Bo nie człowieczą łzą łagodną!…

VIII

Pragnąc miłości, pragnąc dobra
Przyszedł, by zacząć nowe życie,
I myślał, że gwiazdeczka modra
Na szczęście błyśnie mu w błękicie.
To strwoży się przeczuciem smutnem,
To znów marzeniem do łez wzruszy,
Jakby to były pierwsze trudne
Chwile poznania dumnej duszy.
Ale nadzieje były złudne!
U drzwi zatrzymał go niebiański
Grzesznicy strażnik i obrońca,
Wysłannik raju, anioł Pański.
Z czołem od zorzy nieostygłem,
Z uśmiechem jasnym jak blask słońca
Stał i osłaniał ją swym skrzydłem.
I promień Boży blaskiem wiecznym
Oślepił oczy Demonowe.
Na powitanie miast serdecznych
Słowa rozległy się surowe:

IX

„Duchu zamętu i zgorszenia,
Kto twego wzywał tu imienia?
Zło nie zatruło swym oddechem
Tych miejsc. Tu nie ma twych czcicieli!
Wara przestąpić próg tej celi!
Wara ci miłość kalać grzechem!
Kto wzywał ciebie?”
Złym uśmiechem
Duch odpowiedział na te słowa.
Oczy ściemniały mu z zawiści
I serce zaczął mu od nowa
Trawić jad starej nienawiści.
„Ona jest moja! – groźnym głosem
rzekł duch ciemności – jest i będzie!
Za późno bronisz jej przed losem,
Nie w tobie mieć będziemy sędzię.
Ja naznaczyłem moim piętnem
To serce, które duma truje.
Nie jest dla ciebie sakramentem,
Bo ja nim władam, w nim panuję!”
I anioł wzrokiem pełnym smutku
Spojrzał raz jeszcze na nieszczęsną.
Na skrzydłach wzbił się po cichutku
I wolno leciał w dal bezkresną.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

X

Tamara
Kim jesteś? Słów się twoich lękam!
Piekło cię śle czy aniołowie?
Co chcesz ode mnie?

Demon
Jesteś piękna!

Tamara
Zaklinam cię, kim jesteś, powiedz!

Demon
Jam ten, któregoś w upojeniu
Wśród ciszy nocnej wysłuchała,
Czyja myśl żyje w twym marzeniu,
Czyj żal się żali w twym westchnieniu,
Czyj obraz we śnie żeś ujrzała.
Jam ten, kto wzrokiem swym uśmierca
Nadzieje człowieczego serca,
Bicz, źródło ziemskich niepokoi,
Książę poznania i wichury,
Jam wróg niebiosów, zło natury –
I jestem, widzisz, u nóg twoich!
Do ciebie modlę się miłością,
Modlitwą z modlitw najwznioślejszą,
Poznaną ziemską namiętnością:
Cierpieniem pierwszym i łzą pierwszą.
Błagam, wysłuchaj mnie z litością!
Zwrócić mnie dobru i niebiosom
Mogłoby jedno twoje słowo.
Szatą miłości twej godową
Okryte myśli me się wzniosą,
By lśnić na niebie zorzą nową.
Wysłuchaj – zmiłuj się, ulituj! –
Tych słów miłości i zachwytu!
Ledwiem cię ujrzał, a już trawić
Zaczęła serce me nienawiść
Nieśmiertelnego mego bytu…
Z zapragnąłem wbrew mej woli
Ziemskiej radości krótkotrwałej.
Z dala od ciebie serce boli,
Bo żyć – to żyć na twoją chwałę!
W bezkrwawym sercu niespodziany
Promień do bólu blask natęża
I żal na dnie odwiecznej rany
Porusza się pełzaniem węża.
Cóż mi bez ciebie z tej wieczności,
Z potęgi i nieskończoności?
To słowa, których treść jest pusta,
Świątynia okradziona z bóstwa!

Tamara
Duchu zły, odejdź! Precz ode mnie!
Milcz! Ja nie wierzę w serce wrogie…
Chryste!… Nie umiem już przed Bogiem
Duszy otworzyć… Tyś nikczemnie
Szałem napełnił moja głowę!
Dlaczego ty mnie prześladujesz?
Jad sączysz każdym swoim słowem!
Powiedz, dlaczego mnie miłujesz?

Demon
Dlaczego, cudna? Nie wiem tego!…
Serce mam pełne uczuć nowych,
Z mojego czoła występnego
Jam hardo wieniec zdarł cierniowy.
Całej przeszłości się wyrzekłem:
Tyś rajem moim, moim piekłem.
Nieziemską kocham cię miłością –
Nie wiesz, co miłość taka znaczy –
Ja kocham cię nieśmiertelnością
Zachwytu, marzeń i rozpaczy.
Ja noszę obraz twój wyryty
W mej duszy od stworzenia świata.
Na skrzydłach myśli mej on lata
Ponad przestworza i błękity.
Zawsze, od pierwszych chwil wieczności,
Myśl moją imię twe wzruszało.
Jeszcze w dniach rajskiej szczęśliwości
Ciebie mi tylko brakowało.
Ach! Gdybyś mogła wyobraźnią
Ogarnąć przepaść mojej męki,
To życie – wieczność bez jutrzenki,
Gdzie rozkosz, jeśli jest, to kaźnią,
Gdzie zło odpłaca nieprzyjaźnią,
A dobro mija bez podzięki.
Żyć tylko sobą, cierpieć siebie,
Walczyć na ziemi, walczyć w niebie,
Gdzie wrogie wszystko, nawet błękit!
Mieć serce tak jak kamień twarde
I wszystko wiedzieć, wszystko widzieć,
Niebo i ziemię nienawidzieć,
I dla wszystkiego mieć pogardę.
Gdy spadła na mnie klątwa boża,
Straciłem niebo, raj, przyrodę,
A ziemskich namiętności pożar
Dla mnie był tylko wiecznym chłodem.
Przede mną sina dal wszechświata
I milion gwiazd w godowych szatach,
I dobrze jest mi znana każda.
Lśnią w wieńcach złotych, w blasku ducha,
Ale dawnego swego druha
Już nie poznaje żadna gwiazda.
W bojaźni i osamotnieniu
Podobne sobie duchy zwałem,
Lecz po złej twarzy, złym spojrzeniu
Żadnego z nich nie poznawałem.
W rozpaczy przestrzeń tnąc skrzydłami,
Wzbiłem się, lecę… dokąd? Po co?
Na pastwę serca i otchłani.
Nie dla mnie gwiazdy niebo złocą.
Świat stał się głuchą, ślepą nocą…
Tak porzucone na głębinie
Czółno bez steru i bez wiosła
Czeka, by fala je uniosła,
A płynąc nie wie, dokąd płynie.
Tak chmurkę, strzępek nawałnicy,
Dymek po strzale błyskawicy,
O promienistym, złotym świcie
Bez celu biegnie po błękicie
Ścieżką zawrotną i wysoką –
I tylko jeden Bóg wie dokąd.
Ludźmi niedługo ja władałem,
Serca ich znacząc moim piętnem.
Wszystko, co piękne, przeklinałem
I zniesławiałem, co szlachetne.
Niedługo… płomień czystej wiary
Gasiłem w każdej ludzkiej duszy.
Czy warto było tej ofiary
Dla głupców i faryzeuszy?
I w górskich skryłem się jaskiniach,
I jak meteor po pustyniach
Nocy błądziłem równy gwieździe.
Daremnie zabłąkany jeździec,
Którego zmamił złudny promień
Padając w przepaść, razem z koniem,
Pomocy wzywał… Tylko krwawy
Ślad mocno wrył się w pamięć skały.
Ale te nocne złe zabawy
Niedługo mi się podobały.
W walce z potężnym huraganem,
Okryty gęstej mgły tumanem,
Z piorunującym blaskiem w oku,
Dumnie latałem wśród obłoków,
Chcąc, by żywiołów wrzawa wściekła
Krzyk mego serca zagłuszyła,
By mnie na jedną chwilę z piekła
Mojej pamięci wybawiła.
Czymże są wieki trudu, znoju,
Które cierpiały ludzkie rzesze,
Czym morza krwi przelanej w boju –
Wobec minuty najzniklejszej
Jednego mego niepokoju?
Cóż ludzie? Czym ich trud prawdziwy?
Przyjdą na niwę, zejdą z niwy…
Czeka ich sąd, sąd sprawiedliwy,
Czeka nadzieja i blask słońca.
A mój los wiecznie rozpaczliwy
I rozpacz moja nie ma końca.
W grobie nie zazna ukojenia.
To żarzy się jak wąż pieszczotą kłamie,
To dławi moją myśl jak kamień –
Wzniesione zmarłym mym nadziejom
Wieczne jak wieczność mauzoleum.

Tamara
Cóż ja z rozpaczą twoją zrobię?
Czyż ją złagodzę mymi łzami?
Tyś zgrzeszył…

Demon
Lecz nie przeciw tobie.

Tamara
Usłyszą nas!…

Demon
Jesteśmy sami.

Tamara
Jest Bóg!

Demon
Nas wszechmoc się wyrzekła:
W niebie nie myśli Bóg o ziemi.

Tamara
A potępienie! Ogień piekła!

Demon
My przecież razem tam będziemy.

Tamara
Kimkolwiek jesteś, skąd przybywasz,
Na wieki tracąc spokój ducha,
Z zamarłym sercem, nieszczęśliwa,
Ja wbrew mej woli słucham.
Jeśli zatruta jest ta słodycz,
Którą mnie słowa twoje poją,
Oszczędź mnie!… licha ze mnie zdobycz…
Czemu mieć pragniesz dusze moją?
Czyż mnie wyróżnia dobroć boża?
Czy tylko jam jest łaski pełna,
Żeś właśnie we mnie piękno dojrzał?
Patrz, tu żadnego jeszcze łoża
Nie potargała dłoń śmiertelna.
Nie! Złóż przysięgę mi wieczystą!
Mów! Widzisz, cierpię, bo myśl czystą
Opanowały sny dziewczęce.
Trwoga ogarnia duszę moją,
Lecz ty wiesz wszystko. Wszystkoś pojął,
Więc się zmiłujesz mojej męce!
Przysięgnij mi, że się wyrzekasz
Zła, którym jesteś opętany.
Czyżby ten kruchy los człowieka
Nie znał już przysiąg niełamanych?

Demon
Przysięgam ci na pierwsze zorze
I na ostatni zmierzch tworzenia,
Przysięgam ci na słowo boże,
Grozę i triumf objawienia.
Przysięgam ci na grzech, na mrzonki
O pokonaniu Boga w niebie,
Na radość, kiedy widzę ciebie,
I na serdeczny ból rozłąki.
Przysięgam ci na mych współbraci,
Potęgę duchów i żywiołów,
Przysięgam ci na miecz aniołów,
Mych nieśmiertelnych nieprzyjaciół.
Przysięgam ci na raj i piekło,
Na niebo i na święta ziemię,
Na pierwszą twoją łzę wyciekłą
I na ostatnie twoje tchnienie.
Przysięgam na łaskawe wargi,
Na włosów twych jedwabne zwoje,
Na łzę wzruszenia i łzę skargi,
Na miłość i na serce moje:
Wyrzekam się odwiecznej buty,
Wyrzekam się pragnienia zemsty,
Nigdy pochlebstwem mym zatrutym
Nie będę w sercach budził bestyj.
Ja z niebem zawrzeć chce przymierze,
Chcę kochać, mówić chcę pacierze,
Dla dobra żyć jak dobre duchy.
Ja gorącymi łzami skruchy
Omyje czoło twe dostojne
Ze śladów ognia niebieskiego.
Niech kwitną myśli twe spokojne
W niewiedzy złego i dobrego.
W całym wszechświecie ja jedynie
Ciebie zachwytem mym dosięgłem:
W tobie mam świętość i świątynię,
Przed tobą składam mą potęgę.
Za drgnienie serca, dar bezcenny,
Oddam ci bezmiar mej wieczności.
Jak w nienawiści, tak w miłości,
Wierz mi, jam wielki i niezmienny.
Tam, gdzie już żadna myśl nie lata,
Wzniosę cię, wolny syn przestworzy,
Ty będziesz monarchinią świata
I towarzyszką duchów Bożych.
Z gwiazd, niewzruszona, nieuklękła,
Będziesz patrzała się na ziemię,
Gdzie nie ma prawdziwego piękna,
Gdzie szczęście ledwie jest marzeniem,
Gdzie małe serca, małe sprawy,
Gdzie wielkość tylko jest we wstydzie,
Gdzie nikt nie umie bez obawy
Pokochać ani znienawidzieć.
Czym zawsze miłość ludzka była
Mimo pozornej serca głębi?
Wrzeniem krwi młodej w młodych żyłach.
Ale czas szybko krew oziębi.
Któż zdoła oprzeć się rozłące,
Pokusie, kiedy zmysły drażni,
Nudzie, znużeniu, dłoni drżącej
I kaprysowi wyobraźni?
Nie tej dla ciebie pragnę doli!
Wierz mi, nie będziesz żyć na marne,
Nie będziesz duszy truć w niewoli
Ludzkiej zawiści ordynarnej,
Wśród serc tchórzliwych, myśli wrogich,
Uczuć fałszywych i nikczemnych,
Wśród czczych nadziei, wiecznej trwogi,
Wysiłków ciężkich a daremnych.
O, nie! Swym chłodem mur klasztorny
Twojego serca nie wystudzi!
Nie zwiędniesz pośród modlitw kornych
Z dala od Boga i od ludzi.
Wskaże ci ręka Przeznaczenia
Inne otchłanie, inne szczyty.
Inne czekają cię wzruszenia,
Inne rozpacze i zachwyty.
Swe dawne sny i pożądania,
Ten świat – pozostaw własnym losom,
Bo najdumniejszą z dróg poznania
Moje pragnienia cię poniosą.
Gromady duchów mi podległych
Ja do stóp twoich przyprowadzę.
One twych marzeń będą strzegły
I tobie dam nad nimi władzę.
Dla ciebie z gwiazdy Wschodu zerwę
Wieniec ze złota, a w twe włosy
Wepnę najszlachetniejszą perłę,
Jaką wypłakał kwiat łzy rosy.
Ja tęczą blasków promienistych
Jak wstążką kibić twą owinę
I aromatu tchnieniem czystym
W twoim westchnieniu się rozpłynę.
Bez strun ci będą tony grały
Samym słuchaniem twoich uszu.
Pałac zbuduje ci wspaniały
Z kruszcu bursztynów i turkusów.
Na dno mórz zejdę, pójdę wszędzie,
Gdzie myśl nie świeci już ni słońce.
Wszystko, co ziemskie, twoje będzie!
Kochaj mnie, błagam!

XI

I gorące
Usta, jak żywy żar płomienia,
Ze drżeniem warg jej się spotkały.
Słowa wiecznego pokuszenia
Na modły jej odpowiedziały.
Wpił się potężny wzrok w jej oczy.
Przepalał ją. – Jak błysk wystrzału,
Jak nieodparty cios kindżału,
Zły duch rozrywał ciemność nocy.
Niestety, zło tryumfowało!
Dotknięcie warg piorunujących
Paliło duszę ogniotrwałą.
Krzyk straszny, krzyk przerażający
Rozerwał ciemność oniemiałą.
Było w nim wszystko: żal, cierpienie,
Miłość, zaklęcie, jęk i modły,
Ostatnie serca uderzenie –
I pożegnanie z życiem młodym.

XII

Stróż nocny o tej właśnie porze,
Dłużących się milczeniem godzin,
Ciemność uśpioną przy klasztorze
Z kołatką jak co noc obchodził.
Tknięty przeczuciem, przed okienkiem
Samotnej celi zwolnił kroku
I na kołatkę drżącą rękę
Kładł z nocą w duszy, z nocą w oku.
Pośród ciemności i milczenia
Usłyszał jakby drżącą strunę,
Jakby ust zgodnych pocałunek
I jęk, i okrzyk przerażenia.
Do duszy starca się zakradło
Jakieś nieczyste podejrzenie…
Ale po chwili znów milczenie
Niepokalane w krąg zapadło.
I tylko niesie wiatr z daleka
Szelest listowia pełen smutku,
I ciemnym brzegom po cichutku
Zwierzenia czyni górska rzeka.
I starzec do patrona swego
Szeptem zanosi modły śpieszne,
Aby od pokus ducha złego
Obronił jego myśli grzeszne.
Potem znak krzyża drżącą ręką
Kreśli na piersi wrzącej trwogą.
Milcząc, na kilka chwil uklęknął
I poszedł w obchód zwykłą drogą
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

XIII

Jak Peri śpiąca, śliczna Peri,
Tamara w trumnie spoczywała,
I biel całunu nie tak biała
Była, jak biel jej śnieżnej cery.
Wieczność na oczy kładła rękę…
Lecz zdało się, że jej spojrzenie
Pod powiekami tylko drzemie
I czeka, nieskażone, piękne,
Na pocałunek lub jutrzenkę.
Lecz złotą strugą światło dzienne
Spływało po nich nadaremnie.
I nadaremnie całowały
Usta rodziców skamieniałych…
Nikt w świecie nie ma takiej mocy.
By zerwać pieczęć wiecznej nocy!

XIV

W dniach uroczystych,
W dniach szczęśliwych
Ni razu nie był strój Tamary
Tak barwny, zwiewny i tak żywy.
Kwiaty z ojczystej zżęte niwy
(Jak nakazuje zwyczaj stary)
Woń rozlewały i nektary,
Ściśnięte ręką jej umarłą
Żegnały ziemię, gwiazdę czarną.
I nie odbiło się w jej licach
Słońce pioruna – błyskawica,
Co oślepiła ją wiecznością;
Twarz była pełna tego piękna,
Co jest jak marmur i jutrzenka,
Obce człowieczym namiętnością,
Na ból nieczułe i gorycze
I jak śmierć sama tajemnicze.
Uśmiech przedziwny, zagadkowy
Na wargach zakwitł i nie więdnie,
Mówi o smutku wiecznie nowym
Oczom, co patrzą umiejętnie.
Była w nich wzgarda, zimna wzgarda
Duszy, co będzie wiecznym kwiatem,
Ostatnia myśl na świat otwarta,
Myśl o rozstaniu się ze światem.
Dawnego życia blask daremny –
Ten uśmiech bardziej jest umarły,
Bardziej dla serca beznadziejny
Niż zgasłych oczu cień cmentarny.
Tak w owej uroczystej porze,
Gdy, roztajawszy złotym morzem,
Zapada rydwan dnia pod ziemię,
Śniegi Kaukazu w ciemnej dali
Jasnoróżowy blask zapali
Na jedno ludzkie okamgnienie.
Ale półżywy blask błękitu
Światła w pustyni już nie wznieci,
Nikomu drogi nie oświeci
Z lodowatego swego szczytu!…

XV

Gromada krewnych w łzach, w żałobie
Do drogi była już gotowa.
Z rozpaczy wyrywając sobie
Włos, bił się w piersi i bez słowa
Gudał, ostatni raz dosiadał
Białogrzywego swego konia.
Trzy razy w drodze zmierzch zapadał,
Zanim przybyli do ustronia.
Wśród pradziadowych białych kości
Ona spać będzie snem wieczności.
Postrach wędrowców, dziad Gudała
O sercu tak jak kamień głuchym,
Kiedy doń śmierć się już zbliżała,
A razem z nią godzina skruchy,
Aby odkupić swoje zbrodnie,
Ślubował cerkiew wznieść z granitu
Wśród niebotycznych nagich szczytów,
Gdzie tylko wicher gra melodie
I sęp się jawi, pan błękitu.
I cerkiew ponad śnieg Kaukazu
Wzniosła się, by przytulić kości
Złego człowieka, co ni razu
Nie zaznał w sercu swym litości.
W piach przemieniła się cmentarny
Ponadobłoczna skalna gleba,
Jak gdyby tam, gdzie bliżej nieba,
Był słoneczniejszy zaświat zmarłych.
Jak gdyby dalej od snu ludzi
Ostatni sen był spokojniejszy…
Lecz zmarłych – smutek już nie smuci…
Lecz zmarłych – radość już nie cieszy…

XVI

Jak jasny zwiastun wniebowzięcia,
Święty wysłannik archaniołów
Na złotych skrzydłach wśród żywiołów
Niebieskich leciał, a w objęciach
Duszę z ziemskiego niósł padołu.
W imię nadziei rozkazywał,
By opuściły ją zwątpienia,
A ślady grzechu i cierpienia
Swymi czystymi łzami zmywał.
Kiedy w nieziemskim już zachwycie
Słuchali tonów nieśmiertelnych,
Drogę zagrodził im w błękicie
Mocarz otchłani, duch piekielny.
Potężny, lśnił na firmamencie
Jak nie gasnąca błyskawica.
Stał i na całą wieczność krzyczał:
„Ona jest moja! Moją będzie!”

Do piersi tuląc się anielskiej
Dusza Tamary, dusza grzeszna,
Modliła się, by moc bezkresna
Nie skazywała jej na klęskę.
Demon się do niej wzbił w przestworze.
Lecz któż by poznał go, o Boże!
Wzrok taką nienawiścią zieje,
Taka pogarda, że nadzieję
Wyrwałby nawet z serc umarłych!
A z twarzy skamieniałej wieje
Trujący jad i chłód cmentarny.

„Precz, duchu nocy i zwątpienia! –
Z nieba anielskie padły słowa. –
Ty żeś już dosyć tryumfował!
Bije godzinę osądzenia
Wyroków boskich moc surowa!
Minął czas próby. Patrz na chwałę!
Wraz z szatą ziemską, z ludzkim ciałem
Wszystkie już spadły z niej kajdany.
Od dawna na nią tu czekamy.
Jej dusza, blask nieskończoności,
Zesłana była na tę ziemię,
By niemożliwe znieść cierpienie
I niemożliwej chcieć radości;
Z materii najczystszego światła
Wysnuł ja Stwórca nieskończony
I tak jak ona nie dla świata,
Tak świat nie dla niej był stworzony!
Ofiarą serca odkupiła
Zwątpienie w moc nieskończoności…
A że miłością tylko żyła –
Raj się otworzył dla miłości!”

I anioł oczy złego widma
Oślepił wzrokiem swym surowym.
Radośnie uniósł złote skrzydła
I zniknął w niebie lazurowym.
I przeklął Demon zwyciężony
Sny nierozumnej namiętności.
Wyniosły i osamotniony,
Przemierza wszechświat nieskończony
Już bez nadziei, bez miłości!…

Wśród skał, okryte cieniem chmury,
Porosłe dziką trawą górską,
Do dziś się wznoszą stare mury
Ponad Doliną Kojszaurską.
Do dziś zna o nich lud tameczny
Klechdy z ust do ust podawane…
Jak widmo ukamienowane,
Milczący pomnik dni bajecznych
Groźny cień rzuca poprzez drzewa.
W dolinie się rozłożył auł.
Ziemia zieleni się i śpiewa…
I gwar się zbliża, i pomału.
Noga za nogą, karawany
Idą, wzniecając kurz, z daleka,
I w blasku słońca, w bryzgach piany
O brzeg uderza gniewna rzeka.
I nucąc światu pieśń miłosną
Natura się raduje wiosną,
Promykiem słońca, chmurką, kwieciem,
Jak nowo narodzone dziecię.

Smutny jest zamek, kiedy z wieży
Ogląda tylko swą ruinę,
Jak biedny starzec, który przeżył
Bliskich, przyjaciół i rodzinę.
Tylko na srebrny blask miesiąca
Jego mieszkańcy oczekują:
To jest ich święto, ich wschód słońca!
Brzęczą, biegają, hałasują!
Pustelnik, pająk siwiuteńki,
Sieć snuje, przędzie – tkacz sturęki;
Stadko jaszczurek się uwija
I biega po omszałym dachu,
I gibka i ostrożna żmija
Wypełza ze szczeliny gmachu
Na ganek stary; w słońcu drzemie,
To nagle zwija się w pierścienie,
To sunie – zesztywniała wstęga –
I błyszczy tak jak miecz kowany,
Na polu bitwy zapomniany,
Po którym martwa dłoń nie sięga!…
Nie ma już śladu po człowieku,
Śladów przeszłości. Ręka wieków
Starannie, długo je zmiatała.
Jaśnieje czysty blask natury!
I nic nie wspomni już Gudała
Ni sercu jego drogiej córy!

Lecz cerkiew na wyniosłym szczycie,
Gdzie proch ich drzemie snem wieczności,
Pod świętym okiem Opatrzności
Do dzisiaj wznosi się w błękicie.
Trzymają straż u jej podwoi
Kuci w granicie wartownicy.
Z ramion im spada płaszcz śnieżycy,
A na ich piersiach zamiast zbroi
Lód skrzy się blaskiem błyskawicy.
Leniwe sennych chmur gromady
Z upłazów, tak jak wodospady
Niespodziewanie ścięte mrozem,
Zwisają zewsząd budząc grozę.
Zawieja cerkiew w krąg obchodzi
I z siwych murów pył zdmuchuje:
To dziką, smutną pieśń zawodzi,
To wartowników nawołuje.
Tylko obłoki, gdy ich dojdzie
Wieść o świątyni pośród lodów,
Rzucają kraj swój, niebo wschodu,
I tłumnie przybywają w hołdzie.
Lecz nikt nad grobem się nie smuci
I nikt ze śmierci ich nie cuci.
Zazdrośnie będzie grań Kazbeka
Strzec prochu, co się w proch obrócił,
I każda z wiecznych skarg człowieka
Wiecznego snu im nie zakłóci.

tłum. Zbigniew Bieńkowski

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading...

Wiersz DEMON - Michaił Lermontow