Wiersz Miranda

III

(fragment)

Kiedym się obudził, nawiasem mówiąc przerażająco głodny – ujrzałem dokoła siebie kilka postaci ludzkich, zarówno mężczyzn, jak kobiet, których widok wywołał w mojej duszy taki podziw, że mi się przypomnieli ci podróżnicy greccy, co to do obcych krain zajeżdżając, pytali napotykanych mieszkańców: “Czy jesteście bogowie, czy ludzie?”
Mogą na innych gdzieś planetach przebywać istoty tyle od nas doskonalsze, że w stosunku do nas są jak bogowie. Takimi istotami zdali mi się ci ludzie, którzy mnie otaczali.
Mówili coś między sobą szeptem bardzo śpiewnym, ale tak, że ich prawie nie słyszałem: widać nie chcieli mnie obudzić. Jeden tylko z tych szeptanych wyrazów dopłynął do mego ucha, gdyż kilka razy go powtarzali. Ingleza-ingleza – mówili, jak domyślam się, o mnie, uważając mnie za Anglika.
Postawę mieli szlachetną, wzrost dorodny; piersi naprzód podane i czy to w nieruchomości, czy w ruchu, odznaczali się wielką elastycznością. Cera ich była biała, znacznie bielsza od naszej, alabastrowa z odcieniem różowym. Kobiety miały bujne włosy na głowie spięte przepaską, mężczyźni zaś byli wygoleni na sposób rzymski. Włosy były różnych odcieni, zarówno ciemne, jak jasne – i podobnież oczy.
Typów znaczna rozmaitość, tak że nie było między nimi podobieństwa, choć i różnica niezbyt jaskrawa. Wszyscy wydawali się w pięknym wieku od 25 do 35 lat – i od ich osoby wiało czarem młodości i wdzięku. Zwłaszcza ich uśmiech i spojrzenie miało w sobie coś tak powabnego, że można by rzec – rozkochałem się w nich wszystkich w jednym momencie.
Kobiety tutejsze, sam nie wiem do jakiej klasy należące, wydawały mi się tak wytworne, jakby jakieś księżniczki zaklęte albo siostry owej Mimozy Shelleya, co śród kwiatów kroczyła po ogrodzie uśmiechnięta i smętna.
Jedna zwłaszcza, w pięknej szacie różnych odcieni barwy lila – mimo woli budziła w mojej pamięci słowa, którymi Dante uczcił Beatryczę:

Tanto gentil e tanfonesta parę
La donna mia, ąuand ell’altrui saluta…

Suknie ich były różnej barwy: lila, purpurowej, zielonej; krojem zaś przypominały szaty greckie – a drobne ich nóżki opierały się na trepkach przewiązanych rzemieniem. I mężczyźni nosili jakąś odmianę stroju greckiego, rodzaj chlamid barwy popielatej, szarej, sinej itd.
Wszyscy mieli na sobie wiele ornamentów złotych: naramienniki, łańcuchy, pierścienie. Nadto każdy z mężczyzn nosił u boku narzędzie przypominające krótki miecz z rodzaju tzw. mizerykordii. Niewiasty miały w ręku woreczki, w których zapewne ukrywały się jakieś przedmioty.
Wyznaję, że marzeniem moim było, aby się w tych woreczkach znalazło jakie mięsiwo, trochę chleba, trochę wina.
Choć niezbyt świetnie wyglądałem w swym poplamionym i poszarpanym ubraniu, na widok ich powstałem i zacząłem pokłony im składać, gestami pokazując zarazem, że jestem głodny.
Ponieważ znalazłem się w krainie, gdzie wiele zjawisk odbywa się zupełnie inaczej niż u nas, nie dziwcie się zatem, że co chwila zaskoczony jakim dziwem – dziwowałem się nieustannie. I teraz właśnie oniemiałem z podziwu…

Wiersz Miranda