Polska poezja

Wiersze po polsku


Wiersz Kwintet

KWINTET

I

Powieka drga. Z ust wyrasta

Cisza. Europejskie miasta

Ścigają się od stacji do stacji. Zapach

Mydła zdradza mieszkańcom dżungli zbliżającego się wroga.

Akurat tam, gdzie postała twoja noga,

Pojawiają się białe plamy na mapach.

W gardle zaschło. Podróżnik prosi o coś do picia.

Dzieci, godne rzetelnego bicia,

Napełniają powietrze rozdzierającym wrzaskiem. Powieka

Drga. Co do kolumn, to właśnie zza

Kolumny ktoś się zawsze wyłania. Nawet za –

Mknąwszy oczy, nawet we śnie widzicie człowieka.

W piersi głos jak plwocina się zbiera:

„Daj mi papier, atrament i niech cię cholera

Weźmie!” Powieka drga. Niezrozumiałe lamenty

Za ścianą (jak modlitwa) jeszcze dodają zgryzoty.

Potworność w mózgu wzbogaca obce przedmioty

Nieznajomego pokoju o znane elementy.

II

Czasem na puszczy głos wołającego się słyszy.

Wyciąga się aparat, żeby postać utrwalić na kliszy.

A tu masz – ciemno się robi. Przysiądź choćby na krótko,

Pożartuj z zagadującą śpiewnie, z południowym akcentem,

Małpką, co zlazła z drzewa i, nim zdążyła ze szczętem

Stać się człowiekiem, już się stała prostytutką.

Lepsze parostatkiem do Rygi jechanie,

Uczestnictwo w błękicie, w geografii, a nie

Jedynie w historii, tym wrzodzie na zdrowym lądzie.

Lepsze w Grenlandii płacz i zgrzytanie

Nart, kiedy to, co po tobie zostanie,

To góry lodowe i foczy tłuszcz na wodzie.

Nie zapomnisz, ćwicząc na alfabecie,

Punktu B – celu podróży po świecie.

Kruk jak to kruk tam nie musi krakać jak wrony da capo;

Szczeka pies na psią dolę, a w zbożu kąkole;

Tam jak kuśnierz nad skórką z marsem na czole

Cały Sztab Generalny nad pożółkłą krząta się mapą.

III

Trzydzieści siedem lat patrzę, jak ogień płonie.

Powieka drga. Obie dłonie

Wilgotnieją od potu. Policjant wziął dokumenty

I zniknął w drugim pokoju. W zapale urzędniczym

Wzniesiony w górę obelisk w obłokach kończy się niczym

Cios w stylu Euklidesa, niczym ogon komety.

Noc. Włos barwy popiołu – sam siadaj do stołu,

Sam sobie pan i cham, sam od góry do dołu.

Śledź przecinając tłustym drukiem złożone wyrazy

O erupcji wulkanu Bóg wie gdzie (jednym słowem –

W obcym środowisku), straciwszy głowę,

Ogonem wspiera się o „Ostatnie Zakazy”.

Brzęk much na orientalnym bazarze –

To rozumiem! Na trotuarze

Dwa kroki od hotelu podróżnik jak ryba w sieci

Rozdziawionymi ustami suche powietrze chwyta.

To, co na tym zabiło, równie silnym wita

Bólem na tamtym świecie.

IV

„Gdzie to jest?”, dziwi się kuzyn przygładzając za uchem

Rezolutny kędziorek. „Tutaj”, odpowiada kuzynka ruchem

Palca skacząc po górach. Huśtawka skrzypieć zaczęła

W starym ogrodzie. Na stole stojące

Fiołki. Parkiet oślepia słońce.

W salonie kantylenę prowadzi wiolonczela.

Nocą cień słonia oddziela się od głazu.

Księżyc tkwi nad płaszczyzną krajobrazu.

Srebra rzeki żaden zysk się nie ima.

W samotnym pokoju wgniata pościel

Biały (śniady) akt – mówiąc prościej:

Trefny pejzaż pędzla anonima.

Wiosną w błocie krzątają się pracowite mrówki;

Szpak i inne stworzenia wracają z wędrówki;

Pień porasta listowiem; niebo jak szyba.

Jesienią jastrząb zatacza koła – raz jeden i drugi,

Rachując we wsi kurczęta. A na ramionach sługi

Majta się biała marynarka sahiba.

V

Czy było powiedziane słowo? Jeżeli

Tak – to w jakim języku? Czy był to chłopiec? Ile byśmy musieli

Wrzucić lodu do szklanki, żeby zatrzymać Titanic

Myśli? Czy całość pamięta o roli

Części? W akwarium od ptaków się roi –

Co ma pomyśleć botanik?

A teraz wyobraźmy sobie pustkę doskonałą.

Miejsce bez czasu. Gdzie się już dokonało.

Samo powietrze. Po prostu Mekka

Powietrza. Tlen i azot. Gdzie

Nie spojrzeć. A w nich dzień w dzień

Drga samotna powieka.

To zapiski naturalisty. Za –

Piski naturalisty. Kapiąca łza

Spada w próżni nie wiedząc, co przyspieszenie.

Odrośl wiecznozielonej neurazji, słysząc bzzz

Tse-tse przyszłości, dygocę z

Paznokciami wbitymi w swoje korzenie.

(z tomu: Urania, 1987)


Wiersz Kwintet - Josif Brodski
«